Savoir-vivre w mediach społecznościowych

Media społecznościowe czy, ogólnie, świat wirtualny to poniekąd odwzorowanie relacji ze świata realnego - podkreśla Wojciech S. Wocław - Starszy ma pierwszeństwo przed młodszym, kobieta przed mężczyzną, a szef przed pracownikiem - wyjaśnia znawca poprawnych form.

PAP Life: Czy elementy savoir-vivre powinny zostać przeniesione na media społecznościowe?

Reklama

Wojciech S. Wocław: Na temat savoir-vivre'u w mediach społecznościowych można by napisać odrębną książkę. Media społecznościowe czy, ogólnie, świat wirtualny to poniekąd odwzorowanie relacji ze świata realnego. Jeśli zastanawiamy się jak zachować się np. na Facebooku, aby to było zgodne z zasadami savoir-vivre'u, to spróbujmy odnieść to do tego, jak byśmy się zachowali w sytuacji towarzyskiej czy zawodowej. Weźmy za przykład kwestię zapraszania znajomych. Wystarczy posłużyć się znaną z sytuacji codziennych zasadą, że starszy ma pierwszeństwo przed młodszym, kobieta przed mężczyzną, a szef przed pracownikiem.
Przyjrzyjmy się relacjom damsko-męskim. Kto kogo powinien zaprosić jako pierwszy? Jeśli mamy problem z odpowiedzią na to pytanie, spróbujmy odpowiedzieć na inne: Kto kogo zaprosi do mieszkania? Czy będzie to inicjatywa kobiety, czy mężczyzna sam się wprosi? Facebook to często takie drzwi do czyjegoś prywatnego życia. A o tym, czy kogoś tam wpuścić, czy nie powinien zadecydować ten "ważniejszy": starszy, kobieta, szef.

Jak zasady savoir-vivre mają się do treści zamieszczanych na profilach?

- O swojej tzw. "ścianie" również pomyślałbym przez pryzmat "realu", czyli naszego prawdziwego życia. Zastanówmy się, czy stojąc na środku ulicy w Warszawie krzyczelibyśmy o tym samym, o czym piszemy na Facebooku? Czy pokazywalibyśmy te same zdjęcia? W końcu wszystkim napotkanym osobom nie opowiadamy o naszych troskach, chorobach, nie dzielimy się wszystkimi szczegółami naszego życia. Takie informacje zachowujemy raczej dla wąskiego grona najbliższych nam osób.

Jednak media społecznościowe skłaniają, czy też dają przestrzeń, do pewnego ekshibicjonizmu, z którym mamy do czynienia. Z drugiej jednak strony rzadko myślimy o konsekwencjach takiej otwartości np. ubiegając się o pracę. Czy media społecznościowe w jakimś stopniu należy traktować jako swoją wizytówkę?

-  Absolutnie tak. Musimy pamiętać, że ktoś, do kogo się zwracamy o pracę czy ktoś, kogo chcemy poznać, może zajrzeć do Internetu i poszukać informacji o tym, kim jesteśmy i co za nami stoi. Już na tej podstawie, jeszcze nas nie znając, ktoś może sobie wyrobić o nas zdanie. Kiedyś przysłuchiwałem się wykładowi o budowaniu marki osobistej. W jego trakcie wspomniano, że sprawdzanie mediów społecznościowych jest dość częstą praktyką wśród pracodawców.

Ale czy to coś nowego? Nie wydaje mi się. Już dawniej, w mniej zglobalizowanym świecie wszystkim dobrze było znane powiedzenie: jak cię widzą, tak cię piszą. Kiedyś nierzadko nowy pracodawca dzwonił do poprzedniego z pytaniem o opinię na temat pracownika. Dziś mamy takie narzędzia, jak media społecznościowe. Publikując coś na Facebooku zastanawiałbym się, jak to się ma do tego, co inni, naszym zdaniem, powinni o nas myśleć.

Wskazuje pan, że publikowanie zdjęć jedzenia tzw. "instafood" również jest niezgodne z zasadami savoir-vivre.

- Zawsze się zastanawiam, jaki to ma cel. Jeśli ktoś prowadzi bloga kulinarnego, wtedy jest to usprawiedliwione. Jest to bowiem czyjaś praca. Ale jeśli nie jesteśmy blogerami kulinarnymi, to jaki cel ma publikowanie zdjęć wszystkich naszych posiłków. Warto się zastanowić czy to naprawdę ludzi interesuje. No chyba, że chcemy pochwalić się niezwykle wykwintnymi daniami, którymi się raczymy. Ale jeśli ma to na celu chwalenie się, to jest to nie ma to nic wspólnego z zasadami savoir-vivre'u.

A nagość?

- Dziś tą nagością jesteśmy otaczani zewsząd i myślę, że to już nikogo nie dziwi. Ale czy to jest najważniejsza rzecz, jaką mamy światu do zaoferowania? W randkowej aplikacji Tinder można zaobserwować ciekawe zjawisko. Część użytkowników, szczególnie z krajów zachodnich, ma stały zestaw zdjęć: oczywiście samego siebie, na wakacjach, w trakcie uprawiania sportu, ze zwierzakiem i koniecznie w bieliźnie albo stroju kąpielowym. Trochę jak w katalogu z Ikei. Z jednej strony niby komunikujemy coś o sobie, ale koniec końców wszyscy są tacy sami. Jak w hipermarkecie.

A jeśli o nagości czy też mocno zaznaczonej cielesności w mediach społecznościowych mowa, to warto zapytać, czy nasze człowieczeństwo, czy to, jakimi jesteśmy ludźmi naprawdę trzeba dziś sprowadzić do wysportowanego ciała? Owszem, niech ono będzie dowodem na to, że dbamy o zdrowie, o siebie, że nie przestało nam już zależeć na niczym. Ale niech to nie będzie dowód na to, że zatrzymujemy się wyłącznie na tym, co powierzchowne. Co z tego, że spotka się z sobą dwoje ludzi, idealnych jak z okładki magazynu, ale jedyne, co będą potrafili zrobić, to zasiąść do stołu i zanurzyć się w telefonach, a nie rozmowie

Właśnie, te nieszczęsne telefony jak na tą plagę zapatrują się eksperci od savoir-vivre?

- Nadużywanie telefonu w towarzystwie jest niezgodne z etykietą. Jeśli z kimś się spotykamy, ale czekamy na ważny telefon, to po prostu uprzedźmy naszego towarzysza, przeprośmy i zapytajmy, czy w trakcie spotkania będziemy mogli odebrać. Czym innym jest natomiast rozmowa, która zamienia się w neurotyczne sprawdzanie Facebooka. To po prostu lekceważenie drugiej osoby. Zupełnie się rozmijamy z celem. Do tego nie potrzeba wielkiej filozofii. Wierzę, że nie ma na świecie fajniejszej rzeczy niż spotkania z innymi ludźmi i ciekawe rozmowy.

Wojciech S. Wocław - jest popularyzatorem zasad z zakresu savoir-vivre i etykiety w biznesie. Prowadzi szkolenia ze wspomnianych dyscyplin oraz ze sztuki wystąpień publicznych. Zawodowo zajmuje się również prowadzeniem wydarzeń, szczególnie tych związanych z operą i muzyką klasyczną.

Rozmawiała: Monika Dzwonnik (PAP Life)

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje