Izabela Skrybant: Zapraszam do siebie na Wigilię

Odkąd mąż nie żyje, ten pusty talerz jest dla niego. Zapalam przy nim świeczkę.

- Moja cudowna, zaradna mama była chyba czarodziejką. Potrafiła tak wszystko przygotować, że wieczerza wigilijna wydawała się wystawna - wspomina swoje wigilie Izabella Skrybant z "Tercetu Egzotycznego". - Z rodzeństwem robiliśmy ozdoby na choinkę: z papieru glansowanego wycinaliśmy paski i kleiliśmy łańcuchy. Mama zamykała się w kuchni, robiła dla nas rarytas - cukierki krówki, które potem zawijała w kolorowe papierki i zawieszała na choince.

Każdy chciał dobrać się do tych słodkości

Reklama

- Choinkę ubierało się wcześnie rano w Wigilię. Do kolacji siadaliśmy wraz z pojawieniem się na niebie pierwszej gwiazdy i zawsze zaczynała się od modlitwy. Bardzo czekaliśmy na ten moment, bo przez cały dzień nic się nie jadło. Tej tradycji jestem wierna do dziś - mówi pani Izabella. - Każde z naszej piątki marzyło o chwili, kiedy będzie można dobrać się do tych słodkości na choince. Mama pozwalała na to w pierwszy dzień świąt. Kiedyś mój najstarszy brat zakradł się w nocy do pokoju i zjadł wszystkie cukierki. Na drzewku pozostały tylko papierki - śmieje się pani Izabella.

- Dostawaliśmy bardzo skromne prezenty, na jakie było stać rodziców.

Na chwilę gasło światło, kiedy się zapalało, paczki leżały już pod choinką, a tata mówił, że zostawił je dla nas Aniołek. Jednego podarunku nie zapomnę do końca życia. Mama zapraszała zawsze na Wigilię kogoś samotnego. Najczęściej była to nauczycielka. Pewnego roku dostałam niezwykły prezent - filiżankę z delikatnej, cennej porcelany.

Domyśliłam się, że podarował mi ją nasz gość. Była ze mną zawsze, aż dałam ją mojej starszej córce Ani. Z mojego rodzinnego domu mam jeszcze jedną bardzo dla mnie cenną pamiątkę. To porcelanowa figurka Dzieciątka, którą wkładam zawsze do koszyczka z sianem i opłatkiem.

Nie wyobrażam sobie Wigilii bez tej figurki na stole.

Zaprosiłam żebraka, ale się wstydził i nie przyszedł

Całe moje rodzeństwo było uzdolnione muzycznie (później wszyscy pokończyli szkoły muzyczne). Nic więc dziwnego, że kiedy tylko skończyliśmy wieczerzę wigilijną, rozpoczynało się wspólne, rodzinne kolędowanie, które trwało aż do chwili wyjścia na Pasterkę. Kiedy dorośliśmy i usamodzielniliśmy się, rodzinne Wigilie przeniosły się do mojego domu we Wrocławiu, w którym zamieszkaliśmy z mężem (Zbigniew Dziewiątkowski - założyciel Tercetu Egzotycznego). Tak jest do dziś.

W tym roku będą moje córki z mężami i rodzice moich zięciów, trójka mojego rodzeństwa. Zawsze zapraszam samotną osobę. Kiedyś zaprosiłam do nas żebraka, który chodził po naszym osiedlu, ale nie przyjął zaproszenia...

To była moja najszczęśliwsza Wigilia. Płakałam jak bóbr

Moja najszczęśliwsza Wigilia była wtedy, kiedy kilka dni wcześniej wróciła do domu nasza młodsza córka Kasia, która przez prawie rok walczyła o życie po stwierdzeniu u niej choroby nowotworowej.

Zawsze wzruszam się ogromnie, kiedy oglądam zdjęcia mojej córki zrobione podczas tej Wigilii: ma bladą buzię i chusteczkę na głowie, na której dopiero zaczęły odrastać włoski. Była bardzo słaba, ale usiadła do pianina i zaczęła grać kolędy. Płakałam wtedy jak bóbr.

Od 10 lat podczas każdej Wigilii w domu pani Izabelli szczególnego znaczenia nabiera puste nakrycie na stole. - W styczniu 2002 roku zmarł mój mąż. Od tej chwili przy tym talerzu zawsze stawiam zapaloną świeczkę. Dla Zbyszka, który - głęboko w to wierzę - jest w tym magicznym dniu razem z nami - wyznaje pani Izabella.

Krystyna Grzelska

Dowiedz się więcej na temat: święta

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje