Grażyna Szapołowska: Czułe ręce mojej matki

Na mamę mogła liczyć zawsze. Była ciepła, dobra, kochająca. Rodzina zdała sobie z tego w pełni sprawę wtedy, gdy mama zaczęła chorować.

Będąc dzieckiem najbardziej lubiła babkę kartoflaną pieczoną w brytfannie i surowe wydrążone ogórki, do których lało się miód. Dom w Bydgoszczy przy ulicy Wyspiańskiego, zadbany, pachnący jedzeniem, gdzie drzwi między pokojami rozsuwało się na boki, by dzieci mogły się kołysać na zawieszonej w nich białej huśtawce. Dookoła ogród. Kraina dzieciństwa Grażyny Szapołowskiej, której centrum była zawsze mama Wanda.

Reklama

Córki i mąż stanowili dla niej jedyną rodzinę, bo ze swoimi bliskimi często kontaktować się nie mogła. Zostali na Wileńszczyźnie w rodzinnych Święcianach. Z całej rodziny tylko ona i mąż zdecydowali się na repatriację do nowej Polski. - Kocham babie lato. Ciepło jesiennego słońca przypomina mi dzieciństwo - mówiła Wanda Szapołowska swoim córkom.

Zawiozła na Litwę swoją Grażynkę, by ją po cichu ochrzcić. Druga córka, Lidka, była o 11 lat starsza. Po siedmiu latach w Bydgoszczy Szapołowscy przenieśli się do Torunia, gdzie mama podjęła pracę w jednym z przedsiębiorstw, a Grażyna poszła do szkoły. Ojciec robił karierę, brał córkę na polowania. Niewiele o nim mówi, bo odszedł, gdy miała 11 lat. Lepszy kontakt z tatą miała jej siostra Lidka.

Grażyna całą miłość przelała na mamę. Wkrótce miała też psa. Gdy poszła z klasą do cyrku, na arenie zobaczyła setera poganianego batem. Ciągnął wózek z kaczkami. Następnego dnia uwolniła go z uprzęży, a on ruszył za nią do domu. Powiedziała mamie, że już go nie odda. - Ramzes do końca biegał podczas spacerów w prawo, jak obracający się cyrkiel - wspomina aktorka.

Wanda, Lidka, Grażyna. Trzy kobiety, które zawsze były blisko. Grażyna zbuntowała się tylko raz, gdy wyjechała nagle na naukę pantomimy do Jeleniej Góry. Nikogo o zdanie nie pytała. Została aktorką, wyszła za mąż, a potem na świecie pojawiła się jej córka Kasia Jungowska. Gdy kariera Grażyny zaczęła nabierać tempa, małżeństwo się rozpadło. Zapytana w wywiadzie za co chciałaby przeprosić mamę, aktorka odpowiedziała: "za zbyt częste zmiany w moim życiu". Wanda nigdy jednak nie krytykowała życiowych decyzji córki. Powtarzała jej tylko, ze za dużo pracuje. Miała rację.

Szapołowska osiągnęła w życiu wiele, sukces, sławę, ale cena była wysoka. - Omijała mnie teraźniejszość mojej córki. Kasia szybko rosła. Ja czekałam na ujęcie, a ona w tym czasie odkrywała rzeczywistość. W mojej pamięci brakuje wielu małych wspomnień jej codzienności - wyznaje Grażyna Szapołowska. Osiągnięcia wnuczki kolekcjonowała babcia Wandeczka. Wnuczka czuła, że jest kochana. "Widzę jak rysujesz patykiem na piasku kwadraciki do gry w klasy", pisała do niej po latach dorastająca Kasia. "Kochana Babciu, idę zrobić kanapki tak, jak Ty mi robiłaś. Wysyłam Ci najpiękniejsze nasze fotografie, żebyś zawsze mogła na mnie spojrzeć i wiedziała, że tak naprawdę cały czas jestem blisko".

Gdy sama urodziła córkę, nastoletnią dziś Karolinę, napisała o tym do babci: "Nie wyobrażałam sobie, że można kogoś tak kochać. Oddałabym za nią życie". Woziła córeczkę do Papowa Toruńskiego, do magicznego domu babci. Gdy okazało się, że Karolinka lubi poziomki, prababcia zrobiła w ogródku specjalną grządkę dla niej. Patrząc, jak się bawi, przypominała sobie dzieciństwo córek. - Pamiętasz jak bawiłaś się w szkiełka w piaskownicy w Toruniu? - pytała Grażynę.

Na ból starała się nie skarżyć, choć latami cierpiała na neuralgię nerwu trójdzielnego. Gdy zadzwoniła, że tak ją boli, że nie wytrzyma,wszyscy stanęli na równe nogi. Córki pojechały z nią do szpitala. Tomografia wykazała dwa guzy w mózgu. Mogła nie przeżyć operacji, miała 91 lat. Grażyna spakowała jej zdjęcia, ulubione książki, wazon, wełnę z szydełkiem, modlitewnik w języku litewskim, różaniec z pereł od Jana Pawła II, by pokój w jej domu w Aninie stał się przestrzenią mamy.

Przez ostatnie tygodnie życia mamy razem z Kasią, Lidką i Karolinką nie odstępowały jej ani na chwilę. Ojciec aktorki zmarł we śnie na serce. Nie zdążyła się z nim pożegnać. Czuła, że teraz ma czas na to, by być przy mamie, zbierać świadomie ostatnie chwile z nią. Rozmawiać z nią, wspominać, oglądać stare zdjęcia, masować jej obolałe nogi, malować paznokcie. Cała rodzina dbała, by babcia nie czuła się w cierpieniu bezradna i samotna.

Odeszła, gdy aktorka na chwilę zasnęła ze zmęczenia. - Tęsknię za jej głosem, za dotykiem jej dłoni. Biorę zeszyt mamy z przepisami. Smak, zapach, litery pisane jej ręką zamieniają się w obrazy - pisze przywołując mamę Grażyna.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje