Dziewczyna na trudne chwile

Niezapomniana babcia Wolańska w „Koglu-moglu” w prawdziwym życiu stoczyła dwie heroiczne walki. O wolną Warszawę i o życie swojego męża.

W serialu "W labiryncie", komedii "Kogel-mogel" Małgorzata Lorentowicz-Janczar grała chłodne, ekscentryczne damy. Jako człowiek była zupełnie inna. Ciepła, dobra, serdeczna. Przyjaciele mówili o niej pieszczotliwie "Duda", "Dudeńka". To był jej pseudonim z AK, który przylgnął do niej na całe życie. Nie bez przyczyny.

Reklama

- Ukształtowało ją Powstanie Warszawskie. Umocniło w niej piękne cechy, którymi obdarzył ją Pan Bóg - mówi aktor Krzysztof Wakuliński, przyjaciel. Pracowali razem w teatrze. Trochę mu matkowała, była przyjacielem rodziny, którą założył. Własnych dzieci nie miała, a on był synem powstańca.

Tak naprawdę nazywała się Janina Małgorzata Damięcka. Od dzieciństwa marzyła, by zostać aktorką. Gdy wybuchła wojna, filigranowa blondynka miała 12 lat. Czasy były trudne, szybko stała się dorosła. Już trzy lata później zaangażowała się w ruch oporu, a gdy wybuchło powstanie, została sanitariuszką- łączniczką. Przyjęła pseudonimy "Duda" i "Świder". Walczyła w zgrupowaniu "Kryska" na Czerniakowie.

Pod gradem kul przenosiła meldunki i ratowała rannym kolegom życie. Była odważna i lojalna. Gdy Niemcy podpalili szpital polowy na Solcu, przedarła się tam wraz z koleżanką, by ratować kolegów. Udało się jej wyprowadzić rannego i ukryć go w kamienicy obok.

Potem już nie miała tyle szczęścia. Wraz z porucznikiem Stanisławem Wawrzyckim wpadła w w ręce Niemców. Gestapowiec od razu powiedział o nich: Banditen! Kolegę podpalono miotaczem ognia i dobito strzałem, a jej kazano stanąć pod ścianą domu obok księdza, powstańczego kapelana. Gdy tam stali, widzieli egzekucję piętnastu osób z jej oddziału. Umierali wśród nieludzkich krzyków rannych wleczonych po ziemi przez esesmanów.

Potem Niemcy zabrali się do wieszania. Księdza pallotyna Józefa Stanka ps. Rudy (od 1999 roku jest błogosławionym) powieszono na własnej stule. "Duda" czuła, że nadchodzi jej koniec. Kiedy esesman kazał jej odwrócić się twarzą do ściany, nie zrobiła tego. Wolała spojrzeć śmierci w oczy. - Wiedziałam, że chce mnie zabić i powiedziałam, że się nie odwrócę - wspominała. Nie podniosła też rąk do góry, choć jej rozkazał. Odpowiedziała hardo, że nie ma nic w kieszeniach. Wtedy esesman zarepetował broń, lecz nagle dostrzegł błysk złotego krzyżyka na jej szyi. Wykonał ruch, jakby chciał go zerwać i wtedy ich spojrzenia na sekundę się spotkały. W tym momencie nastąpiło coś niesamowitego. Niemiec odwrócił się. Nie wierząc we własne szczęście, krok po kroku odeszła do grupy cywilów.

Trafiła do obozu w Pruszkowie. Przeżyła. Po wojnie, działając w Czerwonym Krzyżu, nie wahała się podjąć ekshumowania kolegów. Potem spełniła swoje dziecięce marzenie i została aktorką.

W teatrze poznała miłość życia, aktora Tadeusza Janczara. Jak on wygląda, wiedziała już rok przed poznaniem. Zauważyła na filmowym plakacie jego twarz. Zaintrygowała ją. Zapamiętała nazwisko i od razu poszła na film. Gdy zaproponowano jej angaż w teatrze, w którym pracował, zgodziła się bez wahania. Zostali sobie przedstawieni w Teatrze Klasycznym w 1956 roku.

Miłość przyszła wkrótce potem, podczas prób do sztuki "Don Cezar de Bazan". Przedstawienie miało złe recenzje, jednak dla nich nie miało to już znaczenia. Czuli się szczęśliwi. Dla obojga był to drugi związek. Tadeusz Janczar rozwiódł się kilka lat wcześniej, miał syna Krzysztofa. Małgorzata nosiła nazwisko po pierwszym mężu - Lorentowicz.

Dwa lata po poznaniu wzięli ślub. Wydawało się, że będą szczęśliwi, bo rozumieli się świetnie. Tadeusz też miał za sobą wojenną historię. Czekała go wielka filmowa kariera. Zaczął od "Kanału" Andrzeja Wajdy, a skończył na serialu "Dom", gdzie grał bohatera, który popełnia samobójstwo. Tak było i w życiu. Cztery razy próbował ze sobą skończyć, ale walczyła o niego żona Małgorzata. Była ofiarna i dzielna.

- Bez słowa skargi opiekowała się psychicznie chorym mężem - opowiada Krzysztof Wakuliński. A było dramatycznie od samego początku. - Pewnego dnia obudził się i powiedział "Coś mi się stało. Nie wiem co, ale jestem już kimś innym" - wspominała Małgorzata. Tadeusz Janczar zachorował na chorobę dwubiegunową, tuż po ślubie. Od tego momentu euforia i strach rządziły ich życiem na przemian.

Gdy miał podniesiony nastrój, pracował, ciągle gdzieś wychodził, nie mógł usiedzieć na miejscu. Za kilka dni było inaczej - zamykał się w sobie. Bał się wychodzić za próg domu. Cierpiał na bezsenność. Ogarniał go lęk przed występem na scenie. Małgorzata była przy nim zawsze. Stała za kulisami, gdy grał i dodawała mu otuchy. Dziękował jej, mówił o niej "moja kochana Dudeńka".

Raz targnął się na swoje życie trzymając w ręku tekst słuchowiska "Matysiakowie". Miał wówczas atak panicznego lęku przed wyjściem do radia. Czuł się wszędzie osaczony, tłumaczył żonie, że nie chce tak żyć. Ale żona go nie odstępowała, pilnowała. I nigdy nie mówiła, że ma dosyć.

- Ona za nic nie zostawiłaby rannego żołnierza na polu walki. Taka była. I w czasie wojny, i w cywilu - podkreśla Krzysztof Wakuliński.

Tuż przed śmiercią Tadeusza w 1997 roku Janczarowie wzięli ślub kościelny. Do szpitala na Banacha, gdzie leżał, przyszedł ksiądz Kazimierz Orzechowski z Domu Aktora w Skolimowie.

Po utracie męża Małgorzata Lorentowicz- Janczar zaczęła podupadać na zdrowiu. Zajmowała się starszą koleżanką z powstania, która potrzebowała pomocy. Często przywoływała zdanie z "Dziadów": "Jeśli zapomnę o nich, ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie." "Duda" nie zapomniała o nikim. Zmarła w 2005 r.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje