Kobieta według Marcina Mellera

Bycie naczelnym Playboya to "najlepsza fucha w mieście", bo zawsze uwielbiałem kobiety i teoretycznie, i praktycznie - mówi Marcin Meller w STUDIO KOBIETA INTERIA.PL.

- Nic się nie zmieniło, jeśli chodzi o mój stosunek do kobiet od mojego przyjścia do Playboya, bo ja kobiety zawsze uwielbiałem teoretycznie i praktycznie. Tyle tylko, że się czuję jak ryba w wodzie. Moi koledzy którzy widzą te wszystkie okładki za mną, pytają jak można w takich warunkach pracować. Odpowiadam, że to najlepsza fucha w mieście - mówi z uśmiechem.

Zaznacza jednak, że ideał kobiety według Playboya i Marcina Mellera różnią się od siebie. - Począwszy od spraw wizualnych - jak sądzę czytelnicy Playboya raczej preferują blondynki, raczej panie z "bujnych oddechem"... Nie zawsze, ale przeważnie tak jest. Ja z kolei prywatnie bardzo lubię typy południowe, lekko egzotyczne, południe Europy, północna Afryka, elementy azjatyckie... Lubię też drobne kobiety, także odstające trochę od tego kanonu Playboya. Co innego praca, a co innego prywatne preferencje - wyjaśnia.

- A co do charakteru... Nie kryję - uroda jest ważna, poczucie humoru, inteligencja z delikatną domieszką - nazwałbym to - kumpelstwa. Czyli nie typ księżniczki, która ma zdrowo nabzdyczone w głowie, tylko właśnie typ kumpla - dodaje.

W czym, zdaniem Marcina Mellera, tkwi prawdziwe piękno kobiety? - W samej kobiecości. Może to banał i truizm. Swoje lata przeżyłem, swoje przeczytałem i obejrzałem, a nadal dusza i charakter kobiety są dla mnie jakąś nieodgadnioną zagadką. To, co najbardziej mnie fascynuje to inność, niemożność zrozumienia kobiecych ścieżek myślenia, inny rodzaj stosowanej logiki. To jest frapujące.

Reklama

- A poza tym jest coś, co jest niewytłumaczalne - po prostu kobiety są piękne i tyle. W różny sposób, ale są piękne, przynajmniej dla mnie. Nie wyobrażam sobie życia bez kobiet, braku rozmów z kobietami - uwielbiam gadać z kobietami, bez żadnych podtekstów, bez żadnych dwuznaczności... I to w każdym wieku. Lubię spędzać czas z 20-latkami i 50-latkami, każda z nich ma coś, czego nie ma inna - opowiada.

Czy mężczyźni szukają w Playboyu - właśnie piękna, wytłumaczenia kobiecej logiki czy może czegoś zupełnie innego?

- To jest różnie. Nasza grupa czytelników jest bardzo rozstrzelona. Po pierwsze 30 proc. odbiorców Playboya stanowią kobiety - ale to temat na osobną rozmowę. Częściowo kobiety kupują Playboya dla swoich facetów, braci, kumpli - ale najpierw same przeglądają. Charakterystyczny jest fakt, że jedną z najlepszych sprzedaży w historii Playboya był numer z Korą na okładce, który masowo kupowały kobiety właśnie po to, żeby zobaczyć jak wygląda w tym wieku - opowiada.

- A co do facetów - my mamy i ojców i synów. Nas kupują licealiści, studenci i 40-latkowie - ich ojcowie. Czego szukają? Szukają takiego lepszego świata, gdzie nie ma złych wiadomości, gdzie są te rzeczy, które chłopaków kręcą - gadżety, samochody, opisy o twardych mężczyznach. Piękne kobiety to jest podstawa - to łączy ich wszystkich - wnuków, synów, ojców, dziadków. Młodsi sięgają po Playboya raczej po to, żeby sobie pooglądać gadżety, nowości techniczne, ciuchy, kosmetyki. Starsi, żeby poczytać wywiady, teksty, reportaże - może jakieś opinie. I my musimy zadowolić i jednych, i drugich - zaznacza.

- Playboy pokazuje rzeczy, do których warto dążyć, miejsca, w które warto pojechać, wywiady ze znanymi ludźmi, ale pokazanymi od innej strony. Tutaj jako przykład mogę podać wywiad z Marylą Rodowicz. Kiedy Maryla Rodowicz udziela wywiadu czasopismom kobiecym opowiada o szczęściu rodzinnym, o budowie domu. A u nas w najnowszym numerze to "pojechała" tak, że... W żadnej innej gazecie nie widziałem takiej rozmowy z Marylą Rodowicz, która opowiada o różnych ekscesach - mówi Marcin Meller.

Czy przez takie pisma, jak Playboy nie rodzi się czasem nierealny obraz kobiety? - A pisma kobiece, to co? Czy kobiety w rzeczywistości wyglądają tak jak na okładkach Elle, Twojego Stylu, Vivy czy Gali? Przecież wiadomo, że nie. Nie będę się pastwił wymieniając spektakularne przykłady korekt urody w tych pismach - tłumaczy.

- A co do Playboya, to jest to jakaś konwencja, z której sobie chyba wszyscy znają sprawę. Czytałem na jakimś forum internetowym dyskusję na temat naszych korekt i poprawek. Ktoś napisał, że jak chce zobaczyć rzeczywistość, to ogląda ją w domu w sypialni, a Playboy to jakaś konwencja, umowa, zabawa. Tyle. Ja nie mam z tym problemu i mówię to nie jako naczelny Playboya, bo po pierwsze podkradałem Playboya mojemu ojcu, który za komuny przywoził go z Zachodu, potem kupowałem Playboya, jak już był w Polsce i czasem do niego pisałem. Mam świadomość jak wygląda kobieta, kobiece ciało i mam świadomość, jak wyglądają zdjęcia w Playboyu, gdzie są mniejsze lub większe poprawki. I nie widzę w tym żadnego problemu.

Marcin Meller - wydawałoby się, że zawsze jest pewny siebie, nie daje się łatwo zbić z tropu, o kobietach wie wszystko, a już na pewno nie jest nieśmiały. Tymczasem...

- Nie, no oczywiście, że mnie kobiety onieśmielają - odpowiada na nasze pytanie wyraźnie już nim samym zmieszany. - Może to zabrzmieć śmiesznie, ale jestem trochę wstydliwy i dość łatwo wprowadzić mnie w stan pomieszania i są takie kobiety - nie będę wymieniał nazwisk. I to nie jest wielka sztuka. Śmieją się moje znajome, że łatwo spowodować, żebym się zaczerwienił. Nie będę wymieniał sytuacji czy nazwisk, ale tak - kobieta łatwo może mnie zmieszać.

Nie oceniaj czasopisma po okładce ;-)

Dowiedz się więcej na temat: playboy | Marcin Meller

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje