Byli cudowni

W wyjątkowej rozmowie z SHOW Marta Kaczyńska (30) wspomina rodzinny dom. Wesołego tatę, wyrozumiałą mamę, szczęśliwą rodzinę. I po raz pierwszy mówi, jak po 10 kwietnia zmieniło się jej życie.

Zamyka Pani oczy i widzi siebie jako małą dziewczynkę. Kim ona jest? O czym marzy?
Marta Kaczyńska: Najdalsze wspomnienia sięgają okresu, kiedy mieszkaliśmy z rodzicami w wynajętym mieszkaniu na 10. piętrze przy ulicy Mickiewicza w Sopocie. Mam w pamięci obraz, jak idę z tatą po schodach na to 10. piętro, bo miałam klaustrofobię i bałam się windy. Tata brał mnie za rękę i szliśmy, a mama jechała windą. Pamiętam wizyty dziadków, osiołka na biegunach. Pamiętam, że pokój, w którym spałam, był jednocześnie gabinetem taty. Biurko, mnóstwo książek, papierów, pism, i moje łóżeczko. Na ścianie był zaciek. Bałam się tej plamy, więc przychodziłam do łóżka rodziców. Bardzo długo z nimi spałam, wtedy czułam się bezpiecznie.

Reklama

- Bałam się też Baby Jagi. Osiedle Mickiewicza jest położone blisko Łysej Góry w Sopocie. Był tam bar Sabat z Babą Jagą na szyldzie. Myślałam, że ona naprawdę tam mieszka. Ostatnio moja Martynka przyznała mi się, że też boi się Baby Jagi i prosi, bym nie wychodziła z pokoju, gdy ona zasypia. Nie wiem, kto jej o tym opowiedział? Ja jestem ostatnią osobą, która straszyłaby dzieci.

A wakacje?
Mieliśmy czerwonego malucha, którego nazywaliśmy "pomidor". Mama dostała go w spadku po swoim ojcu. Tym samochodem jeździliśmy na wakacje. Przyjaciele rodziców mieli na wsi zabytkowy dom, kryty strzechą. Ojciec intonował za kierownicą: "Oj babusiku, babusiku, na maluszkowym samochodziku". Lubił układać piosenki.

A czy dostawała Pani kieszonkowe?
Nie byłam dzieckiem, które pracuje, by zarobić na wakacje. Pod tym względem byłam rozpieszczona. W moim domu bywało różnie, dopiero dziś wiem, jak w latach 80. moim rodzicom było ciężko. Myślę, jak cudowni byli, że nigdy nie dali mi tego odczuć. Stryj mi opowiadał, że przysyłał rodzicom jedzenie z Warszawy, bo wiodło mu się lepiej.

- Ale mnie niczego nie brakowało, zawsze miałam to, co chciałam, zawsze wyjeżdżałam na wakacje. Nie musiałam martwić się o pieniądze.

Jak była mała Marta? Nieśmiała?
- Raczej nie byłam nieśmiała, choć na pewno mniej przebojowa, niż dziś są moje córki Ewa i Martyna. Lubiłam być aktywna na lekcji, zgłaszać się do odpowiedzi. A przede wszystkim marzyłam, żeby zostać baletnicą. Na wszelkie bale karnawałowe byłam przebierana przez mamę za baletnicę. Potem moje marzenia zaczęły się spełniać, bo w trzeciej klasie szkoły podstawowej, podczas naboru do szkoły baletowej, okazało się, że się nadaję. Bardzo się cieszyłam, że tam chodzę. Niestety, po 2,5 roku miałam kontuzję kolana. Poza tym przeprowadzaliśmy się właśnie z rodzicami do Warszawy i wspólnie zdecydowaliśmy, że nie ma sensu tego kontynuować.

W szkole baletowej panuje ostry rygor...
- Dla mnie, jako dla małej, wrażliwej dziewczynki, było to trudne. W szkole baletowej nie ma: "Nie mogę", "Nie umiem". Będziesz próbować tyle razy, aż będziesz to umiała. Nie ma znaczenia, że palce u stóp są zdarte do krwi. Trzeba ćwiczyć dalej. Jest dyscyplina, obowiązuje punktualność. Ale wspominam to dobrze.

Nauczyło mnie to samodyscypliny. Pozostał mi też "nałóg" w postaci codziennego gimnastykowania. To dla mnie przyjemność, dużo lepiej dzięki temu się czuję. Wychodzę też z założenia, że skoro umiałam robić szpagat, gdy byłam mała, to dlaczego nie miałabym robić tego teraz?

Była Pani prymuską?
- Nie. Jestem ambitna, ale nie lubię rywalizacji. Miewałam kłopoty z matematyką, fizyką, chemią. Lubiłam język polski i nawet pisałam opowiadania. Pisałam też pamiętnik, niedawno go znalazłam. Rodzice nigdy mnie nie zmuszali do nauki. To wychodziło samo z siebie. Wydawało mi się oczywiste, że trzeba iść na studia. Ale nikt mnie nie gonił.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje