Huśtawka przyjemnych uczuć

Kot bawi się myszą zanim ją schrupie. Apetyt może dostarczać większej przyjemności niż jedzenie. Także w miłości największy urok tkwi we flircie, zabawie w chowanego, drodze okrężnej i w odwlekaniu.

Nie jest dobrym kochankiem ten, kto po linii najmniejszego oporu pragnie zdobyć cel. "Nie chcę mieć tak tanio tego, co dobre" - wyjaśnia Valmont, doświadczony i tajemniczy uwodziciel z Niebezpiecznych związków Choderlos'a de Laclos'a. Martwi się, że za szybko przyjdzie erotyczne spełnienie i straci w ten sposób wiele przyjemności.

Reklama

Pożądanie i rozkosz są ze sobą ściśle związane, ale także pozostają we wzajemnej sprzeczności. Są jak dzieci na huśtawce: raz jedno w górze, raz drugie. Kto pożąda - nie czerpie jeszcze całkowitej przyjemności. A kto rozkoszuje się tym, co wreszcie otrzymał - nie czuje już pożądania. Pożądanie wymaga wysiłku, przyjemność jest samowystarczalna. Kto rozkoszuje się dobrym jedzeniem, miłością czy tylko słońcem - nie prowadzi wojen. W takich chwilach nie ma nawet ochoty na utarczki słowne.

W przypadku ekstremalnym rozkosz może prowadzić do całkowitego bezruchu. Szczury, które dostają duże dawki środków nasennych zawierających opium, popadają w taką apatię, że stają się woskowate i dają się wyginać jak plastelina. Dowiedziono, że przekroczenie pewnej dawki opioidów może chwilowo obniżyć poziom dopaminy. Neuropsycholog Jaak Panksepp z Uniwersytetu Bowling Green w stanie Ohio przypuszcza, że to dlatego po przyjemności stajemy się bezwolni i ociężali.

Zbyt długo jednak nie wytrzymujemy takiego błogiego lenistwa. Działanie opioidów trwa krótko - od kilku minut do kilku godzin. W końcu przyjemność służy tylko jako sygnał - kiedy wiadomość zostanie przekazana, posłaniec nie jest już potrzebny.

Potem pokazuje się ciemna strona rozkoszy. Gdy zanika działanie narkotyków szczęścia - wraca zwykły nastrój. Po niedawnej euforii może być odczuwany jak dyskomfort. Ludzie narzekają na przygnębienie po igraszkach miłosnych od czasów, kiedy nauczyli się wyrażać swoje uczucia. Już starotestamentowy król Kohelet popadł w depresję po tym jak zaznał tylu rozkoszy, że przewyższył w tym wszystkich innych. "Jednak potem myślałem o wszystkich moich czynach i o posiadłościach, dla których wysilałem się postępując w ten sposób. Rezultat: wszystko marność, powiew wiatru i oszustwo (...) Drażni mnie życie".

Co innego z przyjemną tęsknotą czy też uporczywym zmierzaniem do celu, które przecież może trwać nie tylko godziny, ale całe lata. Owszem, uczta jest lepsza niż polowanie, a rozkosz przewyższa przedsmak przyjemności. Ale to właśnie przedsmak przyjemności utrzymuje się znacznie dłużej. Wiele osób zaoszczędza sobie kaca po rozkoszy - usiłując mniej czy bardziej postępować świadomie. W ten sposób unikają spełnienia swoich tęsknot. Ich dewiza mogłaby brzmieć: "Celem jest droga". Romantyczni poeci marzyli o niebieskim kwiecie, którego urok polegał na tym, że można go było szukać wiecznie, ponieważ był nie do znalezienia; średniowieczni minnesängerzy wychwalali pod niebiosa zamężne kobiety, a przecież to właśnie przy nich nie wolno im było osiągnąć spełnienia. Trubadur nie mógł się spodziewać czegoś więcej niż kilku pośpiesznie rzuconych słów, ukradkowego uśmiechu: wystarczająco, by trzymać przy życiu tęsknotę, za mało, by ją uśmierzyć.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje