Artur Partyka: Trzeba być po prostu sobą!

Jeden z najlepszych i najpopularniejszych polskich sportowców. Lekkoatleta, skoczek wzwyż. Artur Partyka opowiada Ilonie Adamskiej o swojej karierze, zdobytych medalach oraz planach na tegoroczne wakacje.

Kim chciał pan być, zanim został sportowcem?
W młodości moje marzenia obracały się raczej wokół sportu niż innych dziedzin życia. Bycie piłkarzem było na pierwszym miejscu. Takie nazwiska jak Lato, Boniek, Deyna to był szczyt moich marzeń. Dorzuciłbym do tego Szurkowskiego ze względu na popularność Wyścigu pokoju.

Reklama

Czy w dzieciństwie był pan okazem zdrowia?
Raczej tak, choć miałem tuż po urodzeniu kilkumiesięczny epizod w szpitalu. To była infekcja na tle bakteryjnym. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Potem raczej nie odbiegałem od średniej. Od czasu do czasu jakieś przeziębienie, jak to u dzieci bywa.

Kiedy na poważnie rozpoczęła się pana przygoda ze sportem, z lekkoatletyką?
W czwartej klasie szkoły podstawowej zostałem zauważony na zawodach okręgowych, podczas których wygrałem skok wzwyż. Wpadłem w oko trenerowi od skoków i tak się zaczęło. Rok 1980, Łódzki Klub Sportowy.

Dlaczego akurat skok wzwyż?
Byłem bardzo szczupłym chłopcem i bardzo lubiłem podskakiwać; a to do kosza, a to do gałęzi. Czasami chciałem dosięgnąć sufitu w mieszkaniu. To głównie zadecydowało, że trafiłem od razu na skocznie wzwyż.

Pamięta pan swoje pierwsze zawodowe sukcesy?
Tak, oczywiście. To była wygrana w mistrzostwach okręgu szkół podstawowych i wynik 1.55 cm. Kolejne zawody, które utkwiły mi w pamięci to Mały Memoriał Janusza Kusocińskiego w Bydgoszczy, gdzie zająłem drugie miejsce. To był mój pierwszy sukces na arenie ogólnopolskiej.

Jak pan myśli, jakie cechy charakteru pomogły panu w odniesieniu sukcesu?
Jest ich dużo, ale te najważniejsze to sumienność, regularność, wytrwałość w dążeniu do celu, wola walki i zwycięstwa. I oczywiście konsekwencja w pracy.

Każde igrzyska olimpijskie mają inny wyraz. Ma się coraz więcej lat, jest się bardziej dojrzałym. Zawody odbywają się w innych miejscach, inne są też cele. Pan brał udział w Olimpiadzie w Seulu, Barcelonie i w Atlancie. Którą olimpiadę wspomina pan najczęściej i z większym sentymentem?
Każda z tych trzech imprez była dla mnie innym doświadczeniem. Seul to był mój debiut i pojechałem tam właściwie po naukę. Barcelona to już walka o medal, ale jeszcze nie w roli głównego pretendenta do jego wywalczenia. Natomiast Atlanta to czas, w którym skumulowały się wszystkie najważniejsze cechy dla sportowca. Doświadczenie, wytrenowanie, odporność psychiczna na stres i umiejętności rozgrywania wielkich zawodów. I to właśnie na swoich ostatnich igrzyskach byłem najbliżej wywalczenia złotego krążka.

No właśnie. Co pan czuł, kiedy zdobył pan srebrny medal na igrzyskach olimpijskich w Atlancie? Był pan zły, że nie udało się wywalczyć złota? Było przecież tak blisko...
Czułem zadowolenie, choć nie do końca. Każdy medal, a w szczególności olimpijski ma swoją wartość. Patrząc na przebieg konkursu mogłem spodziewać się, że uda mi się sięgnąć po złoto, ale po raz kolejny okazało się, że w sporcie nie ma nic pewnego.

Radość ze srebrnego medalu rosła wraz z upływem czasu. Dzisiaj mam wielką satysfakcję z tego, że po 13 latach tak dużo osób pamięta jeszcze mój pojedynek z Amerykaninem Charlesem Austinem.

Aktualnie jest pan członkiem zarządu PZLA. Podobno uważa pan, że w tej konkurencji nastąpił w Polsce regres i w najbliższych latach nie należy spodziewać się znaczących osiągnięć...
Tak, jest troszkę gorzej, ale nie ma powodu do paniki. Przez blisko dziesięć lat mojej sportowej kariery przyzwyczaiłem kibiców do "seryjnego" zdobywania medali. Gdy przez kilka ostatnich lat moi młodsi koledzy nie przywozili medali - zaczęły się narzekania. Myślę jednak, że już niedługo może się to zmienić za sprawą Sylwestra Bednarka, Młodzieżowego Mistrza Europy, który jest 20-letnim skoczkiem i naprawdę rokuje duże nadzieje.

Zakończył pan swoją karierę ze sportem, ale nie zakończył pan przygody z lekkoatletyką. W jednym z wywiadów powiedział pan, że chce pan dalej robić to, co lubi najbardziej, na czym się zna, jak choćby na promocji lekkiej atletyki. Chce pan organizować imprezy dla dzieci i młodzieży, a także wśród wyczynowców...
Jestem cały czas związany ze sportem. Wspólnie z moją żoną Agnieszką organizujemy od trzech lat mityngi skoku wzwyż w rodzinnej Łodzi. Jestem także związany z serią mityngów Pedros Cup i działam w zarządzie Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Chciałbym, aby moja aktywność na tym polu służyła królowej sportu nie tylko w moim okręgu, ale również w całym kraju.

Jako jeden z najbardziej znanych i lubianych sportowców w kraju, był pan otoczony gronem zagorzałych fanek i wielbicielek. Jak pan radził sobie z popularnością, zwłaszcza wśród płci pięknej?
Z przejawami sympatii radziłem sobie znakomicie. To było i mam nadzieję, że dalej będzie bardzo miłe uczucie. Cieszę się, że sporo pań śledziło moje wyczyny i - co bardzo ważne - jeszcze je pamięta. Nie ukrywam, że popularność u płci pięknej była dla mnie dodatkową motywacją do ciężkiej pracy i mobilizacją do osiągania coraz lepszych wyników. Drogie panie: przecież wszystko co robimy, robimy dla was!

Czy zatem życie w świetle fleszy i wśród miliona fanów jest łatwe i przyjemne, czy może pełne zobowiązań, wyzwań i oczekiwań, którym musi pan wciąż sprostać?
Oczywiście jest to miłe, ale są też ciemne strony bycia na tzw. świeczniku. Ponadto liczne obowiązki wypływające z tego, że jest się znanym. Nie zapominajmy, że sportowcy cały czas są pod kontrolą.

Osiągając wielkie wyniki siłą rzeczy stajemy się wzorami dla młodych ludzi a to zobowiązuje. Myślę, że trzeba być po prostu sobą. Sporo zależy także od najbliższych, od rodziny, bo to ona pomaga określać w życiu właściwe proporcje.

Czy mam pan jakieś hobby, czy coś jeszcze pana pasjonuje oprócz sportu?
Moim wielkim hobby od zawsze była i jest nadal muzyka. Towarzyszy mi praktycznie wszędzie. Lubię także dobre książki - zwłaszcza historyczne, kino, koncerty, wyjazdy w góry.

Jak zatem wygląda pana zwyczajny dzień?
Sporo się zmieniło od czasu, kiedy przestałem zawodowo trenować lekkoatletykę. Obecnie moje życie nie różni się niczym od normalnego dnia zdecydowanej większości Polaków. Może jedynie wtedy, gdy pracuję przy organizacji zawodów, ale zawsze staram się dotrzymywać terminów, być punktualnym i robić wszystko jak najlepiej.

My, kobiety wydajemy pieniądze na ubrania i kosmetyki. A na co pan lubi je wydawać?
Muzyka, muzyka i jeszcze raz muzyka. Czy to na płyty, czy koncerty? No i na książki!

Czy Artur Partyka czegoś się boi, np. dentysty, jak wielu naszych dzielnych mężczyzn?
Nie mam jakichś szczególnych lęków. Dentysta też mi nie straszny!

(śmiech).

Gdybym była złotą rybką i miała możliwość spełnić pana trzy życzenia, o co by mnie pan poprosił?
Po pierwsze - poprosiłbym o jeszcze jedne igrzyska olimpijskie, bo ta Atlanta cały czas chodzi mi po głowie (śmiech). Po drugie - poprosiłbym o wakacje z żoną gdzieś na Pacyfiku lub Karaibach. Trzecie życzenie? Hmmm. Żeby złota rybka pojawiła się jeszcze raz i koniecznie zabrała mnie na jakiś dobry koncert np. Princea.

Plany na tegoroczne wakacje?
W sierpniu na pewno wyjazd w góry. Gdzie? Jeszcze nie wiem!

Dziękuję za rozmowę!
Ja również.

Ilona Adamska

Dowiedz się więcej na temat: medal | wakacje | muzyka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje