Rozliczenie Bohdana Smolenia

Bohdan Smoleń - niekwestionowana gwiazda polskiej sceny kabaretowej lat osiemdziesiątych ub. wieku. Jeden z liderów kabaretu Tey. Nie ma chyba Polaka, który nie cytowałby z pamięci fragmentów skeczu "A tam cicho być", do legendy przeszedł jego duet z Zenonem Laskowikiem. Co stało się z człowiekiem, z którego żartów śmiała się cała Polska? Dziś przypominamy fragment z książki "Niestety wszyscy się znamy", której premiera miała miejsce w 2011 roku.


Reklama

W książce "Niestety wszyscy się znamy", w rozmowie z Anną Karoliną Kłys Bohdan Smoleń po raz pierwszy szczerze opowiada o zagmatwanej historii swojej rodziny, życiu osobistym, młodości w Krakowie, pracy w kabarecie, zarobkach artysty w PRL-u i karierze piosenkarza disco polo. Sypie anegdotami jak z rękawa, ale mówi też o tym, co ważne i trudne. Rozlicza się z przeszłością.

Poniżej prezentujemy jej fragment.

W 1999 rozpocząłeś współpracę z Polsatem. Zagrałeś rolę listonosza Edzia w serialu "Świat według Kiepskich". Kiedy zaczynałeś tę pracę w Kiepskich, to miał być epizod?

- Postać listonosza rokowała nadzieje. Na dłużej. Jak się okazało, gram tam do dziś. Jedenaście lat.

A czy to był zbieg okoliczności? Listonosz? Bo korelacja z Laskowikiem jest dość duża.

- Zbieg okoliczności. Nic to nie ma wspólnego z panem Zenkiem, ktoś wymyślił taką postać. To tak jak mnie wplątano w disco polo. Tak samo tutaj, że ja parodiuję Laskowika. W życiu - nie! Do mnie autentyczni listonosze mówili: "Od razu widać, że w tej torbie nic nie masz. Jakbyś prawdziwą torbę niósł, tobyś się przewrócił".

- Na planie filmowym zaprzyjaźniłem się z panią Krysią Feldman. I to było autentycznie najlepsze, co mnie spotkało w tym serialu. Że mogłem taką osobę poznać. Parę razy przywoziłem ją z Wrocławia do Poznania. A jeśli nie jechała ze mną, to przyjeżdżała po nią taksówka, żeby było cicho, bez dymu. Krystyna Feldman grała rolę babki. To było wygodne, jechało się na tydzień i nagrywało pięć odcinków. Mówiła do mnie: "Ty, mały, strasznie dużo palisz", a za chwilę: "Dajże jednego". Była mniejsza nawet ode mnie. Bardzo poręczna dziewczynka. Poznałem też pana Kotysa. Znakomity aktor, grał chyba najwięcej po Leonie Niemczyku epizodów w polskich filmach.

Często jeździsz do Wrocławia?

- Różnie. Czasami co kwartał jest sesja, czasami raz na pół roku. Plan jest wybudowany tylko dla Kiepskich. Bywa tak, że mówię w odcinku tylko coś typu: "Mam pana w dupie, panie Ferdku", taka rozwijająca rola, ale płacą jak za dzień zdjęciowy. Trzeba szanować pracę. Ja się z niej cieszę.

Brałeś udział w takim koncercie życzeń - "Ludzie listy piszą", programie TVP Polonia emitowanym w latach 1997-2002. Z pozdrowieniami od Polaków z zagranicy dla rodziny, przyjaciół w kraju.

- Tam nie było scenariusza, nic nie było wcześniej przygotowane, takie wszystko na szybko, słabe... Też kiepskie recenzje z tego miałem.

Dlaczego nie masz takiego własnego barometru, wskaźnika, który by ci mówił: to jest dobre, robimy to, a to jest słabe, więc tego lepiej nie dotykać?

- No... Szkoda spalać się gdzie indziej... Nie ma kogoś takiego koło mnie, kto mówiłby: "Rób to, tego nie rób - za żadne pieniądze".

Masz jakiś pomysł, jak mógłbyś dotrzeć do Polonii teraz? Byliby szczęśliwi.

- To nie jest proste. To jest ponad siły. Raz, że nie mam siły jechać i grać, a dwa - nie mam już siły się spotykać po koncercie.

Następny program telewizyjny z twoim udziałem: "Bigosowa i Szwagry", 2005 rok, produkcja TVP. Talk show Zofii Bigosowej - gaździny z Głodówki koło Zakopanego, która przepytywała subiektywnie polityków. Między innymi Donalda Tuska, Zytę Gilowską czy Zbigniewa Wassermanna.

- Z panią Zosią Bigosową robiliśmy program razem z Wiesławem Ochnią. My udawaliśmy głupków, zadawaliśmy jakieś dziwne pytania, a Bigosowa to tuszowała, jakoś rozluźniała. Był taki odcinek, do którego byli zaproszeni Renata Beger i Lech Kaczyński. I pani Begerowa dostała ode mnie pytanie takie: Czy może pani wytłumaczyć, jaka jest interpretacja takiego powiedzenia, że chłop ze wsi wyjdzie, a wieś z chłopa nie, i jak się to ma do kobiet w Samoobronie? Była bardzo zdziwiona i bardzo zawiedziona, że jej takie pytanie zadałem, bo jak twierdziła: ona mnie bardzo lubiła.

- A pana Kaczyńskiego - był wtedy prezydentem Warszawy - zapytałem, czy przy wjeździe do Warszawy postawiłby taki billboard ze swoim zdjęciem, gdzie byłoby widać, że pisze hasło: "Narodzie, nie kradnij, władza nie znosi konkurencji". Był strasznie oburzony, w końcu się tak zdenerwował, że kazał wyłączyć kamery i nie nakręciliśmy tego odcinka.

(...)

W 2004 roku przeprowadziłeś się do Baranówka. Nowa przestrzeń, nowe życie. Także osobiste. Pojawia się stajnia, konie a w konsekwencji Fundacja Stworzenia Pana Smolenia. Postanowiłeś zostać filantropem, bo...

- To nie była jakaś prosta decyzja, jednego dnia. Było kilka powodów. Takie szukanie drogi, co dalej. Miałem nowe miejsce, dom, stajnię. Jak już powstała idea hipoterapii, zacząłem szukać, które konie będą najlepsze. Kupiłem highland pony. To mocne, niskie, szerokie konie. Bardzo odporne, spokojne. Nadają się i dla dzieci, i dla starszych.

Ale co chciałeś osiągnąć? Chciałeś coś udowodnić, poczuć się lepszy?

- Może tak naprawdę chciałem jakoś uczcić pamięć mojej mamy? Teresy, Piotrka? Że nie żyję dla siebie, że rozumiem, jak to jest żyć w cierpieniu? Moja mama - tak jak ja ją pamiętam - nie mogła się ruszać. A gdyby miała rehabilitację dobrą, gdyby ktoś o to zadbał, mogłaby żyć dłużej i lepiej. Chciałbym, żeby to po mnie zostało. Teraz jest Fundacja Stworzenia, a później może być Fundacja imienia...

Reprezentując Fundację, pojawiasz się w różnych miejscach związanych z dziećmi i niepełnosprawnymi dorosłymi.

- Jak daję radę, to jeżdżę, zapraszają mnie na festiwale, zawody. Najważniejsze jest zbieranie pieniędzy na działalność Fundacji, bo to, że się zakłada fundację, to nie znaczy, że się ją samemu utrzymuje. A ludzie sobie myślą: jak jest taki głupi, że daje konie, daje stajnie i dopłaca do zajęć, to niech się martwi sam. A ja nie mogę pracować, nie ma skąd brać pieniędzy, żeby ciągle samemu to utrzymywać. Więc szukamy sponsorów, szukamy ludzi, którzy mogą pomóc dzieciom. Robimy bale karnawałowe, dzieci biorą udział w zawodach. Chcemy, żeby jak najwięcej osób mogło ćwiczyć.

- To są dzieciaki z ośrodków, ze szkół specjalnych. Od trzech lat do czterdziestu. Mają różne choroby, większość jest upośledzona umysłowo, z deficytami rozwojowymi. Rodzice są z małych miasteczek, wsi. Nie mają pieniędzy na wizyty w specjalistycznych ośrodkach, szpitalach. Niektóre dzieci jeżdżą konno same, inne tylko leżą na grzbiecie, głaszczą konie, czują ich ciepło.

Ile osób przyjeżdża na terapię?

- Koło stu. Marzę o tym najbardziej, żeby Fundacja przetrwała, żeby były pieniądze na działalność, żeby nie trzeba było odbierać radości tym dzieciakom. Ja nie jestem hipoterapeutą. Nie mam ani takiej wiedzy, ani siły. Z podopiecznymi pracują zawodowcy. Do terapii przy jednym dziecku musi być kilka osób. W miasteczku niedaleko jest szkoła specjalna, jest internat dla dzieci z zaburzeniami, są stowarzyszenia chorych dzieci i ich rodziców. Oni wszyscy do nas przyjeżdżają. Objeżdżają na konikach łąkę, las. Ćwiczą, słuchają ptaków, czują zapach powietrza wiejskiego.

- Moją rolą jest szukanie pieniędzy, pukanie do różnych drzwi, pytanie ludzi, czy pomogą. Mogę najwyżej rozśmieszać dzieci, rodziców, babcie i dziadków. Jeśli akurat mam siły wyjść sam na padok.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje