Artur Barciś: Już nie mam kompleksów

Kiedyś z powodu pochodzenia czuł się gorszy. Był też bardzo nieśmiały wobec kobiet. Kiedy poczuł się prawdziwym mężczyzną? I jak zyskał pewność siebie? To zdradził tylko SHOW.

Kiedy postanowił pan, że zostanie aktorem?

Reklama

Artur Barciś: - Bardzo wcześnie. Już jako małe dziecko czułem, że posiadam jakiś dar, który sprawia, że potrafię wcielać się w różne role. Pamiętam, że kiedy byłem małym chłopcem, a zawsze byłem małym chłopcem (śmiech), to wchodząc na scenę byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Byłem solistą w chórze, recytowałem wiersze. Nie interesowało mnie nawet z jakiej okazji, ważne było, że mogę wystąpić. Na scenie nie byłem małym, szarym człowieczkiem w tłumie uczniów, tylko kimś ważnym. Czułem, że coś znaczę. Kiedy mówiłem wiersz i robiłem pauzę, na sali panowała śmiertelna cisza. Miałem wtedy wrażenie, że unoszę się dwa centymetry nad ziemią. A potem kończyłem wiersz i cała szkoła biła mi brawo. Byłem wtedy bardzo szczęśliwy. W jednej z takich chwil postanowiłem, że zostanę aktorem.

Rodzice się dziwili?

- Nie, ponieważ moja rodzina, chociaż ze wsi, była bardzo teatralna. Mój ojciec założył nawet amatorski teatr. Oczywiście, kiedy po maturze wciąż twierdziłem, że zostanę aktorem i zakomunikowałem rodzicom, że będę zdawał do szkoły teatralnej, zaczęli się martwić. Wiedzieli, że ten zawód jest niepewny i że może mi się nie udać, że będę nieszczęśliwy, albo że wyjadę nie wiadomo dokąd. Kiedy jednak dostałem się do szkoły filmowej i to z drugą lokatą, machnęli ręką. A potem byli bardzo szczęśliwi.

Podobno brakowało panu pewności siebie.

- To dlatego, że dziewczyny nie traktowały mnie jak mężczyzny, tylko jak kolegę. A kiedy dorastałem, chciałem być facetem. Pech chciał jednak, że wyglądałem jak dziecko. Obserwowałem, jak ci wszyscy przystojniacy rwali dziewczyny, a ja się wstydziłem. Bałem się odrzucenia. Szybko jednak pozbyłem się tych kompleksów, gdy zostałem studentem szkoły filmowej. Te problemy nagle zniknęły.

Kiedy poczuł się pan prawdziwym mężczyzną?

- Chyba wtedy, gdy urodził się mój syn Franek. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nadchodzi dla mnie czas próby. Okaże się, czy jestem odpowiedzialnym człowiekiem, czy potrafię zapewnić bezpieczeństwo i poczucie stabilności swojej rodzinie. Wszystko się wtedy przewartościowało. Nagle ktoś stał się ważniejszy niż cokolwiek innego. Niż ukochany zawód, niż dążenie do sukcesu i do tego, by być najlepszym. To był niezwykły moment w moim życiu. Marzyłem o tym, pragnąłem żebyśmy byli taką rodziną, jaką jesteśmy. To jest piękne. Mam dom, cudowną żonę i syna, który właśnie się ożenił. Czuję się człowiekiem spełnionym.

Miał pan kiedyś kompleks pochodzenia?

- Tak. Pamiętam, że na studiach był podział na tych, którzy mają pieniądze i tych, którzy ich nie mają. Należałem do drugiej grupy. W kawiarni nie byłem ani razu. Jadaliśmy w bufecie szkolnym albo w akademiku. A w związku z pochodzeniem czułem się w pewien sposób niedokształcony. Bo kiedy człowiek wychowuje się w mieście, jego dostęp do kultury i sztuki jest nieograniczony. Ja wychowałem się na wsi, gdzie pasałem krowy. Owszem, czytałem mnóstwo książek, ale to jednak nie to samo.

- Pamiętam, że na wakacje przyjeżdżała do nas moja kuzynka z Warszawy. Asia była dla mnie punktem odniesienia. Imponowały mi jej intelekt, oczytanie, obycie i zachowanie. U niej zobaczyłem pierwsze w życiu dżinsy i to od niej dowiedziałem się o istnieniu czegoś takiego jak frytki. Dzięki Asi marzyłem o Warszawie jak do jakimś Nowym Jorku! Kiedy odwiedzałem ją w stolicy, chłonąłem wszystko dookoła jak gąbka. Chciałem wszystkiego się nauczyć. Na studiach miałem kompleksy, że jestem gorszy w tym sensie, że mniej wiem. O świecie, o życiu, o kulturze. Ale bardzo szybko to nadganiałem. Zależało mi na tym, żeby nie być w tyle. Potem zrozumiałem jednak jeszcze inną rzecz - miejsce, z którego się pochodzi, ma swoją dodatkową wartość. To, jak człowiek zostaje ukształtowany, co wynosi z domu, jak potrafi rozpoznać dobro i zło - to jest dużo ważniejsze niż wykształcenie, obycie i maniery.

Jakie wartości wyniósł pan z domu?

- Rodzice wpoili mi, że w życiu trzeba być przyzwoitym, reagować na ludzkie nieszczęście, pomagać tym, którzy potrzebują pomocy.Tego nie można się nauczyć, to się dziedziczy.

Teraz przekazuje pan to dalej.

- Staram się.

Gdyby miał pan przeanalizować swoją karierę, to na którym etapie czuł się pan najbardziej spełniony?

- Takich momentów było w moim życiu kilka. Moja kariera przedstawia się jak sinusoida. Jestem wysoko, potem zjeżdżam niżej, potem znów wyżej. Pamiętam, że kiedy skończyłem szkołę filmową w Łodzi, nie dostawałem żadnych propozycji pracy w teatrze. Wyglądało na to, ze zostanę na lodzie. Dostałem się jednak do teatru w Warszawie. Co prawda na Targówku, ale jednak to Warszawa. Dosyć szybko zagrałem w bardzo popularnym wówczas serialu "07 zgłoś się", a później w filmie "Znachor" Jerzego Hoffmana. Krótko po nim był jeszcze czteroczęściowy serial Janusza Dymka "Odlot", w którym dostałem główną rolę. Wydawało mi się, że złapałem pana Boga za nogi i to, o czym zawsze marzyłem, właśnie się spełniło. A potem wybuchł stan wojenny i wszystko się zawaliło.

- Kilka lat w plecy. Gdy już mi się wydawało że nic się nie uda, zadzwonił Krzysztof Kieślowski z propozycją roli w filmie "Bez końca". Potem był "Dekalog" i znów byłem na szczycie. Rozmawiałem z Andrzejem Wajdą, grałem u Zanussiego, Marczewskiego, Holland. Wydawało mi się, że to jest właśnie ten moment, na który czekałem. Pomyliłem się, bo potem znów grałem mało znaczące role. Jakiś czas później przyszły "Miodowe lata". I znów wielka popularność. Mam wrażenie, że od tamtego czasu wszystko utrzymuje się na podobnym poziomie, choć od dawna już nie zagrałem na dużym ekranie. Nie dostaję takich propozycji. A jeśli dostaję, to marne.

To frustrujące?

- Pogodziłem się z tym. To jest loteria. Taki zawód. Nie zabiegam o role, nie mam agenta, nie robię nic w tym kierunku. Ale mam dużo pracy. Od pięciu lat nie miałem urlopu, więc na brak zajęć nie narzekam. Kocham swój zawód.

Aktorowi z pańskimi dokonaniami nie wypada zabiegać o role?

- Może wypada? Może moi koledzy tak robią? Ja tego nigdy nie robiłem. Niewykluczone, że kiedyś będę w takiej sytuacji, że przez pół roku będę bez pracy i środków do życia? Być może wtedy będę zabiegał? Chociaż nie. Prędzej sam bym coś wymyślił. Sporo reżyseruję i piszę scenariusze, sądzę że dałbym sobie radę, choć bez aktorstwa byłoby mi bardzo ciężko.

Największe marzenie zawodowe?

- Dawno już przestałem marzyć. W tym zawodzie trudno cokolwiek przewidzieć. Najważniejsze to utrzymywać się na pewnym poziomie. Nie odpuszczać, a każdą rolę, którą się gra, grać najlepiej, jak się potrafi. Bez względu na to, czy to jest wielka rola teatralna, szkolna etiuda czy epizod w filmie. Tak do tego zawodu podchodzę. Oczywiście mogę marzyć, że zagram główną rolę w kinowym filmie u bardzo dobrego reżysera. Albo nawet młodego, początkującego, ale obiecującego. Byłoby miło, gdyby ktoś, pisząc dobry scenariusz pomyślał, że tę rolę mógłby zagrać właśnie Artur Barciś. Ale, jak powiedziała kiedyś Isabelle Adjani, marzenia to strata czasu. Coś w tym jest. Wydaje mi się, że trzeba robić swoje i już. Zwłaszcza że my aktorzy na niewiele rzeczy mamy wpływ. Nawet, kiedy już dostaniemy rolę. Często z jednej z głównych ról zostaje epizod albo w trakcie montażu ktoś zmienia koncepcję. Wiem to dobrze, bo moja żona jest montażystką.

Daje pan swoim postaciom coś od siebie?

- Zawsze staram się dodać postaci coś od siebie, oczywiście pod warunkiem, że reżyser to zaakceptuje. To ja zaproponowałem, żeby Czerepach z "Rancza" nosił tupecik i seplenił. Przed "Ranczem" grałem w serialu "Miodowe lata", który bardzo wbił się w świadomość widzów. Długo byłem utożsamiany z Tadeuszem Norkiem. Zależało mi więc, żeby Czerepach był inny. Żeby widz poznał kogoś innego. Czerepach wygląda więc, mówi i chodzi zupełnie inaczej niż Norek. Ale też inaczej niż Artur Barciś.

Ludzie nie mają panu za złe tego Czerepacha?

- Nie! Nawet politycy, chociaż być może powinni (śmiech). Bywa, że jestem zapraszany do różnych stacji telewizyjnych, gdzie goszczą politycy. Słyszę wtedy od nich: "Ale pan gra tego Czerepacha, no naprawdę!". Często wtedy pytam: "A pan siebie w nim nie widzi?" I słyszę: "Ja? W życiu!".

Pan lubi swoje postaci?

- Na pewno się z nimi nie utożsamiam. Grałem kiedyś Hitlera w teatrze Ateneum! (śmiech). Nigdy w życiu nie postępowałbym jak Czerepach. Kiedy wychodzę z teatru, zostawiam role za drzwiami. Oczywiście jeśli postać jest bardzo angażująca emocjonalnie i wymagająca kompletnego przetworzenia, trudniej się z niej wychodzi. Zwłaszcza, jeśli jest się nią przez cały dzień na planie filmowym. Miałem tak, gdy grałem w serialu "Doręczyciel". Janek Kaniewski, w którego się wcielałem, był upośledzony umysłowo. Grając tę postać, musiałem się kompletnie zmienić wewnętrznie i zewnętrznie. Byłem tym Kaniewskim od szóstej rano do nocy. Gdy więc wracałem do domu, wciąż chodziłem jak on. Kiedyś żona zwróciła mi uwagę w supermarkecie: "Przestań, zachowujesz się jak ten z serialu".

Czy po stu zagranych spektaklach, grając ten sto pierwszy, wciąż czuje pan satysfakcję? Nie wpada pan w rutynę?

- Na tym właśnie polega magia teatru. Człowiek staje za kulisami, zaraz wejdzie na scenę i wie, że na widowni są zupełnie inni ludzie, którzy nigdy tego przedstawienia nie widzieli. I ich nie interesuje, że my gramy to już setny raz. Oczekują, że damy z siebie wszystko. Uwielbiam moment, kiedy jestem za kulisami i słyszę szum na widowni. Ten dźwięk jest charakterystyczny i niepowtarzalny. Zawsze czuję wtedy wdzięczność dla tych, którzy mogli zrobić wiele innych rzeczy - pójść do kina, znajomych, posiedzieć w internecie. A jednak przyszli do teatru. To już jest wystarczający powód, żeby się maksymalnie zmobilizować, żeby się tym ludziom odwdzięczyć, że są z nami. Że zapłacili za bilet, przyjechali z bardzo daleka i chcą obejrzeć spektakl. Nigdy w życiu bym sobie nie pozwolił na to, żeby zlekceważyć widzów.

- A wracając do pani pytania - aktorstwo to jest powtarzalność. Choć ostatnio to słowo zrobiło się niemodne. Dziś mówi się, że im bardziej coś jest zagrane inaczej, tym lepiej. Ja się z tym nie zgadzam. Na planie filmowym trzeba 15 razy powtórzyć to samo. 15 razy trzeba zagrać tę samą scenę, tylko w innym ujęciu. I za 15-tym razem mieć te same emocje. To dość trudne, wymagające warsztatu, a z tym jest coraz gorzej. W teatrze za każdym razem powinniśmy przecież zagrać mniej więcej to samo przedstawienie. Ale kondycja współczesnego teatru to temat na zupełnie inną rozmowę.

Ostatnio podjął się pan reżyserii spektaklu "Między łóżkami". Co w tej sztuce jest wyjątkowego?

- Wszystko. Konstrukcja, inteligentny dowcip, znakomicie napisane role, zabawna, ale niegłupia historia. Ten rodzaj komedii lubię najbardziej.

Nie tylko go pan reżyseruje, ale też w nim gra.

- Pierwsza postać to mężczyzna, który wraz z żoną decyduje się uprawiać seks na antenie radiowej, żeby zebrać pieniądze na studia córki. Wcielam się też w rolę księgowego, który postanowił obrabować dom szefa siostry swojej żony. Jest jednak kompletnym amatorem i prosi o pomoc zawodowca. Mój trzeci bohater to pracownik firmy przeprowadzkowej, który cierpi na bóle kręgosłupa.

Co jest najtrudniejsze, gdy reżyseruje się i jednocześnie gra w spektaklu?

- Obiecałem sobie, że nie będę grał w przedstawieniach, które reżyseruję. Reżyser musi widzieć spektakl od strony widza, a stojąc na scenie nie mogę być równocześnie na widowni. To spory problem. Jednak tych trzech facetów, których gram, to role jakby dla mnie napisane, więc uległem pokusie i namówiłem reżysera Artura Barcisia, żeby mnie obsadził (śmiech). Mam nadzieję, że jakoś sobie z tym poradzi.

Czuje pan ciężar odpowiedzialności za powodzenie spektaklu?

- Oczywiście. To ja podejmuję najważniejsze decyzje - obsadzam aktorów, prowadzę ich, konstruuję kształt spektaklu, mam wpływ na scenografię, muzykę, światła, kostiumy. Jeśli sztuka będzie marna, to w dużym stopniu będzie to moja wina. Nawet jeśli aktor gra źle, to też jest zazwyczaj wina reżysera, bo to oznacza, że obsadził niewłaściwego aktora.

Zaprosił pan do spektaklu m.in. Katarzynę Skrzynecką i Radosława Pazura. Dlaczego akurat ich?

- Bo wiedziałem, że potrafią być kreatywni, że mają odpowiedni warsztat, który pozwoli im stanąć na wysokości zadania. Kasia Skrzynecka np. musi zagrać nieatrakcyjną sklepową, bardzo atrakcyjną choć nieporadną striptizerkę i taksówkarkę, mającą problemy z orientacją w terenie. A Radek Pazura gra tępego złodziejaszka, podstarzałą gwiazdę rocka i faceta od przeprowadzek.

Podobno im lepiej aktorzy się bawią podczas spektaklu...

- ...tym gorzej bawi się publiczność. Bo im poważniej grają aktorzy, tym wszystko jest śmieszniejsze. Zabawny ma być kontekst, a nie sposób gry. W komedii nie można się wygłupiać, bo wtedy nie jest komedią, tylko szmirą.

Zdarzyło się panu "zagotować" na scenie?

- Owszem, choć bardzo tego nie lubię. Inaczej publiczność - ona ku mojemu zdziwieniu, zdaje się to bardzo lubić. Ja "gotowanie się" na scenie uważam za wpadkę. To sytuacja, w której prywatność bierze górę nad postacią, którą się gra. Coś mnie tak rozśmieszy, że wychodzę z roli i zaczynam się śmiać. Czasem to zwykła pomyłka w tekście, która sprawia, że zmienia się kontekst zdania, albo coś brzmi idiotycznie. No i zaczynamy się śmiać. Oczywiście z całych sił próbujemy się wtedy opanować. I mam wrażenie, że to właśnie ta próba opanowania się jest dla widowni najzabawniejsza. Oczywiście pod warunkiem, że to nie zdarza się zbyt często. A aktor nie "gotuje" się, bo lekceważy publiczność czy jest zdekoncentrowany. Na planie takie sytuacje są mniej groźne, bo zawsze można powtórzyć ujęcie. Choć dziś na planie najważniejszy jest czas, a każde zepsute ujęcie to czas, który trzeba poświęcić, żeby znów tę scenę zagrać.

Przerwał pan kiedyś spektakl?

- Nigdy.

Co musiałoby się wydarzyć?

- Coś tragicznego. Gdyby zdarzyła się jakaś dramatyczna sytuacja, gdyby chodziło o czyjeś zdrowie, na pewno przerwałbym spektakl. Bo ostatecznie teatr to tylko teatr.

Bywa pan próżny?

- Oczywiście, jak każdy aktor. Zawód, który uprawiamy, nie jest zwyczajny. Po zakończonym spektaklu wychodzimy na scenę i liczymy, że dostaniemy brawa. A jeśli jeszcze ludzie wstaną, to jesteśmy najszczęśliwsi. Mam podobnie. Dałem z siebie wszystko, zagrałem najlepiej jak potrafiłem. I teraz ja, Artur Barciś, stoję przed ludźmi i pytam wzrokiem: "Podobało się?". A oni reagują. Albo zdawkowymi brawami albo huraganem braw.

Gdyby mógł pan cofnąć czas...

- Z pewnością popełniłem w życiu wiele błędów. Być może kogoś nieświadomie skrzywdziłem? Jeśli tak, to na pewno chciałbym to zmienić. Może czasem postąpiłem nie tak, jak powinienem, ale wydaje mi się, że bardzo wielkich grzechów nie mam na sumieniu. Trudno, takie jest życie. Nie jesteśmy doskonali i popełniamy błędy.

Co by pan powiedział 20-letniemu Arturowi?

- "Nie martw się tak, wszystko będzie dobrze!"

Justyna Kasprzak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje