Bo jesteś ty

Ślub brali cztery razy. Bo Ewa (49) i Krzysztof (62) Krawczykowie to małżeństwo niebanalne. Na pierwszą randkę w Chicago jechali dorożką, długo klepali biedę, uciekali przed teściową? Od 23 lat są w siebie zapatrzeni. I zakochani bez pamięci.

Stany Zjednoczone, połowa lat 80. Krzysztof Krawczyk ma już dość występowania po pięć razy w ciągu jednej nocy, a tak właśnie wygląda jego praca w Las Vegas. Piosenkarz jest też w słabej formie psychicznej: przeżywa zdradę drugiej żony, są w separacji. Jego życie osobiste po raz kolejny legło w gruzach. Wcześniej Krzysztof sam bywał niewierny, teraz może się przekonać, jak bardzo zdrada boli. Zmęczony, postanawia wrócić do Chicago. Tam czekają już na niego w nocnym klubie o wdzięcznej nazwie...

Reklama

Cisza Leśna.
Miejsce nie należało do romantycznych. To była jedyna polska knajpa w Chicago z koncesją na sprzedaż alkoholu do piątej nad ranem. "Po wieczornych koncertach, występach i premierach wszyscy schodzili się tam na wódeczkę. Na dopicie", wspomina Krawczyk. On był tam swego rodzaju menedżerem. Doglądał organizacji, załatwiał koncerty i je prowadził. Oczywiście sam również śpiewał. W ten sam piątkowy wieczór, w którym Krawczyk wrócił do pracy w Ciszy Leśnej, pojawiła się tam nowa kelnerka - blondwłosa Ewa. "Zderzyliśmy się w drzwiach. Dokładnie tak samo jak kiedyś, w czasie wojny, moja mama z moim tatą. Tylko że mama ofuknęła ojca, że nie potrafi się zachować, bo puścił do niej oko. A Ewa po prostu zmieszała się i pokryła to zmieszanie pięknym, dziewczęcym uśmiechem", wspomina piosenkarz z rozrzewnieniem. "Pomyślałem: "Ale piękna dziewczyna,

zupełnie nie dla mnie"".
Ewa była od Krzysztofa młodsza o 13 lat. Dziś piosenkarz zapewnia, że na początku wcale nie zamierzał jej uwodzić. Twierdzi, że miał do niej opiekuńcze podejście. "Nie brała napiwków, więc tłumaczyłem jej, że klienci zostawiają pieniądze za jej uśmiech i piękne nogi", mówi. Powoli zaczynali ze sobą flirtować. "Na serwetkach, które mam do dziś, pisałem, żeby się ze mną spotkała", wspomina artysta. Odpowiedź była zawsze ta sama: "Z żonatymi się nie umawiam". Kto wie, czy na takich próbach by się nie skończyło, gdyby nie koleżanki Ewy. . "Idź z tym Krawczykiem, a potem nam opowiesz, jak było", namawiały. I w końcu dziewczyna uznała, że jedna randka nie zaszkodzi. Piosenkarz długo się do niej przygotowywał. "Podjechałem dorożką i zabrałem Ewę do meksykańskiej restauracji. Tam trzech znajomych grało przy stoliku na gitarach. Potem poszliśmy do klubu jazzowego". Ale co innego okazało się gwoździem wieczoru. Gdy wychodzili z klubu, Ewa usłyszała muzykę? "O, dyskoteka!, krzyknęło moje kochanie, a zabrzmiało to jak : tato kup mi balonik! Więc weszliśmy", śmieje się dziś piosenkarz. "W pewnym momencie z głośników poleciała tzw. pościelówa. Objąłem Ewę mocno, przytuliłem...". "To był ten moment, w którym zrozumiałam, że...

mam się na kim oprzeć",
dodaje Ewa. Trzy miesiące później wzięli amerykański ślub, bo Krzysztofowi udało się unieważnić poprzednie małżeństwo. Wielkie uczucie, jak przyznaje artysta, rodziło się w biedzie. Krawczyk dawał koncerty w chicagowskich klubach, ale to nie wystarczało. "Ewa lepiła pierogi, sprzedawała zimne nóżki w polskich delikatesach, a ja próbowałem swoich sił w stolarce, o której nie miałem początkowo zielonego pojęcia".

Dowiedz się więcej na temat: koncerty | ślub | małżeństwa | Chicago | Krawczyk | piosenkarz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje