Nie składamy parasolek!

- Musimy słuchać siebie nawzajem, rozmawiać (...) bo bez porozumienia „między nami kobietami” niczego nie zbudujemy. Będziemy tylko patrzeć jak ten czy inny rząd odbiera nam kolejne prawa - o tym, co dobrego i co złego stało się w 2016 roku, o tym do czego potrzebna jest kobieca solidarność i o tym, czy nadchodzą czasy kobiet, mówi Maria Amin - psycholożka, koordynatorka akcji Ratujmy Kobiety.

Aleksandra Suława: Na początek zróbmy krótkie podsumowanie. To był dobry rok?

Reklama

Maria Amin: - Dla kobiet? Zdecydowanie nie.

A ważny?

- Bardzo.

Co w nim było takiego złego?

- Utrudnianie pracy tym, którzy pomagają kobietom - zabranie pieniędzy Centrum Praw Kobiet, Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę i Fundacji Autonomia.

A było coś dobrego?

- Babska solidarność. Wspólnota, która tworzyła się i wzmacniała z każdym kolejnym protestem, każdą akcją, każdym podpisem.

Rok temu, w grudniu, myślałaś że będą potrzebne jakiekolwiek protesty?

- Kiedy Prawo i Sprawiedliwość doszło do władzy, przez pierwsze miesiące kadencji nie afiszowało się zbytnio z tym, że będzie podejmować działania w obszarze praw kobiet. Jednak w marcu pojawiło się Ordo Iuris ze swoim projektem zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Rząd przychylnym okiem spojrzał na inicjatywę, swoje poparcie dorzucił kler i komitet Stop Aborcji zaczął zbierać podpisy. No i zebrali.

Wy też zebrałyście.

- Pierwszy raz od 1993 roku udało się zgromadzić podpisy pod projektem, który łagodził przepisy dotyczące przerywania ciąży. W samym Krakowie zebrałyśmy 16 tysięcy podpisów. Kompletne zaskoczenie.

Co w tym takiego zaskakującego?

- Fakt, że tak duże poparcie wyrazili mieszkańcy miasta, powszechnie uznawanego za konserwatywne. Zresztą w czasie tej akcji zaskakiwało mnie wiele rzeczy. Na przykład to, że nie chciały się podpisywać młode kobiety, a chętnie składały podpisy starsze panie, mówiąc, że robią to dla swoich córek i wnuczek. Albo to, że podpisywali się mężczyźni w koszulkach żołnierzy wyklętych. Co prawda różnie tłumaczyli tę decyzję - były fajne, empatyczne postawy, ale były też dość ekscentryczne teorie, że aborcja jest potrzebna, bo Polskę wkrótce najadą uchodźcy, który będą gwałcić kobiety. Czy to, że podchodziły dziewczyny i mówiły, że są katoliczkami, że wiedzą że kościół jest przeciwny aborcji, ale one chcą mieć wolność wyboru...

Ten rok pokazał, że nie jesteśmy aż tak konserwatywni, jak o sobie myślimy?

- Projekt Ratujmy Kobiety nie był związany z kompromisem aborcyjnym, ale szedł krok dalej. Kiedy zbierałam podpisy, miałam poczucie, że Polacy są już gotowi na tę zmianę. Chcą bezpiecznej aborcji, która nie będzie wykonywana w podziemiu, chcą decydować o przyszłości swojej i swoich dzieci.

 - Tylko że ludzie się zmienili, a ci którzy stanowią prawo - nie. Pamiętam, że stałam na Wiejskiej, we wrześniu, gdy sejm przepuścił projekt Stop Aborcji do dalszych prac, równocześnie odrzucając propozycję komitetu Ratujmy Kobiety. Miałam poczucie kompletnej porażki. Tyle pracy, która jednym głosowaniem została wyrzucona do kosza...

 - Coś takiego podcina skrzydła, ale tylko na chwilę. Potem był 3 października i Czarny Protest, którego skala przeszła najśmielsze oczekiwania.

I kilka dni później projekt Stop Aborcji odrzucono. Wygrałyście. Skoro tak, to po co na protestach kobiety wciąż krzyczą: Nie składamy parasolek.

- Różnie. Czasem ze złości, bo krążą plotki o wypowiedzeniu konwencji antyprzemocowej, o którą my, Polki i Polacy, walczyliśmy jeszcze za rządów Platformy. Czasem z frustracji, bo kiedy jest się rodzicem niepełnosprawnego dziecka to tzw. trumienkowe czyli zasiłek w wysokości 4 tys. złotych, przyznawany za urodzenie chorego dziecka, odbiera się jako policzek. A czasem ze strachu, na przykład przed tym, w jakich warunkach będą przychodzić na świat dzieci, kiedy zniesie się standardy opieki okołoporodowej?

Większość zmian wprowadzanych przez konwencję nigdy nie weszła w życie. Systemowe wsparcie dla rodziców niepełnosprawnych dzieci nie istniało. Koszmar na porodówkach, to w mediach dyżurny temat. Skoro te zapisy i tak nie działy, to czy te zapowiedzi i decyzje naprawdę cokolwiek zmieniają?

- Zmieniają i to dużo. Jeśli chodzi o konwencję, to przede wszystkim jej zniesienie będzie kolejnym przyzwoleniem dla sprawców przemocy. Po drugie, myślę że ten dokument ograniczał pewne zachowania policji, choćby eliminując wstydliwe przesłuchania i pytania w rodzaju: A co też pani takiego robiła, że on panią zgwałcił? Poza tym, każda konwencja aby działać, potrzebuje wdrożenia, finansowania, kolejnych grantów, a tutaj żadnej z tych rzeczy nie było. Nawet nie daliśmy tej umowie szansy.

Co do opieki okołoporodowej, to tak, ciągle nie jest idealnie. Niedawno leżałam w szpitalu, a obok mnie, na tej samej sali, były kobiety z nowotworami, po utracie dziecka i ciężarne. Wszystkie leżałyśmy na patologii ciąży, bo gdzie indziej nie było miejsca. Ale mimo takich przypadków jakość opieki na porodówkach z roku na rok wzrastała. Według danych fundacji Rodzić po Ludzku od czasu wprowadzenia Standardów Opieki Okołoporodowej, śmiertelność okołoporodowa zmalała o 54 proc. To jest gigantyczna, realna, dobra zmiana. Czytałam też, że z czasem PiS chce ograniczyć liczbę cesarskich cięć, wychodząc z założenia, że najlepszy poród to ten najbardziej naturalny.

Dlaczego komuś miałoby na tym zależeć?

- Nie wiem, ale czasem mam wrażenie, że ten rząd bardzo nie lubi kobiet. Wszystkie te działania są oczywiście związane z patriarchatem, dążeniem do przywrócenia bardzo tradycyjnych ról, wizją świata, w której kobieta siedzi w domu i poddaje się woli mężczyzny, który nawet jeśli bije, to i tak jest lepszy niż potwór gender, czający się w konwencji antyprzemocowej.

Nawet jeśli przyjmiemy, że ktoś rzeczywiście chce wprowadzić takie zmiany, to czy to w ogóle jest realne? Da się odwołać prawa kobiet w kraju, który jest częścią Unii Europejskiej?

- Z perspektywy Krakowa, Wrocławia, Warszawy faktycznie, jesteśmy niemal nietykalne. Mamy pieniądze, wykształcenie i kapitał społeczny, możemy wyjechać za granicę i dokonać aborcji, albo wynająć adwokata, który puści przemocowego męża w skarpetkach. Ale w małych miejscowościach ani tak nie jest ani jeszcze długo nie będzie. Tam kobiety umierają w wyniku przemocy domowej bądź źle przeprowadzonej aborcji. O swoich prawach często nawet nie słyszały, a jeśli teraz próbowały podnieść głowę i w ramach Czarnego Protestu powiedzieć: Hola, hola, wara od mojego ciała, to często dostawały reprymendę od męża, szefa czy księdza...

Kolejny raz wspominasz o kościele. Myślisz, że księża naprawdę maja znaczący wpływ na sytuację kobiet? W kraju, w którym 60 proc. Polaków deklaruje że nie chodzi na nabożeństwa?

- Myślę, że mają ogromny wpływ, wywierany zwłaszcza przy pomocy edukacji. Gdy po ‘89. religia wróciła do szkół, nikt nie kontrolował ani podręczników, ani treści przekazywanych na katechezach. Można więc było bez ograniczeń mówić, że aborcja to zło, że dzieci z in vitro są naznaczone bruzdą, że bijący maż zasługuje na wybaczenie, a kobieta jest najszczęśliwsza, gdy siedzi w domu. Takie słowa nie trafiają w próżnię, tylko w młode głowy, które dopiero wymyślają swoje postawy wobec świata i życia.

Mówi się, że w ciągu tego roku, między kobietami wytworzyła się niesamowita solidarność. Faktycznie, stało się coś niezwykłego?

- Powiedzmy, że zaczęło się dziać. Przesadą byłoby twierdzić, że dziewczyny w Polsce od kilku miesięcy działają ramię w ramię. Wystarczy przypomnieć sobie aferę, która wybuchła po wywiadzie udzielonym dziennikarce Wysokich Obcasów przez Natalię Przybysz. Dziewczyna powiedziała, że zdecydowała się na aborcję i została zmieszana z błotem, przez te same kobiety, które kilka tygodni wcześniej krzyczały na protestach: Moje ciało - moja sprawa. I Przybysz z tą agresją została sama. Niby była hashtagowa akcja "jestem z Natalią", ale w żaden sposób nie równoważyła ona fali hejtu. Nie znalazła się ani jedna gwiazda, która powiedziałaby: "Hej, ja też to zrobiłam!".

 - W Niemczech 20 lat temu na okładce jednego z magazynów pokazały się dziewczyny, które przerwały ciąży, we Francji, gdy przetaczała się dyskusja na temat aborcji, również dochodziło do masowych coming outów. Polkom, do takiej solidarności jeszcze wiele brakuje. A żeby ją stworzyć, musimy słuchać siebie nawzajem, rozmawiać, szanować swoje odmienności, bo bez porozumienia "między nami kobietami" niczego nie zbudujemy. Będziemy tylko patrzeć jak ten czy inny rząd odbiera nam kolejne prawa.

A wiecie, co chcecie zbudować?

- Po Czarnym Proteście podniosły się głosy krytyki, że kobiety wyszły na ulice, pokrzyczały, a dopiero potem zaczęły zastanawiać się, co je łączy. A ja uważam, że to naturalna kolej rzeczy. Nie da się odpowiedzieć jednym zdaniem na pytanie: czego chce 20 milionów Polek? Jedne będą za pełnym dostępem do aborcji, inne za ograniczonym, a jeszcze inne całkiem przeciwko. Jednym przemoc domowa będzie obojętna, a dla innych będzie stanowiła realny problem. Jedne będą marzyły o refundacji in vitro, a drugie nawet nie pomyślą o dzieciach. Nie ma jednego celu, jest za to walka o to, żeby każdy mógł kształtować swoje życie tak, jak chce.

Co zrobić, żeby nie zmarnować tego kapitału społecznego zgromadzonego w tym roku?

- Moim zdaniem edukować i rozmawiać. Już teraz tworzy się koalicja ruchów kobiecych, w skład której wejdą m.in. Dziewuchy, zespół Ratujmy Kobiety i część organizacji pozarządowych, walczących o prawa kobiet. Za cel stawiamy sobie budowanie przestrzeni do dyskusji i porozumienia z ludźmi. Tak, żeby odczarować ten wizerunek złego, przeintelektualizowanego feminizmu, dobrego dla frustratek, które nie mają pojęcia o problemach zwykłych kobiet. Trzeba wykonywać taką pracę u podstaw, która pewnie za 5-10 lat zaprocentuje.

Jakieś konkrety?

Przez ostatnie miesiące w samym Krakowie, cały czas coś się dzieje, nie ma tygodnia, żeby nie było jakiegoś spotkania czy dyskusji. To z jednej strony cieszy, bo pokazuje, ile można zrobić opierając się tylko na oddolnej inicjatywie, a z drugiej smuci, bo na tych spotkaniach ciągle widać te same twarze. Dlatego chcemy jeździć do małych miejscowości i tam organizować spotkania, ulotkować, plakatować... Te ośrodki zostały straszliwie zaniedbane. Kobiety, które tam mieszkają bardzo rzadko mają świadomość własnych praw. Nic nie wiedzą na temat konwencji, nie wiele na temat aborcji, antykoncepcji i opieki okołoporodowej.

Pod koniec tego roku zaczęły pojawiać się artykuły w rodzaju: Przyszłość lewicy zależy od kobiet. Barbara Nowacka została wpisana na listę najbardziej wpływowych kobiet. Idą czasy kobiet?

 - Idą i to nie tylko w Polsce, ale też na świecie. "Dość" mówią nie tylko Polki, ale też Amerykanki, które na styczeń zapowiedziały Marsz Miliona, Austriaczki, które zatrzymały Norberta Hofera w drodze po fotel prezydencki, Irlandki, które walczą o dostęp do aborcji. Ja najsilniej poczułam tę moc, kiedy 3 października, w czasie Czarnego Protestu, stałam na krakowskim rynku, a razem ze mną były tysiące dziewczyn. Wytworzyła się wtedy niesamowita energia. Wydawało mi się, że rodzi się coś na kształt czwartej fali feminizmu.

Ten społeczny kapitał uda się przekuć na polityczny?

- Mam nadzieję, że w przyszłym parlamencie będzie jeszcze więcej kobiet, które będą za wyborem, za mądrą i kompleksową edukacją, za równością. Kobiet, którym w ogóle zależy na innych kobietach, bo teraz poza kilkoma posłankami z Nowoczesnej takich osób to ze świecą szukać. Jednak nie ma się co oszukiwać, póki jakaś partia nie stworzy programu, w którym będzie ujęty postulat równości płci, partii która jasno powie: Tak, my będziemy o was walczyć, będziemy z wami, to będzie nam bardzo trudno.

Podsumowanie zrobiłyśmy. A postanowienia? Co jest do załatwienia w 2017

 - Cały czas musimy pilnować tego, co się dzieje wokół praw reprodukcyjnych, śledzić losy organizacji pozarządowych, które zajmują się prawami kobiet i działaniami antyprzemocowymi, odzyskać standardy opieki okołoporodowej. Trzeba protestować pod biurami rządzących, pisać maile, prowadzić akcje w mediach społecznościowych, tak żeby politycy widzieli, że czuwamy. Że nie składamy parasolek.



   

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje