Najbardziej tuczące są produkty dietetyczne!

Beata Pawlikowska w swoich książkach opisywała najbardziej odległe zakątki świata. Tym razem, w książce "Największe kłamstwa naszej cywilizacji" zgłębia jedną najbardziej tajemniczych dżungli - w której żyje żyjemy - przemysł spożywczy, i odkrywa jego fakty i kłamstwa.

Monika Dzwonnik: To jest chyba największy paradoks naszych czasów - przy tak ogromnej wiedzy, modzie na zdrowe żywienie, mnogości produktów, borykamy się z rosnącą epidemią otyłości, depresji, chorób serca?

Reklama

Beata Pawlikowska: - Ten nasz cudowny rozwój cywilizacji, cudowne możliwości, jakie mamy są wykorzystywane w sposób, moim zdaniem fałszywy, głównie do zarabiania pieniędzy. Ludzie nie wahają się przed tym, żeby obniżyć ceny swoich produktów dodając do niech niezdrowe, a wręcz toksyczne rzeczy. Tłumaczą, że przecież jest to legalne, a ich stosowanie nie jest zabronione. Nie ważne, że te substancje, którymi "wzbogacana" jest żywność są przyczyną wielu chorób.

- W fabrykach produkuje się masowo tanie produkty, które kiedyś były żywnością, ale teraz raczej nie można ich tak nazwać, bo już nas nie "żywią", bo nie dostarczają składników odżywczych. Zamiast tego mamy ładnie wyglądające, tanie, śmieciowe produkty, zrobione z syntetycznych składników ze sztucznym zapachem, sztucznym smakiem i sztucznym kolorem. Czy pani wie, że najbardziej tuczące są produkty dietetyczne? Bo zamiast cukru dodaje się do nich m.in. syrop glukozowo-fruktozowy, który wywołuje chorobliwą otyłość i choroby wątroby.

Zadziwiające jest to, że kraje, które do tej pory uchodziły za najzdrowsze a model żywienia wzorowy, również dosięga fala otyłości?

- Tam gdzie przyjeżdża fastfoodowa żywność, ludzie zaczynają tyć i chorować. Produkujemy śmieci, jemy śmieci, bo nie chce nam się sprawdzić, z czego te śmieci są zrobione i nie chce nam się włożyć trochę wysiłku w to, żeby znaleźć coś, co śmieciem nie jest. A proszę mi wierzyć, nie wymaga to wiele czasu.

Kiedy w pani świadomości zapaliła się ta czerwona lampka konsumencka?

- Kiedyś też tłumaczyłam się brakiem czasu. Zamiast przygotować zdrowe pożywne danie, wolałam zjeść zupę w proszku, bo jej "ugotowanie" zajmuje kilka minut. Wydawało mi się, że jestem świadomym konsumentem, bo czytałam etykiety, problem jednak polegał na tym, że niewiele z nich rozumiałam. Kiedyś nie chciało mi się sprawdzić co to jest aspartam. A potem zaczęłam myśleć. Czytać ze zrozumieniem. Interesować się moim własnym zdrowiem. I wtedy odkryłam prawdziwą dżunglę! Wyrzuciłam ze swojej kuchni wszystkie przetworzone produkty zawierające składniki, o których wiem, że są szkodliwe, czyli aspartam, kwas cytrynowy, syrop glukozowo-fruktozowy, glutaminian sodu, wszystkie emulgatory, zagęstniki, regulatory kwasowości i inne nienaturalne rzeczy dodawane masowo do żywności. I wtedy też przestałam mieć kłopoty ze skórą, żołądkiem, gardłem i przestałam chorować.

Czy może pani wskazać te regiony na świecie, z których powinniśmy brać przykład?

- Myślę, że można wskazać Chiny, ale nie wielkie aglomeracje, tylko małe miasteczka i wioski, gdzie nie dotarły bary szybkiej obsługi. Tam ludzie jedzą proste potrawy z naturalnych składników, krótko gotowane i na gorąco, bo takie dają najwięcej energii. Pamiętam jak rozejrzałam się kiedyś w chińskim lokalnym barze i zdumiałam się, bo wszyscy byli szczupli, sprawni i roześmiani. Teraz wiem także z własnego doświadczenia, że to jest właśnie efekt zdrowego, naturalnego jedzenia.


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje