Bartosz Opania: Nie chce dłużej grać amanta

Jest mężem zazdrosnym, a ojcem - infantylnym. Z dystansem opowiedział nam o słabościach mężczyzny po czterdziestce.

Długo przekładał spotkanie. Przygotowywał się do premiery sztuki "Happy now?". A Bartek Opania (44 l.), gdy pracuje nad rolą, wchodzi w to na sto procent. Nawet rodzina musi wtedy chodzić na palcach. Ale warto było. "Dawno nieoglądany Opania jest znakomity. Ostrą ekspresją wypełnia całą scenę, bywa brutalny i uwodzicielski, odpychający i bezradny" - ocenił jego rolę znany z surowości krytyk Jacek Wakar.

Reklama

Beata Biały: "Happy now?" to opowieść o problemach czterdziestolatków żyjących w wielkich miastach, więc i o Tobie.

Bartosz Opania: - To dla mnie spotkanie ze świetnymi ludźmi i wspaniałymi aktorami. Cieszę się, że mogłem wziąć w tym udział. Ta sztuka to historia ludzi, których związki są w rozsypce. Jedni już nawet nie próbują łapać tego, co ich kiedyś łączyło, nie ma między nimi miłości, czułości, szacunku. Drudzy jeszcze walczą o związek. Sztuka jest zabawna, ale w gorzki sposób. Opowiada o tym, co banalnie mówiąc, wszyscy obserwują w dzisiejszym świecie - o pogoni za zatrzymaniem młodości, bieganiem za potencją, która stała się sama w sobie wartością na wagę złota, przytwierdzaniem smartfonów, żeby odliczyły 130 uderzeń, wściekłości, że tkanka tłuszczowa nie znika. To dosyć śmieszne w obliczu tego, co się dzieje na świecie, czy choćby na Ukrainie. A tu - kompletne niepogodzenie się z upływem czasu. Ale zauważam to też u siebie.

Ale dziewczyny wciąż się jeszcze oglądają za Tobą?

- Mam już za krótki wzrok, żeby to zobaczyć (śmiech). Wcześniej też tego specjalnie nie dostrzegałem. Byłem prawdopodobnie zbyt zadufany w sobie i w tym, co mam do zrobienia, a teraz... no... jest już za późno.

Mężczyźni przechodzą kryzys męskości? Siłownia, żel we włosach...

- Nie jestem specjalnym ekspertem w tej dziedzinie, ale mam wrażenie, że kobiety chciałyby, nie wszystkie rzecz jasna (śmiech), żeby facet był czułym kochankiem, bankomatem, wibratorem z najwyższej półki, przyjacielem, ale nie za miękkim i jeszcze opiekuńczym ojcem. Chyba za wiele jak na jednego mężczyznę. I faceci mają problem, bo sami już nie wiedzą, kim mają być.

A Ty się w tym pogubiłeś?

- Szczerze mówiąc, na co dzień niespecjalnie mnie to zajmuje. Jeżeli intensywnie trenuję, to dlatego, że od czasu do czasu muszę się odchudzać do roli. Chociaż nie - istnieje też inny powód dbania o kondycję. Nie chcę, żeby zabrzmiało to patetycznie, ale uważam, że każdy powinien brać odpowiedzialność za swój kraj w sytuacji, która nie daj Boże, może nadejść.

To teoria. A gdyby rzeczywiście kraj znalazł się w niebezpieczeństwie, to co byś zrobił?

- To wiem, co bym zrobił. Poszedłbym na wojnę. Jestem żołnierzem drugiego plutonu Mazowieckiej Obrony Terytorialnej. 7 lat temu uświadomiłem sobie, że jeśli nie ma poboru, nie ma żadnej rezerwy, a tylko trzydziestotysięczna armia zawodowa, to państwo jest słabe. No więc się zgłosiłem. Co jakiś czas uczestniczę w specjalnych szkoleniach. Ostatnio wezwano mnie dwa tygodnie temu. Cały dzień chodziłem z karabinem po bagnie i modliłem się, żeby zdążyć na próbę w teatrze na godzinę 19. Chciałbym jednak zaznaczyć, że bieganie po lesie z kałasznikowem nie należy do moich pasji ani też nie jest moim żywiołem.

Po co to robisz?

- Bo tak trzeba. Traktuję to w kategoriach służby. Jeśli jedyne, na co stać Polaków, to bronić tęczy, to słaby jest ten nasz patriotyzm.

Ten patriotyzm wyniosłeś z domu?

- Tak i nie wstydzę się tego słowa. Uważam, że trzeba przywrócić mu właściwą rangę. Wyrosłem w micie dziadka, który był oficerem rezerwy i zginął w Powstaniu Warszawskim. Mimo że miał dwoje dzieci i wojna również z tego, co wiem, nie była jego żywiołem, poszedł walczyć i oddał życie za ojczyznę. Uważał, że to naturalne, że nie można inaczej. Mój ojciec miał rok, kiedy dziadek zginął. Nie znałem go, ale babcia o nim opowiadała.

Oprócz dziadka i ojca, jakich miałeś idoli w dzieciństwie?

- To byli bohaterowie filmów, najbardziej westernów. Przecież w moich czasach jak puszczano western, to było święto.

Stąd zamiłowanie do łuków? Legendy o tym krążą.

- To ojciec zaraził mnie łukami. Większość jest niedokończonych, część mi nie wyszła i je porzuciłem. Fascynacja łukiem mija, kiedy już go zrobię albo widzę, że nic z tego nie będzie.

Trudno zrobić łuk?

- Idealnego jeszcze nie zrobiłem. Łuki mongolskie, czyli refleksyjne, są niewiarygodnie trudne do zrobienia, mają wielkie wymagania: drzewo musi być odpowiednio sezonowane, zaimpregnowane, ścięgna muszą być rozdzielone na włókna, wyczesane... Mógłbym o tym mówić godzinami, ale obiecałem sobie, że już dosyć, bo mówię o tym w każdym wywiadzie.

Podobno rzeźbisz figurki Chrystusa, jak Twój ojciec i wuj.

- Rzeźbię, bo lubię, ale nie mam śmiałości porównywać się do ojca czy stryja, którego bardzo kochałem (odszedł w ubiegłym roku). Czasem kolega poprosi, by zrobić Chrystusa na krzyżu i robię, ale nie tak dobrze jak ojciec. To rzeźbienie jest rodzinne. Chyba mam je w genach, bo nie wiem, czy tego się można nauczyć. Niedawno zrobiłem też dla syna tomahawk. Ale ostatnio mam psa i cały wolny czas leżę z nim na łóżku (śmiech). Rok wcześniej odszedł mój pies i tęskniłem. Zacząłem szukać po schroniskach psa, który miałby w oczach to, co mój. I ta suczka to miała. Być może to "coś" to trudny charakter (śmiech). Nie dawała się dotknąć, 1,5 miesiąca ją oswajałem. A dziś, i mogę to powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, żadna kobieta nie cieszy się tak na mój widok, jak ona. Gdyby to ode mnie zależało, najchętniej leżałbym z psem i dziećmi w łóżku i się nie ruszał. W życiu jestem raczej leniwy. Lubię tylko bawić się z dziećmi.

I w co się bawicie?

- Budujemy wigwam, ja jestem starym, rannym Indianinem, który w nim leży i wydaje polecenia. Ale najpierw muszę się narobić i zbudować wigwam.

Jakim jesteś ojcem?

- Staram się być ojcem obecnym, chociaż raczej jestem ojcem... infantylnym (śmiech).

Niczego nie wymagasz?

- Z tym, delikatnie mówiąc, są pewne kłopoty. Oboje z żoną mamy problem, aby być konsekwentnymi rodzicami.

Jakim byłeś dzieckiem, buntowałeś się?

- Mój bunt wynikał ze średniego dostosowania się. Ale potrzeby buntu nie miałem, raczej potrzebę niezależności. Zawsze denerwowało mnie coś, co musiało być na komendę, pod linijkę, wg schematu. Do dziś wkurzają mnie schematy i stereotypy. Bo oczekuje się, że mężczyzna będzie lubił piłkę nożną, a ja nigdy nie lubiłem piłki.

Mężczyzna nie płacze...

- A ja płaczę nawet na kreskówkach. I to znaczy, że nie jestem mężczyzną?

Jesteś romantykiem?

- Pewnie tak. Ale chyba już trochę zgorzkniałym. Choć nigdy tak o sobie nie chciałem myśleć, żeby nie być kabotynem, którym jestem. Wielu mężczyzn jest romantykami, tylko wstydzą się tego romantyzmu, podobnie jak patriotyzmu.

A co jest według Ciebie niemęskie?

- Brak wrażliwości, lojalności, zdrada, szczególnie zdrada siebie. Choć i mnie w życiu zdarzało się postępować podle.

Na studia dostałeś się za pierwszym razem. Dziecko aktora zostaje aktorem?

- Właściwie nie wiem, dlaczego nim zostałem. Pewnie dlatego, by uciekać przed rzeczywistością w jakąś fantazję. Bo ja nie byłem dzieckiem, które wychowuje się za kulisami. Ojciec trzymał mnie z daleka od zawodu. Pamiętam, jak kiedyś zabrał mnie do teatru. Zobaczyłem Janka Kosa i Grigorija Saakaszwili, podali mi rękę, a ja kombinowałem, gdzie schowali czołg i pepesze (śmiech). Nie do końca wiedziałem, na czym ten zawód polega.

Ojciec pomógł Ci się przygotować?

- Kiedyś były takie konkursy recytatorskie "Warszawska Syrenka". Wygrywałem je, bo ojciec nauczył mnie wiersza Norwida "Fortepian Szopena". Śmiem twierdzić, że jest jedyną osobą w Polsce, która potrafi go powiedzieć. Wiersz jest trudny, matematyczny i wymaga znajomości partytury. A ojciec zna partyturę.

Nie bałeś się, że będziesz wciąż porównywany z ojcem?

- Cały czas tak jest. Ale wtedy się nie bałem. Byłem pewien swego "charakteru pisma". Młody człowiek zwykle nie ma wątpliwości co do swego talentu. Pierwszy szok przeżyłem w szkole teatralnej, kiedy niektórzy profesorowie zaczynali mnie porównywać. Pewnie nie wszyscy lubili ojca. Na szczęście trafiłem na rok nieprzeciętnych, odjechanych osobowości, których opiekunami byli fantastyczni, równie odjechani aktorzy, Maja Komorowska i Wiesław Komasa. Po skończeniu uczelni unikałem pracy z ojcem, nie chciałem mnożyć porównań.

Szybko zapracowałeś na swoje nazwisko. Mówiono o Tobie: książę teatru telewizji.

- Teatr telewizji strasznie mnie zepsuł. Miałem mnóstwo propozycji, wciąż grałem sztuki kostiumowe. Wydawało mi się ważne to, co robię, bo grałem Artura Rimbaud i tak jak on starałem się być bezkompromisowy. Tylko że życie wszystko weryfikuje i dziś dla szerokiej publiczności jestem dr. Latoszkiem (śmiech) z serialu "Na dobre i na złe".

To boli?

- No wiesz, jak się zaczynają obowiązki wobec rodziny, ambicje schodzą na dalszy plan. Doktor Latoszek pojawił się w moim życiu wtedy, kiedy grając w tzw. ambitnych rzeczach, zorientowałem się, że jestem kompletnie bez grosza.

To znaczy, że grasz w serialu tylko dla pieniędzy?

- Pracuję głównie dla pieniędzy. Tak jak górnik (mówiłem to często) pracuje dla pieniędzy. Gdyby nie to, mógłbym całymi dniami bujać w obłokach albo robić sto tysięcy innych rzeczy, ale to bez znaczenia. Ważna jest jakość tego, co robisz, bez różnicy czy to teatr, serial, film. Ja zawsze gram na sto procent.

Wkurza Cię, że przypisuje ci się łatkę "amanta"?

- Amant kojarzył mi się źle, z przedwojennym facetem ze szminką na ustach, a ja chciałem być charakterystyczny, grać role niejednoznaczne. Zresztą dzisiaj zdarza się, że producenci, mimo iż jestem sto lat starszy, wciąż oczekują, żebym był szczupłym 25-latkiem, słowem wymagają tego amanta, co irytuje. Bo nie chcę dłużej być amantem.

W czasach, kiedy związki rozpadają się jak domki z kart, Wy z żoną wciąż trwacie razem.

- Zawsze mi się wydawało, że nie wolno trwonić uczuć. We wszystkim staram się oszczędzać energię na rzeczy istotne. Być może też jest to jakiś defekt rodzinny. Ta długodystansowość. Bo wciąż jest między nami jakaś chemia.

Ożeniłeś się wcześnie, bo jako 27-latek. Wielu mężczyzn w tym wieku ma problem z deklaracjami... 

- Ja miałem problem raczej z weselem. Byłem tak zażenowany tą uroczystością, że muszę coś odgrywać... Wydaje mi się, że powinienem zafundować nam kameralną powtórkę.

Każdej kobiecie by się to podobało...

- Każdej kobiecie być może, ale moja żona jest inna. Jeśliby (proszę mi wybaczyć dosłowność) udowodniono, gdzie jest punkt G, to moja żona miałaby go gdzie indziej.

A ojcostwo to trudna sprawa?

- W Biblii jest coś takiego: dzieci, kochajcie swoich rodziców. A ojcowie, nie zabijajcie ducha w swoich dzieciach. Nie wolno upokarzać, dominować, podcinać skrzydeł. I choć nie jestem ojcem idealnym, tego staram się trzymać.

Co zawdzięczasz swoim dzieciom?

- Nauczyły mnie np. cierpliwości. Ale to zależy, czy jest przed premierą czy nie. Bo przed trochę mi jej brakuje. Ale przede wszystkim mogę postrzegać świat ich oczyma, bardziej naiwnie, pełniej i... to wystarczy, nie będę już mówił o dzieciach.

Nie musisz, inni już to robią. Po premierze sztuki pisano: "Zabójczo przystojny syn Opani".

- Nawet nie mogę zaprosić własnego syna na premierę. Oprócz miłych rzeczy, było mnóstwo hejtów, że wprowadzam syna na salony, że lansuję, że załatwiam mu robotę. Nawet nie myślałem, że jedno wyjście z dzieckiem wywoła taką burzę. Nie zgadzam się, żeby opluwano moje dziecko, które przyszło, żeby zobaczyć pracę ojca.

Tęsknisz czasem za jakimś szaleństwem czy raczej dziękujesz Bogu za małą stabilizację?

- Dziękuję za wszystkie łaski, doceniam je. Nigdy nie miałem potrzeby szaleństwa. Czasem się wydarzało - albo z powodu temperamentu, albo schorzeń psychicznych. Ale nigdy za nim nie tęskniłem. Nie marzyłem, by być sławnym albo bogatym. Tego nie potrzebuję.




Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje