Trzeba marzyć!

Nigdy nie uważała się za materiał na bizneswoman. Gdy chciała otworzyć firmę, to wszystko zrobiła na odwrót. Ale... 22 lata pracy to też jest rodzaj przedsiębiorczości i sukcesu - mówi o sobie Olga Bończyk.

Jej życiowym mottem od zawsze są słowa Jonasza Kofty: "żeby coś się zdarzyło, żeby dobrze się starzeć - trzeba marzyć". I uważa, że są to słowa prawdziwe, no bo jej marzenia się spełniły - jak opowiadała w Poznaniu podczas Ogólnopolskiej Konferencji Kobiet Przedsiębiorczych.

Reklama

Los się odwrócił

- Całe życie marzyłam o scenie - wspomina aktorka i piosenkarka. - Od czasów gdy jako kilkuletnia dziewczynka śpiewałam do lustra ze skakanką w ręku. I moje marzenia, żeby stać na scenie i śpiewać, spełniły się.

Tak naprawdę zaczęły się spełniać jeszcze w szkole, a później na studiach. Jednak studia się skończyły i trzeba było podjąć decyzję, co dalej. I zdecydowała się na kolejny krok, czyli wyjazd z rodzinnego Wrocławia do Warszawy.

- Wtedy osobie po moich studiach Wrocław niewiele miał do zaoferowania - wyjaśnia. - Zostawiłam więc swój zespół, swój dorobek i pojechałam w nieznane, w dodatku wiedząc, że zaczynam wszystko od zera - w trakcie wyszłam za mąż i zmieniłam nazwisko, więc nawet nazwisko miałam inne, nieznane - dodaje.

Przyjazd do stolicy początkowo zaowocował sukcesami - jednak po pewnym czasie aktorka zaczęła mieć wrażenie, że Warszawa po pierwszym zainteresowaniu zaczęła się od niej odwracać.

- Wtedy skończyłam nawet wydział charakteryzatorski, bo pomyślałam sobie, że jak mi aktorstwo nie wyjdzie, to może z charakteryzacją się uda - wspomina Olga Bończyk.

Ale wtedy ponownie los się odwrócił... I nie tylko odwrócił - sprawił, że aktorka trafiła do filmu, mało tego - do serialu. To natychmiast sprawiło, że stała się częścią medialnego świata, a w związku z tym wszyscy chcieli się dowiedzieć, jaki kolor firanek planuje do kuchni i o czym marzy...

A jak jest teraz?

Olga Bończyk nadal nie jest na etacie i codziennie czeka na telefony z propozycją pracy, które - jeśli nie zadzwonią, oznaczają bezrobocie. Ale tak właśnie żyje już 22 lata i chociaż to dla niej mało komfortowe, jak dla każdego typowego zodiakalnego Koziorożca, to jednak wie, że w tym zawodzie już tak jest.

- Może być i tak, że za trzy lata nikt nie będzie już pamiętał mojego nazwiska, kto wie? - uśmiecha się trochę smutno, a trochę ironicznie. Jej marzenia się spełniły - teraz Olga Bończyk jako osoba znana robi wszystko, żeby spełniać marzenia innych.

- Zostałam poproszona o dołączenie do programu "Dźwięki marzeń" dla dzieci niesłyszących - opowiada. - Niewiele osób wie, jak trudno poruszać się bez dźwięku, on niesie mnóstwo informacji. Jeśli w to nie wierzycie, wyłączcie dźwięk w telewizorze podczas jakiegoś programu. Co da się zrozumieć z samych obrazków? Naprawdę niewiele. Owszem, są programy dla niesłyszących, ale one są emitowane o 5 czy 6 rano w sobotę czy niedzielę, kiedy człowiek akurat ma wolne i chciałby sobie pospać. Ja to wszystko wiem, bo moi rodzice są niesłyszący. Dlatego chcę pomóc - wyznaje.

Właśnie z tego powodu Olga Bończyk mówi o tym programie wszędzie, gdzie tylko jest. I o tym, że 700 dzieci rocznie rodzi się niesłyszących, ale jeśli się im wcześnie zapewni fachową pomoc, to część uda się rehabilitować na tyle, że będą mogły pójść do normalnej szkoły. Że w Polsce jest 12 banków, w których można za darmo wypożyczyć aparat słuchowy dla dziecka odpowiedni do wieku, bo przecież dzieci rosną, że można też nawet zaraz po urodzeniu wszczepić dziecku implant ślimakowy, i to też na koszt fundacji...

- Ale poza tym mam jeszcze jedno marzenie - dodaje aktorka. - Żeby kiedyś udało mi się stworzyć fundację, która pomagałaby w kształceniu dzieciom uzdolnionym muzycznie, których rodziców na to nie stać. Wierzę, że mi się to uda. Marzenia się spełniają, ja to wiem... - zapewnia Olga Bończyk.

Lilia Łada

Dowiedz się więcej na temat: aktorka | marzenia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje