Wakacyjne smaki naszego dzieciństwa

Słodkie smakołyki rozpływały nam się w ustach i każdemu poprawiały humor. Wspominamy je z sentymentem, bo byliśmy wtedy beztroskimi dziećmi.

Towarzyszyły nam nie tylko w życiu codziennym - wykorzystywano je również w filmach i serialach. Wiele z ówczesnych przysmaków definitywnie zniknęło ze sklepów i raczej już nie powrócą, ale na zawsze będą kojarzyły się nam z dzieciństwem i młodością.

Reklama

Lody Bambino jedli bohaterowie "Podróży za jeden uśmiech", gdy dotarli na plażę w Sopocie. Były to lody na patyku, opakowane w biały papierek z niebieskimi napisami. Na początku tylko śmietankowe i kakaowe, później także waniliowe i śmietankowe w czekoladzie. - Sprzedawano je w takich specjalnych budkach z dykty albo z białych skrzynek na pasku, zawieszanych na szyi - wspomina Mariola z Jeleniej Góry. - Bardzo słodkie, z dużą ilością wody... Mimo to lubiłam je kupować. Zresztą, wtedy wyboru nie było. Pamiętam jeszcze tylko lody Calypso, zawijane w sreberko, i lody gałkowe w wafelkach, z cukierni.

W latach 70. popularne stały się lody włoskie, produkowane w automatach z Włoch: śmietankowe, czekoladowe i mieszane. Natomiast przez cały rok chętnie kupowano tzw. ciepłe lody - produkt w postaci słodkiej pianki z piany z białek, zaparzonej syropem. Podawano je w waflu. O dziwo, nazwa "ciepłe" nikogo wtedy nie dziwiła.

Wata cukrowa królowała na festynach i w wesołych miasteczkach. Dzieci oblegały stragany, gdzie wytwarzano ją na poczekaniu. Proces produkcji słodkiej waty wydawał się dzieciom skomplikowany, dlatego odnosiły się do niego z nabożeństwem. Sprzedawca wysypywał cukier na rozgrzaną, szybko obracającą się głowicę maszyny. Powstałą tak watę owijał wokół patyczka. Gdy pod koniec lat 70. pogłębiły się kłopoty z zaopatrzeniem i wprowadzono kartki na cukier, produkcja waty zaczęła zanikać.

Podobnie też było z niezwykle popularną w tamtych czasach pańską skórką. Były to chałupniczo wytwarzane cukierki z ubitych na sztywno białek, cukru, wody oraz soku z cytryny i malin. Pańską skórkę najchętniej kupowano w dzień Wszystkich Świętych, pod cmentarzami, ale nie brakowało jej także podczas wakacyjnych, plenerowych festynów oraz w miejscach, gdzie przyjeżdżał cyrk.

Prawie zapomniana jest już oranżada w proszku. Sprzedawano ją w małych torebkach, ale tylko nieliczni rozpuszczali ten proszek w wodzie, aby uzyskać mało klarowny napój. - Oranżadkę wysypywało się na rękę i po prostu... zlizywało językiem z dłoni - wspomina Krystyna z Siemiatycz. - Czystość rąk dzieciaków biegających po podwórku pozostawiała wiele do życzenia. Ciekawe, że jakoś nikomu to nie przeszkadzało.

Córka serialowego "Czterdziestolatka" żuła gumę i demonstracyjnie robiła balony, co bardzo irytowało Magdę i Stefana Karwowskich. Prawdopodobnie była to guma Donald, sprowadzana do kraju z Holandii głównie przez prywatny import. Pomimo wysokiej ceny cieszyła się ogromnym powodzeniem wśród najmłodszych. Miała bowiem nie tylko przyjemny smak, ale do każdego egzemplarza dołączano też historyjki obrazkowe z postaciami znanymi z kreskówek Disney’a. - Najbardziej emocjonującym momentem po zakupie gumy było sprawdzenie, czy załączona historyjka (z psem Pluto, myszką Miki czy Kaczorem Donaldem) jest już w naszej kolekcji - opowiada Wiesław z Siedlec. - Jeżeli tak, to nowy egzemplarz przeznaczało się na wymianę. Ta guma w latach 70. to był taki rarytas, że żuło się ją nawet przez dwa - trzy dni, a na noc odkładało w szklance! Niektórzy dodatkowo barwili Donaldy za pomocą... wkładów z kredek.

PRL miał też swoje fast foody, czyli szybkie i tanie dania do ręki, przygotowywane na poczekaniu. Ich wybór był jednak ograniczony. Jako pierwsze pojawiły się hot dogi - bułki z parówką z dodatkiem keczupu lub musztardy (innych sosów nie proponowano). Kupowaliśmy je w... przyczepach campingowych przerobionych na punkty sprzedaży, co widać np. w filmie fabularnym o amerykańskim koszykarzu w Polsce pt. "Czarodziej z Harlemu". Nazwa: hot dog wywołała falę dowcipów, w tym także obscenicznych, nawiązujących do polskiego tłumaczenia: "gorący pies". Wkrótce jednak zwiększyły się kłopoty z zaopatrzeniem w mięso, co doprowadziło do wprowadzenia kartek.

Parówki zastąpił więc tłusty farsz z duszonych pieczarek i cebuli, dosyć zresztą smaczny. Natomiast całkowicie polskim wynalazkiem była zapiekanka, czyli zapiekana połowa bułki paryskiej z żółtym serem, cebulą i pieczarkami, z dodatkiem keczupu. Bułka z hamburgerem wtedy się nie przyjęła. Inicjatywę tę utrąciły ograniczenia w dystrybucji mięsa, chociaż usiłowano zastąpić hamburgera mięsnego rybnym. A zwolennicy zapiekanek argumentowali zresztą, że ich ulubiona potrawa ma przewagę, gdyż do jej spożycia potrzebna jest... tylko jedna ręka.

W upały ratunkiem były saturatory z wodą sodową. Zamawiało się czystą albo - tak jak to robił mały Filipek z serialu "Stawiam na Tolka Banana" - wodę z sokiem, która była droższa. Saturator - sprzęt mobilny, na kołach rowerowych - obsługiwały z reguły kobiety. Ustawiały go w najbardziej uczęszczanych miejscach. Do wyposażenia należały szklanki, które po użyciu przez klienta były myte wodą pod ciśnieniem w specjalnym urządzeniu stanowiącym wyposażenie punktu. Patrząc z dzisiejszego punktu widzenia, trzeba przyznać, że nie było to higieniczne. Aż dziw, że nie doszło do epidemii.

Napojem numer jeden była jednak oranżada w butelkach z korkiem, a potem kapslowana - znacznie smaczniejsza niż ta obecna, w opakowaniach plastikowych. Od czasów Gierka piło się też licencyjną Coca-Colę (w przezroczystych butelkach, puszki były tylko w Pewexie) i Pepsi-Colę. Produktów w sklepach brakowało, więc dzieci cieszyły się z każdego smakołyku. A gdy dorosły, pamięć o tych drobnych przyjemnościach z młodych lat zachowały do dziś.

Sławomir Koper

Tekst pochodzi z magazynu

Tina

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje