Chiński kochanek

1 września na ekrany kin wchodzi film Jacka Bromskiego "Kochankowie Roku Tygrysa". Rozmawiamy z Michałem Żebrowskim, grającym główną rolę.

Dzień Dobry: Ludzie, którzy wracają z podróży na Wschód, mówią często, że wracają odmienieni. Z panem też tak było?

Reklama

Michał Żebrowski: W Chinach nawiązałem kilka bardzo interesujących znajomości. Mam nadzieję, że przetrwają.

Żadnej rewolucji w życiu ta podróż nie przyniosła?

Pojechałem tam do pracy, na niej się skupiałem. Nie miałem czasu na poznawanie kraju. Wyjeżdżając do Chin, miałem świadomość, że są w nich łamane prawa człowieka, że jest biednie. "Wiozłem" ze sobą stereotypy. Ale widziałem też Chiny nowoczesne, zamożne, w których wieżowce rosną w oczach, buduje się autostrady, lotniska... Widziałem tętniące życiem ulice, niesamowitą kulturę. Jednak za mało widziałem, żeby o Chinach wypowiadać sądy.

To może o Chińczykach? Jak się z nimi pracuje?

Bardzo dobrze. Jacek Bromski dobrał doskonałą obsadę.

Różnice kulturowe nie przeszkadzały?

Może raczej dziwiły. Ale to normalne, gdy na planie spotykają się ludzie, którzy żyją w różnych światach. Chińczycy są bardzo skromni, życzliwi.

Podobno nie liczą czasu?

Inaczej podchodzą do życia. My się denerwujemy, krzyczymy: "dlaczego nie jest zrobione to czy tamto". Na co oni reagują zdumieniem. Bo przecież najważniejsze jest to, żeby się najeść, zapalić papierosa, wyspać. Denerwowanie się uznają za stratę energii. Oni wyznają zasadę, że należy żyć tu i teraz.

O czym jest film "Kochankowie Roku Tygrysa"?

Bohater, uciekając z rosyjskiego zesłania, trafia na pogranicze rosyjsko - chińskie do tradycyjnej rodziny. Jest tam stary myśliwy, jego żona i piękna córka. Rodzice, aby nie kusić losu, każą dziewczynie ściąć włosy i założyć męskie ubranie...

To treść, a przesłanie?

To film o walce z samym sobą. O człowieku, który jest słaby i jednocześnie bardzo silny. O tym, że czasem ważniejsze są emocje niż słowa. Zresztą, każdy zobaczy coś innego.

Pan jest podobno samotnikiem?

Powiedziałbym raczej, że starannie dobieram towarzystwo.

Nie lubi pan rozmów o życiu? Takich, które ciągną się długo w noc?

Coraz bardziej lubię rozmawiać. I, co chyba ważniejsze, coraz bardziej lubię słuchać.

Równie starannie jak towarzystwo wybiera pan role. Same ambitne. Często mówi pan też, że gra dla inteligentnej widowni. Ma pan misję?

Po prostu lubię swoją pracę. Robię to, co uważam za słuszne.

Nie korci pana, by zagrać w serialu? Stała praca, stały dochód?

Nie.

Pracuje pan często za granicą. Nie myślał pan o tym, żeby na stałe wyjechać?

Na szczęście, nie muszę.

Patriotyzm?

Nawet jeśli, czy to źle?

To raczej rzadko spotykana postawa.

Gdybym dostał interesującą propozycję, to bym się zastanowił. W Hollywood aktor z Europy może w zasadzie zagrać wyłącznie samego siebie, czyli Europejczyka. Inaczej to nie ma sensu, bo przecież nikt nie pozbędzie się na zawołanie akcentu. A jechać w ciemno? To nie dla mnie. No, bo co by mnie tam czekało?

Od Hollywood woli pan Petersburg?

Jest piękny... Pracuję tam nad filmem "1612" w reżyserii Władimira Chotinienki. To historyczny obraz o okresie Wielkiej Smuty. Bardzo patriotyczny.

Ale rosyjski!

Dlaczego w Polsce nie może powstać patriotyczny film o Monte Cassino? Przecież to wspaniała historia na scenariusz.

Może dlatego, że nie ma komu takiego scenariusza napisać?

Ano właśnie. Wojciech Kuczok jest jednym z nielicznych, którzy potrafią pisać w Polsce scenariusze. Robi to fantastycznie.

Jeden z aktorów powiedział, że decydując się na ten zawód, trzeba schować do kieszeni dumę.

Bardzo słusznie. Chodzi o to, że kiedy człowiek powie sobie, że chyba już wszystko osiągnął, albo że jest najlepszy czy coś takiego, to jest początek końca.

Myśli pan o tym, co się zdarzy, kiedy pan w ten sposób pomyśli?

Wtedy dostanę kopa od tych, z którymi rozmawiam późno w noc. I zejdę na ziemię.

Dziękuję za rozmowę.

Ewa Jagalska

MICHAŁ ŻEBROWSKI
Urodził się 17 czerwca 1972 roku. Od dziecka wiedział, co chce w życiu osiągnąć: marzył o aktorstwie. Pierwszy sukces przyszedł na studiach w warszawskiej PWST. Za rolę w przedstawieniu dyplomowym "Miłość i gniew" Johna Osbourne'a dostał kilka nagród na XIII Festiwalu Szkół Teatralnych w 1995 roku.

Po studiach zaczął pracować w Teatrze Ateneum, w Teatrze Telewizji zagrał w kilkunastu przedstawieniach, wybierając przy tym głównie repertuar klasyczny. Grał m. in. w "Samowolce" Feliksa Falka, "Wynajmę pokój" Andrzeja Titkowa, w superprodukcjach "Ogniem i mieczem" Jerzego Hoffmana i "Panu Tadeuszu" Andrzeja Wajdy. Zagrał też w "Starej Baśni" i "Wiedźminie".

Tekst pochodzi z magazynu

Dowiedz się więcej na temat: kochankowie | chiński | kochanek | film

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje