Tam cię zmielą jak w młynku do kawy - strona 3.

To, co nas w Holoubku czaruje,czego usiłujemy szukać w oczach,głosie, inteligencji, jest poezją.Odrywa nas od powszedniości,budzi jakieś przeczucia,unosi na wyższe piętro.

Kaktus, osobny, okryty skorupą, rozjuszony kąsa - tak widzą Dejmka. Magik, czarodziej, hipnotyzer, wyrafinowany ironista z poczuciem śmieszności na swój własny temat, uwodzi rozmówcę - tak postrzegają Holoubka - a obaj starannie skrywają nieśmiałość. W Narodowym lat 60. przeżywają świetny okres artystyczny.

Reklama

Riccardo Fontana, ksiądz pełen wiary w sprawiedliwość Piusa XII, chce usłyszeć od Stolicy Apostolskiej słowa obrony Żydów mordowanych w hitlerowskich obozach. Dociera do nuncjusza, ojca generała, kardynała i samego papieża. Nadaremnie. Papież pozostanie obojętny. Holoubek - Fontana, tyłem do widowni, przypina sobie gwiazdę Dawida, pójdzie dobrowolnie do Auschwitz. Czanerle tak pisała o tej scenie z Namiestnika Hochhutha w reżyserii Dejmka (1966), z wybitną rolą Holoubka: "Grał już tylko plecami, ale wrażenie, jakie ta gra wywierała, odbijało się na twarzach obecnych jak w lustrze".

Dejmek uważał, że Namiestnik to jedna z najlepszych jego reżyserii i wspaniała kreacja Holoubka. - Ale tak się przyjęło - mówił z goryczą - że Namiestnika nie ma, a są Dziady.

- Wielkiej Improwizacji oni właściwie nigdy nie próbowali - opowiada reżyser Maciej Prus, asystent Dejmka podczas realizacji Dziadów jesienią 1967 roku. - Któregoś dnia, gdy stanęły na scenie niedokończone dekoracje, Holoubek przyjrzał się im i zażartował: "Gramy jak na klepisku - bo były gołe deski. - To ja powinienem zagrać trochę z chłopska...". Zaczął zaciągać, parodiował tak przez dwa wiersze, oparł się na kolanie i... zaczął mówić. Było nas czworo na widowni. Od tamtej chwili wierzę w metafizykę teatru, wierzę, że Holoubka musiały słuchać nawet puste krzesła. Jego interpretacja była prosta jak czytanka dla dzieci. Jasna i przejrzysta. Na koniec krzyknął z rozpędu: "...żeś ty nie ojcem świata, ale... carem!", to "carem" w oryginale krzyczy szatan, i zapadła cisza. Asystentka płakała. Holoubek bardzo wolno schodził ze sceny, ale nie w stronę saloniku dla aktorów, tylko w odwrotną, widać było, że chce być sam. Wtedy zerwała się Krystyna Mazurowa z uwagami na temat dykcji. Nagle ryk Dejmka: "Proszę zostawić pana Holoubka w spokoju!". Siedział oniemiały i tarmosił swoje okulary.

Erwin Axer, reżyser i wieloletni dyrektor Teatru Współczesnego: - Bezwiednie wstałem z krzesła. To był piorun z jasnego nieba. Tak powiedzianej Wielkiej Improwizacji jeszcze nie słyszałem. Na tle spektaklu - tylko poprawnego - uderzała nieoczekiwaną siłą i oryginalnością. Religijność Mickiewicza w III części Dziadów jest autentyczna - mam na myśli walkę Konrada z Bogiem i monolog Księdza Piotra. Dejmek tę religijność stylizował, odebrał jej bezpośrednią wiarę, przez sposób inscenizacji ujął w cudzysłów. Gustaw bezpośredniością swoją utracone przywrócił i wzmocnił. Nowość interpretacji polegała na walce z Bogiem na rozumy o prawa serca. Dotąd walczono sercem przeciwko rozumowi Bożemu. Holoubek - zgodnie z rodzajem swojego talentu -walczył z Bogiem na rozumy. Niemniej myśli Mickiewicza moim zdaniem nie spaczył, tylko ukazał ją w nowym świetle.

Zbigniew Zapasiewicz: - Sprawiał wrażenie, że te myśli uderzają go w tej chwili. Była to niezwykle emocjonalna, ale intelektualnie zdyscyplinowana dyskusja z przeciwnikiem o pryncypiach. Jego argumenty były krystalicznie przejrzyste i nas, widzów, szalenie w tę dyskusję wciągał.

Jerzy Timoszewicz: - Całe lata miałem usta zamknięte, bo nie wypadało mówić źle o przedstawieniu, które odegrało tak ogromną rolę w polityce i kulturze. Jako inscenizacja nie było niczym wybitnym. Wielka Improwizacja była wypowiedziana genialnie. Przerobić poetycki tekst metaforyczny na racjonalny - to nie jest proste, a Holoubek to zrobił. Było to apogeum Holoubka mówiącego tekst, ale postaci Konrada nie stworzył.

Nosił brązowe spodnie i białą luźną koszulę. Mówił przez 22 minuty. Halina Mikołajska powiedziała, że nie zdziwiłaby się, gdyby pod koniec Improwizacji lewitował. Po każdym przedstawieniu był chudszy o parę kilogramów. Opowiadał potem, że na premierze, by pohamować wzruszenie, wyobraził sobie zamknięty pokój z jednym tylko słuchaczem - i do niego mówił. Czuł się niesiony na skrzydłach. Ten jedyny raz w swej karierze zatracił granicę między własną grą a uczuciami widzów; występował w ich imieniu, za nich mówił. Nie udźwignąłby tej roli - wyznał - gdyby nie dotknął go anioł.

Na sesji naukowej w 1981 roku na Uniwersytecie Warszawskim wspominał: "Kiedy w Dziadach Dejmka wchodziło się na scenę, (...) wchodziło się w jakąś szczególną atmosferę pojednania, kontaktu, inspiracji płynącej z widowni. Nie, inspiracja właściwie płynęła zewsząd. (...) Cieszyliśmy się przede wszystkim z działania teatru".

Tadeusz Konwicki z przekorą relacjonował swoje wrażenia Stanisławowi Dygatowi: - Trochę przysnąłem, a potem obudził mnie straszny krzyk Gucia.

W końcowej scenie Konrad w kajdanach powolutku idzie ku widowni. Kurtyna. Po drugim akcie głęboka niechęć malowała się na twarzy Zenona Kliszki. Ten członek Biura Politycznego KC PZPR, prawa ręka Władysława Gomułki, pytał z niepokojem Stanisława Witolda Balickiego, dyrektora generalnego w Ministerstwie Kultury, dlaczego to przedstawienie takie pobożne. W trzecim akcie spurpurowiał przy słowach: "Plwajmy na tę skorupę", które jeden z aktorów wypowiedział w stronę jego fotela. W KC Kliszko oświadczył, że Dziady Dejmka są fideistyczne i antyrządowe.

Warszawa huczała, że Holoubek zszedł do pierwszego rzędu i potrząsnął kajdanami nad głową ambasadora radzieckiego. "Gdyby jakiś inny aktor grał Konrada - zanotował w dzienniku profesor Zbigniew Raszewski - może by publiczność nie odnosiła tego wszystkiego do siebie z taką ochotą. Ale (...) Holoubek jest właśnie klasycznym przedstawicielem dzisiejszej inteligencji polskiej i mistrzowskim wyrazicielem jej zainteresowań, postaw i nastrojów".

Dejmek uświadamiał sobie, że on i jego spektakl, i Gustaw-Konrad zostali użyci do ordynarnej partyjnej prowokacji. Powiedział po latach: - Nawet gdyby na scenie grała dupa wołowa, to i tak scenariusz wydarzeń byłby taki sam.

Holoubek nie miał poczucia uczestnictwa w wypadkach politycznych, raczej w jakimś ekscytującym hazardzie. Koledzy odprowadzali go po przedstawieniach do służbowego samochodu Dejmka, by wrócił do domu bezpiecznie. Oczekiwała go druga żona, aktorka Maria Wachowiak, i właśnie urodzona córka Magdalena.

Po zdjęciu Dziadów odbywa się pod koniec lutego 1968 roku debata w SPATiF-ie. Dejmek, Axer, Korzeniewski, aktorzy Narodowego postulują wznowienie przedstawienia. Partyjni notable są przeciw. Około piętnastej głos zabiera wyraźnie zniecierpliwiony Holoubek: - Społeczeństwo jest bez wątpienia za socjalizmem, ale nikt w Polsce nie będzie popierał ludzi, którzy zdejmują Dziady. Może tych ludzi po prostu czas zmienić? - pyta. Witolda Fillera, który zaatakował Dziady w telewizji, nazwał szmatą.

Już po demonstracjach Marca '68 zagrali trzy zamknięte przedstawienia dla aktywu partyjnego. Na pierwsze przybyli robotnicy z FSO, Kasprzaka, Huty Warszawa - w ciemnych ubraniach. I nieogoleni oficerowie Służby Bezpieczeństwa udający robotników. Profesor Raszewski siedział w kabinie elektryków i z odległości kilku metrów widział nienaturalną bladość Holoubka, i że drży na całym ciele, gdy zaczyna Improwizację. Jego głos stopniowo wzbierał pasją, nabrał przenikliwego nosowego brzmienia, trema spłynęła i Holoubek zapanował nad widownią. Wybuchły wielkie oklaski.

Na drugim pokazie zasiedli w krzesłach zawodowi aparatczycy. Kasłali nieustannie. Zdenerwowany Holoubek nadrabiał patosem. Kajdany Konrada Dejmek ofiarował Raszewskiemu. Po wyrzuceniu z Narodowego i z partii będzie przez kilka lat za granicą artystą wędrownym. Wraz z nim odeszło z teatru trzydziestu aktorów; Holoubek trafił do Ateneum.

A finał współpracy tych dwóch artystów, którzy zawsze okazywali sobie nadzwyczajny szacunek, niemal kult? - Jak z magla - mówi dziś Gustaw Holoubek.

W rocznicę Marca w 1981 roku Dejmek i Holoubek spotkali się na Uniwersytecie Warszawskim ze studentami, mówili o Dziadach. - Dwie ikony bohaterów, którzy pobudzili opozycję - wspomina prof. Edward Krasiński. Dejmek podkreślił, że Holoubek "stworzył jedną z największych ról po drugiej wojnie światowej". Aktor podziękował reżyserowi za tamto wielkie wydarzenie artystyczne i historyczne.

"Solidarność" wniosła Dejmka na rękach do dyrektorskiego gabinetu w Teatrze Polskim. Gdy w stanie wojennym władza pozbawiła Holoubka dyrekcji Teatru Dramatycznego, przyjął go do Polskiego Kazimierz Dejmek. Wkrótce obiegła Warszawę ta wściekła opinia Dejmka o aktorach, którzy talent - jego zdaniem - rozmieniają na politykę: "Aktor jest do grania jak dupa do srania". I o aktorach, którzy nie bardzo wiedzą, jak z twarzą zakończyć bojkot radia i telewizji: "Wielu nieskazitelnych miało dupę na rozżarzonej fajerce i rozglądało się nerwowo, jak z tej fajerki zejść".

- Zaangażował w Polskim mnie i innych zbiegów i wygnańców - wspomina Gustaw Holoubek - choć przecież był przeciwny naszej działalności. Naszą trójkę - Łapickiego, Szczepkowskiego i mnie - określał jako kretynów, którzy wdając się w politykę, doprowadzają teatr do upadku. A jednocześnie ofiarował nam w piwnicy lokal na konspirację... Wtedy wszyscy oburzaliśmy się na jego wypowiedzi. Z perspektywy czasu nie oceniam go surowo, próbuję zrozumieć, dlaczego jego poglądy były wtedy tak skrajnie różne od naszych. Dziś myślę, że był tknięty demonicznym, metafizycznym lękiem przed Rosją. Patrzył na nas jak na dzieci, które nie wiedzą, że rosyjski kolos nigdy nie zdejmie z nas swej "opiekuńczej" ręki.

W ciągu sześciu sezonów Holoubek zagrał w Polskim pięć ról. W 1987 roku mówił, że Dejmek ma wprawdzie dawne, wielkie ambicje, ale jego dobór repertuaru jest przypadkowy. Raz aktor odrzucił rolę. Innym razem zgłosił Dejmkowi, że nie może się porozumieć z reżyserem. Następnego dnia rano zobaczył na tablicy ogłoszeń komunikat, iż nie jest już członkiem zespołu. Odwrócił się na pięcie i wyszedł z teatru. Dejmek tłumaczył w prasie: "Holoubek wykręcał się, jak mógł, od wykonywania swoich obowiązków. (...) Dla nas nie miał czasu, miał go na zagraniczne chałtury". Był rok 1989. Do śmierci Dejmka w grudniu 2002 roku już nigdy ze sobą nie rozmawiali. - Od czasu gdy wyrzucił mnie z teatru, przestałem go znać - opowiada Holoubek. - Dałem mu to odczuć, nie witając się z nim przy najbliższym spotkaniu. I tak to trwało... Stałem w orszaku za jego trumną w Teatrze Polskim. Przemówienia... Przy katafalku siedziała jego żona. Podszedłem. Pocałowałem ją w rękę. Zanim powiedziałem cokolwiek, ona ujęła moją głowę i ucałowała mnie. Ten gest oznaczał dla mnie, że Dejmek musiał żałować tego, co się stało, i że nasz dziecinny spór właśnie się skończył.

"Nazywano mnie Guga, tak jak tatę w dzieciństwie, bo byłam do niego bardzo podobna. Pamiętam ojca stawiającego pasjansa. Bardziej pamiętam go ze spacerów, kiedy nie mieszkał już z nami. Dostałam od niego moje pierwsze, wymarzone, czerwone dżinsy. Nie wstydził się mówić, że mnie kocha. Zabierał mnie i siostrę Ewę na wyścigi konne, na lody, do teatru. Na wakacje w Zakopanem. Był jednak ojcem od święta i nie brał udziału w moim wychowaniu.

W 1982 roku wyjechałam do Niemiec. Pracuję w ośrodku wychowawczym dla trudnej młodzieży. Chłopcy są przeważnie po wyrokach. Ostatniego sylwestra spędzałam razem z ojcem w Bukowinie; zapytał mnie, czy nie odczuwam lęku, pracując z tą młodzieżą. Wzruszyło mnie to i rozbawiło".

Gustaw Holoubek: "Ewę bardzo kocham (...). Młodszej córki po prostu nie znam".

W bufecie Teatru Dramatycznego - sali bez okien nad sceną - stoliki brydżowe tętnią życiem. Stąd rozchodzą się plotki. Tu przychodzi z ważnymi papierami sekretarka. Gustaw Holoubek podpisuje, nie patrząc (ma zaufanie do dyrektora administracyjnego Mieczysława Marszyckiego, swej prawej ręki) i z ulgą wraca do kart. Mówią o nim: bufetowy dyrektor. Objął Dramatyczny w 1972 roku. Jego jedenastoletnia dyrekcja nazywana jest złotym okresem tego teatru. Podkreślał, że dziedziczy po swych poprzednikach świetny spadek, jak "dobrze zgruntowane płótno". Od lat reżyseruje tu Ludwik Renę, wybitny twórca; w zespole znakomici aktorzy: Halina Mikołajska, Wanda Łuczycka, Ryszarda Hanin, Zofia Rysiówna, Danuta Szaflarska, Jan Świderski, Andrzej Szczepkowski, Andrzej Łapicki, Marek Walczewski i inni.

Zbigniew Zapasiewicz dzielił z Holoubkiem garderobę. - Był pozbawiony dyrektorskiego zadęcia, elementu gwiazdorstwa. Miał niezwykłą umiejętność towarzyskiego prowadzenia zespołu, lecz także trzymania go w dyscyplinie. Uważał, że demokracja w teatrze polega na prawidłowo zbudowanej hierarchii. Jeżeli ktoś miał osiągnięcia, Holoubek go podpychał... Ściągał młodych aktorów, pilnował, żeby zespół nie zamienił się w martwy staw. Miał fantastyczne wyczucie, w kogo należy inwestować.

Młodziutką Jadwigę Jankowską-Cieślak zobaczył w filmie; zaraz gra w Elektrze Giraudoux (1973). Piotra Fronczewskiego spotkał w pociągu Warszawa - Wrocław, widywał go we Współczesnym; przypieczętowali angaż jajecznicą. Aktor zagra główną rolę w Ślubie Gombrowicza (1974) i rozwinie skrzydła.

Holoubek dzwoni do Janusza Gajosa: - Ktoś mi powiedział, że jestem tępy, bo pan od dawna powinien być u nas w teatrze... Gajos gra w Śnie nocy letniej Szekspira (1980). Ściąga interesujących reżyserów. Witold Zatorski realizuje Kubusia Fatalistę według Diderota (1976) - ten przebój będzie grany 349 razy. Maciej Prus robi Noc listopadową Wyspiańskiego (1978) - spektakl dostanie nagrodę im. Swinarskiego. Jerzy Jarocki wystawia Szekspira, Mrożka, Gombrowicza. (Wdowa po Gombrowiczu nie godziła się na wystawianie jego sztuk w Polsce z powodu cenzury, to Jarocki przetarł szlak do oficjalnej premiery Ślubu. "Lewym prostym wypunktował panią Ritę - wspominał Holoubek - i uzyskaliśmy jej zgodę". Odtąd również inne teatry w Polsce zaczęły grać Gombrowicza).

Strony: 1 2 3 4 5 6

Fragment książki Magdaleny Grochowskiej "Wytrąceni z milczenia"

Świat Książki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje