Długo byłam chłopczycą!

Od najmłodszych lat wygrywała konkursy. Wystartowała w wyborach miss nastolatek, by poczuć się... dziewczyną. Mogła pozować dla „Vogue’a”, ale wolała zagrać u Wajdy.

Wychowała się w domu pełnym sztuki, muzyki i tańca. Mama aktorki była primabaleriną Teatru Wielkiego w Warszawie, a ojciec muzykiem (grał na hiszpańskiej gitarze). Nic dziwnego, że Julka od najmłodszych lat uwielbiała występy artystyczne.

Reklama

"W naszym domu było dużo instrumentów. Oczywiście śpiewałyśmy razem z siostrami, tworzyłyśmy nawet wspólne kompozycje. Jednak to ja najbardziej garnęłam się do muzyki. Kiedyś Gabrysia dostała gitarę na urodziny, której nigdy nawet nie dotknęła.

Za to ja natychmiast zaczęłam się uczyć na niej grać", opowiada Julia. Siostry miały odmienne muzyczne upodobania: Gabrysia wolała Nirvanę, a Julia ostrzejszą muzykę punkową. Wkrótce jednak przyszłą aktorkę zafascynował teatr i muzyka zeszła na drugi plan.

"Znalazłyśmy z mamą w gazecie ogłoszenie, że jest poszukiwana dziewczynka do spektaklu "Królowa Śniegu". Poszłam na przesłuchanie i nieoczekiwanie wygrałam casting. W tym przedstawieniu grałam ponad dwa lata", wspomina swoje pierwsze doświadczenie aktorskie.

Ambitna Julka już wtedy miała mnóstwo dodatkowych zajęć, mimo to bardzo dobrze radziła sobie w szkole. "W gimnazjum siedziałam w pierwszej ławce. Nie byłam kujonem, po prostu lubiłam się uczyć.

Pamiętam piętnastominutowe przerwy, które zawsze bardzo mi się dłużyły. Nie znosiłam ich w odróżnieniu od kolegów, którzy akurat przerwy nie mogli się doczekać", śmieje się Pietrucha. Przerwy zazwyczaj spędzała z książką na kolanach.

Poprzeczkę postawiła sobie wysoko... "Już wtedy zaczytywałam się w dziełach takich autorów jak Tomasz Mann czy Hermann Hesse. W domu zawsze było dużo książek, więc miałam w czym wybierać, mówi. Jako "średnia" siostra, Julka była w idealnej sytuacji: od starszej Natalki uczyła się m.in. jak radzić sobie z sercowymi rozterkami, a dla młodszej Gabrysi stanowiła wzór.

"Od Natalii zawsze pożyczałam gumki do włosów, bo ciągle zapominałam je zabierać na lekcje WF-u", wspomina serialowa "Blondynka". To starsza siostra namówiła Julię na warszawskie liceum im. Stefana Batorego, uważane za jedno z najlepszych w Polsce.

"Poszłam do klasy AB, która robiła maturę międzynarodową, trochę ze względu na Natalię, która już uczyła się w "Batorym", oraz dobrą znajomość angielskiego", wspomina. Tak naprawdę marzyła o szkole sportowej.

"Bardzo dobrze radziłam sobie w lekkoatletyce i w koszykówce. Okazało się jednak, że w szkole o profilu sportowym niespecjalnie przykładali się do innych przedmiotów poza tymi kierunkowymi".

W tym czasie Julia przeżyła jedną z najpiękniejszych przygód w swoim życiu. "W teatrze Syrena, gdzie wtedy występowałam, poznałam choreografkę, która pracowała również przy wyborach miss nastolatek. Zapytała, czy nie chciałabym wziąć udziału w tym konkursie. Pomyślałam 'dlaczego nie?' ", mówi Julia. Spróbowała i odniosła sukces. Miała wtedy czternaście lat.

"Wygrałam, chociaż zawsze uważałam się raczej za chłopczycę. Może dlatego zdecydowałam się wystartować w tym konkursie, by chociaż przez chwilę poczuć się dziewczyną. Wiem, że zazwyczaj tak się mówi, ale ja naprawdę nie spodziewałam się, że pójdzie mi tak dobrze", opowiada Pietrucha.

Zwycięstwo w wyborach miss otworzyło jej drzwi do świata mody. I chociaż nigdy nie marzyła o karierze na wybiegu, postanowiła spróbować swoich sił za granicą. "Po konkursie dostałam ofertę z amerykańskiej agencji modelek. W tej samej zaczynała kiedyś karierę Charlize Theron!

Pojechałam z mamą do Los Angeles i na miejscu wzbudziłam duże zainteresowanie. Wspominam tę wyprawę jako bardzo fajny epizod w moim życiu. Wtedy podróż do Ameryki była wielkim wydarzeniem", opowiada Julia.

Wkrótce przekonała się, że życie modelki to nie tylko pokazy mody, sesje i pierwsze poważne pieniądze. Ten zawód wiązał się z licznymi wyrzeczeniami, a przede wszystkim z samotnością. Jako początkująca modelka została zakwaterowana w apartamencie razem z dziewczynami z różnych stron świata. "Byłam jedyną Polką w tym towarzystwie. Razem z nami zakwaterowano też kilku modeli.

Mieszkaliśmy przy Sunset Boulevard, ale nie miałam czasu na wieczorne wyjścia". W Stanach przez kolejne trzy lata spędzała każde wakacje, pracując przede wszystkim na planach sesji do katalogów z ubraniami. Ale to nie było to - Julia nie odnalazła się w Ameryce. "Życie w Los Angeles mnie nie zachwyciło. Każdy był zapatrzony w siebie, brakowało mi normalnych relacji międzyludzkich. 

Szybko zdałam sobie sprawę, że to nie jest mój świat", opisuje swoje doświadczenia aktorka. Po trzech latach Julia postanowiła porozmawiać ze swoją ówczesną menedżerką o przyszłości. "Powiedziałam, że chcę wracać. Dokładnie wtedy byłam umówiona na sesję dla "Teen Vogue".

Nie chciałam jednak zostać kilka miesięcy dłużej. Agentka, z którą zresztą nadal się przyjaźnię, do dzisiaj nie może mi tego wybaczyć", wspomina z uśmiechem Pietrucha. Julia wróciła do Warszawy, zdała maturę.

Właśnie wtedy nastąpił kolejny zwrot w jej życiu - wygrała casting i dołączyła do serialu "Na Wspólnej". Za swój prawdziwy filmowy debiut uważa rolę w filmie "Jutro idziemy do kina", gdzie partnerowała Antoniemu Pawlickiemu. Teraz jako lekarka weterynarz uwodzi widzów w serialu "Blondynka".

Dowiedz się więcej na temat: Julia Pietrucha | wybory miss

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje