Chęć sukni silniejsza niż wszystko

Łódzkie plastyczki marzyły o projektowaniu swetrów à la Chanel. Kiedy po studiach poszły do pracy, od dyrekcji zakładów odzieżowych usłyszały, że mają szyć normalnie, bo to fabryka, a nie dom mody. O tym, kto, jak i w co ubierał Rzeczpospolitą Ludową opowiada Aleksandra Boćkowska, autorka książki „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL”.

Aleksandra Suława: 25 lat wystarczyło, żeby w naszej pamięci krawiectwo PRL-u zamieniło się w modę na światowym poziomie?

Reklama

Aleksandra Boćkowska: - Modę z własną mitologią! Mam wrażenie, że z biegiem czasu polskie ubrania z tego okresu dorobiły się lepszej opinii niż na to zasługiwały.

Bo u nas chałupniczą metodą można było wykonać ciuchy prawie tak piękne jak te z zachodniego żurnala...

- Nie sądzę. Dzisiaj, kiedy myślimy o modzie tamtego okresu, w naszych głowach pojawiają się kadry z filmów, zdjęcia z żurnali, portrety ówczesnych sław. Jednak kiedy porównać te obrazy ze zdjęciami ulicy z tamtych czasów, zobaczymy, że w rzeczywistości było raczej brzydko. Moda Polska swoje najmodniejsze rzeczy robiła na pokazy, niewiele z nich trafiało do sprzedaży. Kolekcje handlowe nie były aż tak wysmakowane. Natomiast w sklepach, dla zwykłych ludzi, ciekawe ubrania rzucano z rzadka. "Rzucić coś" to zresztą charakterystyczny dla PRL-owskiego handlu zwrot.

Ale, jak mówi w pani książce Barbara Hoff: "Przecież to nikogo nie obchodzi".

- Od kilku lat moda tego okresu obchodzi nas coraz bardziej. Po czasie opisywania i rozliczania wydarzeń politycznych PRL, przyszła kolej na ponowne odkrywanie kultury. Mieliśmy książki o architekturze, wystawy designu, aż w końcu przyszedł czas na modę.

Dojrzeliśmy?

- Do tego opisywania  musiało dojrzeć nie jedno, ale dwa pokolenia. To młodsze, urodzone na przełomie ustrojów, ciekawe czasów, których w ogóle nie pamięta. I to starsze, dzisiejszych 40-latków, którzy pamiętają PRL i dziś mają dość czasu i warsztatu, żeby zacząć go opisywać.

I mówić, że u nas było prawie tak ładnie jak na Zachodzie. Koloryzują?

- Ci, którzy na poważnie opisują PRL, na pewno tak nie twierdzą. Raczej oddają sprawiedliwość temu, co było porządne, ciekawe, pomysłowe, a po przełomie zostało zapomniane lub zaniedbane. Z modą jest jeszcze trochę inaczej, bo zachowało się stosunkowo niewiele oryginalnych ubrań z tamtego czasu. Te, do których dotarłam, pozwalają przypuszczać, że czas nieco ubarwił wspomnienia. To zresztą typowe dla PRL-owskiej narracji. Ona, z wyjątkami oczywiście, dzieli się na martyrologiczną albo koloryzującą. W jednej wszyscy walczyli z systemem, w drugiej mamy kraj pełen wesołych absurdów, gdzie wszyscy świetnie się bawili.

A prawda jak zwykle leży gdzieś pośrodku...

- Opresje polityczne nie dotykały każdego, ale każdy musiał się jakoś z tym systemem politycznym ułożyć. Nawet ten, kto był wobec niego obojętny, musiał wykombinować, jak obejść stwarzane przez niego niedogodności żeby chociaż "zorganizować" coś do ubrania.

Według Barbary Hoff, moda miała służyć między innymi temu, żeby w tym systemie "wywiercić szczelinę".

- Wtedy moda nie była domeną blogerek i celebrytek, ale inteligencji. Dzięki niej ci ludzie mogli znaleźć sobie niszę w systemie, z którym nie za bardzo było im po drodze. Mogli też przechować przedwojenny kapitał kulturowy, którego częścią była moda. Myślę, że Barbara Hoff naprawdę  wierzyła, że wierci tę dziurę w systemie.

A inni?

- Od Jerzego Antkowiaka już czegoś takiego nie usłyszymy. On przyznaje, że projektował z miłości do mody. Owszem, ta tęsknota za zachodnią estetyką była rodzajem niezgody na socjalistyczną rzeczywistość, ale ludzie na ogół ubierali się bez związku z systemem.

Czyli nie każdy chciał obalać system za pomocą pomysłowej sukienki z tetry?

- Tak ówczesną modę interpretują ci, którzy musieli jakoś odnieść się do systemu. Jednak rzesze kobiet, które stały w kolejce po sukienki do domu towarowego czy wycinały fasony z "Burdy", nie były buntowniczkami. Nimi kierowała, jak mówi jedna z moich bohaterek, "chęć sukni silniejsza niż wszystko".

Można odnieść wrażenie, że ta "chęć sukni" była wręcz obsesyjna.

- Przypuszczam, że tak to wygląda z perspektywy. Gdyby była to książka o jedzeniu w PRL, okazałoby się, że obsesyjna była chęć kupienia masła, nie mówiąc o szynce. Te wszystkie rzeczy było trudno zdobyć. Żeby porządnie się ubrać, trzeba było naprawdę się nachodzić. Przy tym ciuchy są tym rodzajem dobra, które można zrobić własnoręcznie. W szycie i przeróbki też wkładano dużo pracy. No i to wszystko sprawiło, że ludziom wryło się to w pamięć, a czas jeszcze pokolorował wspomnienia.

A ci świetnie zapamiętani projektanci? Naprawdę byli dobrzy czy raczej dobrze kopiowali zachodnie trendy?

- Antkowiak i projektantki Mody Polskiej to byli artyści.

A Hoff?

- Hoff, według mnie, była raczej publicystką mody. Owszem, projektowała. Przystosowywała fasony z paryskich trendów do dostępnych w Polsce tkanin, ale nie z miłości do mody, tylko właśnie z potrzeby, którą nazwałabym publicystyczną.

- Ówczesna Polska nie była bastionem mody?

- Polska nigdy nim nie była. Ani wtedy, ani teraz. W naszym kraju nie projektowano rzeczy, które ubierały cały świat. Myślę, że to były ubrania, które może nie rewolucjonizowały mody, ale też nie były dla nikogo obraźliwe.

Ale władza czasem ich nie akceptowała.

- Jeśli tak się działo, to raczej z przyczyn ekonomicznych niż ideologicznych. Nie bano się, że projekt jest wywrotowy, ale sądzono, że uszycie modnych fasonów jest droższe niż niemodnych, że te modne trudniej będzie sprzedać, że - wreszcie - wkładając w projekty zbyt dużo finezji, nie zdąży się z planem. A wykonanie planu było najważniejsze.

Czyli dbano o to, żebyśmy nie byli zbyt modni?

- Każdy z modeli, zanim wszedł do produkcji, musiał zostać zaakceptowany przez specjalne komisję. A komisje stała na straży stanowiska, że najlepiej sprzedają się rzeczy proste, normalne i niewyróżniające się.

- Jedna z pracownic Telimeny opowiadała o kufajkach w łączki, których nie dopuszczono do produkcji, a potem podobne były hitem w Hofflandzie. O tym zjawisku dużo opowiadają plastyczki z  Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych  w Łodzi.  Naładowane na uczelni wolnością i pomysłowością, poszły do pracy i chciały projektować swetry à la Chanel, a w każdym razie nie płaszcze z bistoru. Od dyrekcji słyszały, że mają szyć normalnie, bo to fabryka, a nie dom mody.

Byliśmy zapatrzeni w zachodnią modę. A Zachód? Zerkał czasem na nas?

- Rzadko i raczej z ciekawością niż z podziwem. Dla Francuzów byliśmy intrygujący, tak jak inne kraje zza żelaznej kurtyny. Chcieli wiedzieć, jak się żyje w socjalizmie, ale nasza moda nie bardzo ich interesowała.

Ale nosili nasze kożuchy.

- Tak, to był polski hit, który przedostał się za granicę. Szyła je Moda Polska, potem dla Cepelii Grażyna Hase, i noszono je w Europie. Karierę na Zachodzie zrobił Roman Cieślewicz, dyrektor artystyczny "Ty i Ja", który w 1963 roku z żoną Aliną Szapocznikow wyjechał do Paryża i został tam, właściwie na starcie, dyrektorem artystycznym "Elle", a potem "Vogue". No, ale jemu nie chodziło o modę.

Gdzie dziś są ci bogowie mody?

- Po 1989 roku po prostu ich zmiotło. Po transformacji ustrojowej nastał moment, w którym Polacy chcieli odrzucić wszystko, co pochodziło z PRL-u i z PRL-em się kojarzyło. Musiało minąć ponad 20 lat, żeby ktoś zechciał odgrzebać dorobek tego okresu i przyjrzeć się mu na nowo.

Pozwolili się "zmieść"? Ci przedsiębiorczy ludzie, którzy potrafili tworzyć kolekcje, gdy w sklepach nie było nic?

- To nie jest tak, że oni nie próbowali funkcjonować w nowym systemie. Jednak wiele można o nich powiedzieć - że są zdolni, inteligentni, twórczy, ale na pewno nie przedsiębiorczy. Nie mieli pojęcia o tym, jak funkcjonować na wolnym rynku, jak sprzedawać. No i do tego doszło coś, o czym mówiłam przed chwilą, że ci sami ludzie, którzy kochali Barbarę Hoff i godzinami stali w kolejkach po ubrania jej projektu, nagle przestali jej potrzebować, bo mieli obok rzeczy różowe, pomarańczowe, wyszywane cekinami... Kiczowate, ale kolorowe i z Zachodu! Nagle modę zagraniczną można było kupić w Polsce bez kolejki i tanio. To robiło wrażenie.

A dziś tym projektantom żal?

- Myślę, że tak. Niechętnie się do tego przyznają, ale niechętnie też mówią o dzisiejszej modzie. Kiedy zmieniał się ustrój, oni mieli po 50-60 lat. Dla artysty czy biznesmena to nie jest jeszcze czas na schyłek kariery. Dziś funkcjonują na kompletnych peryferiach świata, w którego centrum byli kiedyś. Z poczuciem, że zrobili wiele, a niewielu o nich pamięta.

-----

Książka Aleksandry Boćkowskiej "To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL" ukaże się 18 marca 2015.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje