Joanna Brodzik: Cenny kapitał na całe życie

Ma partnera, na którym może polegać, i wspaniałych synów. Poświęca im dużo czasu, bo wie, że to najważniejsze, co można dać dziecku. Ona dostała przed laty ten podarunek od babci.

Na mamę i tatę Franek i Janek Wilczakowie zawsze mogą liczyć. Ich rodzice: Joanna Brodzik i Paweł Wilczak, aktorzy, intensywnie przeżywają każdy rok ich życia. Teraz jest czas szczególny, bo za miesiąc chłopcy pójdą do szkoły. A to w życiu całej rodziny moment zmiany.

Reklama

Będą układać nowy plan dnia. Ustalać, kto będzie zawoził dzieci do szkoły, a kto je odbierał. Przed nimi wspólne odrabianie prac domowych i pierwsze wywiadówki. Joanna Brodzik nie chciała, by jej synkowie zaczęli naukę rok temu, jako 6-latkowie. Wierzy, że najmłodsze lata kształtują nas na całe życie, dlatego zależało jej, by dzieci jak najdłużej były z rodzicami.

Ona sama dzieciństwo spędziła w Lubsku. Było znacznie skromniejsze niż to, jakie mają jej synowie. Wychowywała ją mama Urszula z babcią. Nie było im łatwo, Joasia pojawiła się na świecie, gdy mama była jeszcze w liceum. Młodzieńcza miłość rodziców nie przetrwała, dziewczynka wychowywała się bez ojca. Ma przyrodnie rodzeństwo: siostrę Paulinę i brata Radka, którymi opiekowała się, gdy byli mali.

Joanna miała 12 lat, kiedy jej mama dostała mieszkanie w Zielonej Górze, wkrótce tam się przenieśli. Jednak ona mieszkała w Lubsku jeszcze przez rok, by ukończyć szkołę. Została z nią ukochana babcia. Były ze sobą blisko, zawsze wspierała wnuczkę. Joasia od dziecka była prymuską. Zdolna, systematyczna. Doszła do centralnego etapu olimpiady polonistycznej i mogła dostać się bez egzaminów na dowolny kierunek studiów humanistycznych. Jednak lubiła wyzwania i złożyła papiery do szkoły teatralnej, choć właśnie tam czekały ją egzaminy.

Zdała, została aktorką. Starała się być zawsze najlepsza w tym, co robi, bo tego właśnie uczyła ją babcia. Powtarzała jej, że może osiągnąć wszystko, a ona zaakceptuje jej wybory. Mówiła, że nawet jeśli chciałaby zostać śmieciarzem, będzie zadowolona. Byleby dobrym.

To babcia uczyła ją pięknie nakrywać do stołu i celebrować moment, gdy wszyscy siedzą wokół. - Nie byliśmy zamożni, ale każdy posiłek był u nas wydarzeniem - wspominała śniadania robione przez babcię. Dzięki niej zawsze czuła, że jest ważna i potrzebna, mimo że wychowywała się bez ojca. - Poświęciła mi i mojemu rodzeństwu gigantyczną ilość czasu. Niebywały kapitał na życie. Była zawsze w dobrym humorze. Nigdy nie narzekała. A gdy stawała się smutna, śpiewała stare rosyjskie romanse. Przywiozła je z Syberii. Nauczyła mnie wszystkiego, co składa się na człowieczeństwo: prawości, uczciwości, poczucia sprawiedliwości - powiedziała o niej pięknie, gdy była już aktorką. Mimo że zamieszkała w Warszawie dzwoniła do mamy i babci prawie codziennie.

Jednak kiedy sama została matką, opieką nad synami nie chciała się podzielić z nikim. Wychowują ich z Pawłem, równo dzieląc się obowiązkami. Rodzice partnera są lekarzami, mieszkają w Poznaniu i bardzo im kibicują. Wiedzą, że wychowanie bliźniaków nie jest łatwe, bo z ich Pawłem też lekko nie było. Wybierał rozwiązania, które zmuszały rodziców do skupiania na nim uwagi. - Nawet w przedszkolu byłem tylko pięć dni, bo urządziłem takie piekło, że w końcu się poddali - wyznał kiedyś Paweł Wilczak.

Rodzice byli jednak wyrozumiali, uczyli go sztuki podejmowania wyborów. Chciałby być taki sam dla synów. Tłumaczy im, by się nie zniechęcali, gdy jest trudno. Sam przez sześć lat nie mógł znaleźć pracy w zawodzie, więc remontował domy, kopał rowy i sprzedawał noże. Wierzył, że sukces przyjdzie.

Joanna pilnuje, by Janek i Franek sprzątali zabawki, bo tak jak Paweł lubi porządek. Włącza synów w prace kuchenne, gotują, poznają z rodzicami nowe smaki. Joanna Brodzik przyznaje, że przy dzieciach stała się bardziej konsekwentna. - Zastanawiam się, jak wychowam człowieka, który będzie płacić rachunki na czas, skoro go tego nie nauczyłam - mówi.

Kryzysy w związku przy dwójce dzieci? Jasne, że są. Ją denerwuje, że on nie jest złotą rączka. On nie znosi jej wieczornych telefonów do przyjaciółek. Oczyszczająco działa na nich mała kłótnia przy sprzątaniu kuchni. Śmieją się czasami, że w budowaniu relacji pomogła im gra w "Kasi i Tomku", bo tam pewne sytuacje przerobili "na sucho".

Dużo rozmawiają. O dzieciach, rodzicach, wakacyjnych planach i przede wszystkim o pracy. Tej ostatnio za wiele nie mają, choć podreperowali budżet udziałem w reklamie. Myślą na poważnie o produkcji serialu, zagraliby w nim, gdy dzieci pójdą do szkoły. Bo oni także, jak wielu Polaków, muszą myśleć co miesiąc o ratach kredytu we frankach.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje