Ksiądz Jan Kaczkowski: Dom pełen miłości, szaleństwa i otwartości

- Mama z przekąsem konstatuje, że kierownicze stanowiska zajmujemy tylko dzięki niej, bo zarządzania od najmłodszych lat uczyliśmy się, wydając jej rozkazy - opowiada o swojej rodzinie ks. Jan Kaczkowski, dyrektor puckiego hospicjum. Chory na glejaka mózgu, jeden z najbardziej rozpoznawalnych kapłanów nazywa siebie onkocelebrytą, bo mówiąc o swojej chorobie może zrobić więcej dla chorych i umierających.

Mama: Im więcej zaufania, tym wyższe wymagania



Piotr Żyłka: Kim jest i skąd się wziął Jan Kaczkowski?

Ksiądz Jan Kaczkowski: - To dość karkołomna sztuka pytać Jana Kaczkowskiego, kim jest i skąd się wziął. Nie mam wątpliwości, że wszystko zawdzięczam swojej rodzinie, a zwłaszcza rodzicom. Mój dom był domem pełnym miłości, szaleństwa i otwartości. Gdybym miał go określić tylko w jeden sposób, to powiedziałbym, że był to dom wielkiej bliskości. Mama to osoba bardzo wymagająca, z kolei tata to typ jowialnego, lecz stabilnego gościa, którego głównym przekazem w życiu było "Daj spokój, ja im ufam". Dzięki klimatowi zaufania rodzeństwo i ja uzyskaliśmy solidny fundament do zbudowania własnych domów.

Reklama

- Moje rodzeństwo stworzyło stabilne rodziny. Starszy brat Filip świetnie ogarnia tematy budowlano-biznesowe, a siostra Magda została prezesem sporej spółki. Ja jestem księdzem. Każde z nas jest szczęśliwe. Rodzicom udało się zbudować dobry dom. Choć mama z przekąsem konstatuje, że kierownicze stanowiska zajmujemy tylko dzięki niej, bo zarządzania od najmłodszych lat uczyliśmy się, wydając jej rozkazy.

Jaka jest Księdza mama?

- Kiedy przedstawiłem jej pomysł naszych rozmów, zażądała, żebym niczego więcej o niej nie mówił niż to, że - cytuję - strasznie nas kocha. Tej miłości niezwykle wiele zawdzięczamy.

Księdza mama woli pozostawać w cieniu?

- A jednocześnie ma bardzo silną osobowość. Wiele od nas wymagała, wysoko zawieszała poprzeczkę i bardzo o nas walczyła, a już w szczególności o mnie. Urodziłem się jako wcześniak. "Zawsze byłam pewna - mówi - że się urodzisz i będziesz żył". Potem przyszedł trudny czas, ponieważ moje dzieciństwo upływało w jakiejś mierze w szpitalach.

- Szpital w czasach komuny to nie było miłe miejsce. W Krakowie przeszedłem cztery operacje związane z moim wzrokiem. Niektóre z nich skutecznie zlikwidowały zeza. Była to tak duża wada, że nie dało się jej ukryć. Od początku moje leczenie prowadziła zaufana pani doktor. Ale proszę sobie wyobrazić, że czasy były takie, iż do dziecka nie dopuszczano rodziców! Moja mama podejmowała wręcz heroiczny wysiłek, by przekradać się do mnie po kryjomu albo wprost szturmować oddział mimo wrzasku pielęgniarek. Do dziś pamiętam to tajemne porozumienie, jakie zawiązaliśmy na tę okoliczność. Dzięki tej komitywie wymykaliśmy się po cichutku z oddziału na spacery, chociażby do ogrodu, gdzie przez dziurę w płocie mogliśmy choć na chwilę znaleźć się poza szpitalem. I ten dreszcz emocji, że wspólnie robimy coś zakazanego... Chodziliśmy wokół starej, nieczynnej kaplicy, która wzbudzała we mnie jakieś mistyczne uczucia, albo szliśmy na ławkę, żebym mógł słuchać, jak mama czyta mi bajkę.

- Przeżywałem te nasz skryte wyjścia ze szpitala jak wkraczanie do tajemniczego ogrodu. Bardzo było mi to potrzebne, ponieważ w tamtych czasach operacje, do których dziś wystarcza obecność pacjenta w szpitalu przez parę dni, wymagały kilkutygodniowego leżenia. My, dzieci, potwornie się tam nudziłyśmy. Po operacji trzeba było leżeć prawie bez ruchu. Bez rodziców, w wieloosobowych salach, z zaklejonymi oczami, i to dodatkowo przyłożonymi metalowymi osłonkami, a na domiar złego otoczeni przez wstrętne pielęgniarki.

- Z mamą rozumieliśmy się doskonale. Śmiała się, gdy usłyszała, że podczas podawania narkozy przed operacją, zamiast odliczać z anestezjologiem, zapytałem, czy mogę zaśpiewać - i lekarze śpiewali ze mną kolędę. A kiedy się wybudziłem, było mi strasznie niedobrze, jak to po narkozie. Wymiotowałem i męczyłem się. Ale wiedziałem już, że tak to wygląda, więc żartowałem: "Mamo, wołaj księdza, chyba umieram!". Ona te wygłupy w lot rozumiała, w przeciwieństwie do dwóch pań, które siedząc obok, szeptały, jakaż to wyrodna matka nie sprowadza kapłana do własnego dziecka.

Mówi Ksiądz przede wszystkim o wielkiej bliskości. Ale wskazując konkrety: co Ksiądz zawdzięcza mamie?

- Kiedy byłem mały, niektórzy z otoczenia namawiali mamę, żeby oddała mnie do szkół i ośrodków dla dzieci niedowidzących. Nie zrobiła tego. Konsekwentnie odpowiadała na takie sugestie, że "co będzie w stanie robić, to zrobi". Zawdzięczam jej to, że nie jestem przykurczony, ponieważ dbała o moją rehabilitację, bez której szybko stałbym się fizycznie niepełnosprawny. Jednocześnie nie miałem u mamy żadnej taryfy ulgowej. Dlatego dziś sam mam wobec osób niepełnosprawnych i chorych wysokie wymagania. Moja postawa sprowadza się do tego, czego świadectwo dała mama w moim przypadku: każdy musi robić to, co jest w stanie robić.

- Wobec mnie rodzice dość daleko przesunęli tę zasadę. Na przykład uczyłem się jeździć na nartach, chociaż nie powinienem. Ale nie chcieli, żebym czuł się groszy. I faktycznie, dzięki nim taki się nie czułem. Chociaż fizycznie wśród rówieśników byłem po prostu "dupa", to nadrabiałem to ostrym językiem. Mój dom tak mnie naładował pozytywną energią, że nie miałem z tym żadnych trudności (chociaż cięty język to akurat broń obosieczna).

- Rodzice wysłali mnie do zwykłej szkoły podstawowej. W 1983 roku nikt nawet nie myślał o prowadzeniu klas integracyjnych. Więc byłem na równych prawach ze wszystkimi. Mama tylko walczyła o to, żebym miał zapewnione miejsce w pierwszej ławce i nieco swobody w prowadzeniu zeszytów. Niekiedy też mi pobłażała. Nieraz uprosiłem ją, żebym w któryś dzień nie musiał iść na lekcję. Wtedy ojciec się wściekał i mówił: "Jak możesz im pozwalać nie chodzić do szkoły?!". Na co mama: "Jestem nauczycielem (wprawdzie akademickim) i wiem, co robię". Miała rację. Często bezsensowne przesiadywanie w szkole na nic niewnoszących lekcjach tylko nas męczyło.

Przecież wspominał Ksiądz, że ojciec jest łagodny.

- Ale to nie znaczy, że od nas nic nie wymagał. Moi rodzice mają całkowicie odmienne charaktery. Mamę opisałbym przede wszystkim jako osobę wymagającą i w tych wymaganiach była wielka miłość, natomiast tatę jako człowieka o bardzo ciepłym usposobieniu. Kiedy mama zwracała nam uwagę i domagała się, żeby ojciec zrobił to samo, on misiowatym głosem odpowiadał jej niezmiennie: "Ale ja im ufam". Te momenty zapamiętałem wyjątkowo dobrze. Aż tak dobrze, że podczas prymicji, składając zwyczajowe podziękowania rodzicom, kiedy przyszła moja kolej, powiedziałem: "Chciałem wam podziękować za to, żeście nas w ogóle nie wychowywali". Oni zamarli, czekając, co dalej chlapnę. "Dziękuję wam za to, że nie było w naszym domu żadnego podziału ról: mama miękka, ojciec twardy, dziękuję, żeście nas bezwarunkowo kochali. I ta bezwarunkowa miłość dała całej naszej trójce głęboką pewność siebie". Bez tego doświadczenia miłości pewnie popadłbym w kompleksy, zwyczajne, chłopięce, choćby z tego powodu, że nie grałem w piłkę, bo przecież na boisku byłbym jak paralityk. Ale byłem niezły w innych dziedzinach. Takiego spojrzenia uczyła mnie mama. Mówiła mi: "Jan, tam gdzie nie musisz, nie pokazuj swojej bezradności". Ale mówiła też: "Bądź lepszy od innych, żebyś nadgonił swoje braki".

Tata: Duma (z syna) i uprzedzenie (do wiary)

Ostatnio spędza Ksiądz dużo czasu w towarzystwie swojego ojca. Widać pomiędzy Wami bliskość i męską, nieco złośliwą serdeczność. Jak zbudować taką relację?

- To pytanie do Ziuka. Z mojego punktu widzenia bardzo ważne jest to, że ojciec nigdy niczego nie udaje. Zawsze zwracaliśmy się do siebie na "ty", bez dodatkowych form grzecznościowych, które funkcjonowały na przykład u mojego kuzynostwa. Teraz dla żartów mówimy do siebie czasami "pani Helenko", "panie Józefie". Ostatnio dostałem SMS: "Panie Janeczku, piwo przygotowane w lodówce". W dzieciństwie kuzyn usłyszał, że podczas sporu nazwaliśmy ojca "palantem", i zapytał mnie, jak możemy się tak odzywać do ojca, skoro go kochamy.

- Relacja ojca i moja jest faktycznie specyficzna. Tata ma świetny ogląd sytuacji w Kościele. Potrafi być wnikliwym obserwatorem i prowadzić rzeczową krytykę. Dzięki mnie, bo w domu rozmawiamy o wszystkim, ma też wgląd w wewnętrzne funkcjonowanie Kościoła. Niekiedy porównania, jakich używa, bardzo mnie poruszają. Części z nich nie powtórzyłbym publicznie, ale mogę zasygnalizować tyle, że celnie wskazuje analogie między działaniem systemów totalitarnych i kościelnych młynów.

Czy Księdza rodzice mieli gotowe plany na życie dla swoich dzieci?

- Moja relacja z rodzicami to relacja zbudowana na ich bezwarunkowej miłości. Wiedzieliśmy, rodzeństwo i ja, że w momencie kryzysu rodzice zawsze staną przy nas. Że przypominamy stado surykatek, które żyją razem i się wzajemnie strzegą. Poza tym czuliśmy, że rodzice akceptują nasze wybory. W naszym domu i jego otoczeniu było normalne, że dzieci idą do liceum ogólnokształcącego, a potem wybierają studia. Gdyby jednak losy kogoś z nas potoczyły się inaczej, z pewnością nie byłoby to dla rodziców dramatem. Kiedy wybrałem seminarium duchowne, nie rozdzierali szat. A miałem na roku kolegę, którego ojciec wstydził się wyboru syna i znajomym mówił, że jego dziecko studiuje filozofię. Chociaż ojciec nie podziela mojej wiary, albo się wygłupia, tego do końca nie wiem, to mój wybór nie zaważył na naszej bliskości.

Jak to możliwe: syn, a jednocześnie ksiądz, nie wie, czy jego ojciec wierzy?

Jeszcze do niedawna ojciec twierdził, że tego nie wie. Teraz już twierdzi, że nie wierzy. To dla mnie bolesna sprawa. Wydawało mi się, że moja choroba jakoś go do Pana Boga zbliży, a wręcz przeciwnie - oddaliła go. Wyzwoliła w nim bunt, a nawet agresję. Bardzo mnie poruszyły jego słowa. "Co to za kretyńska religia, która każe się zbawić przez cierpienie? Dlaczego ty, a nie ja?! I nie opowiadaj mi o cierpiącym Chrystusie, bo jestem wściekły jak jasna cholera". Nie wiem, czy tata kiedykolwiek formalnie się nawróci. Ale wiem, że dla Boga szczera ludzka miłość jest bardzo istotna. Dlatego wierzę, że Pan na mocnej linie miłości, przez miłosierdzie, wciągnie mojego ojca przed swoje Oblicze.

Babcia: Wprowadzenie w misterium i pieniążek na pół świeczki

W jaki sposób mały Jan Kaczkowski spotkał się z Kościołem?

- Oczywiście moim pierwszym spotkaniem z Kościołem był chrzest. Rodzice zaprowadzili do tego sakramentu całą naszą trójkę. Jednak nasz dom - otwarty, frankofilski, co wynikało z tego, że rodzice poznali się we Francji pod koniec lat sześćdziesiątych i po pierwotnej, jak sądzę, miłości do tego kraju, powrócili do Polski - miał francuski styl wychowania, czyli także francuskie podejście do religii.

Na czym ono polega?

Niespecjalnie narzucaliśmy się Panu Bogu. Myślę, że byliśmy w stylu francuskim antyklerykalni. Nie był to antyklerykalizm wojujący, ale takie patrzenie na księdza jak na wiejskiego głupka, który niewiele ma do zaproponowania intelektualnie. Ot, taki monsieur curé. Ojciec wśród swoich niezliczonych idiotycznych przyśpiewek miał jedną, która w luźnym tłumaczeniu mogłaby brzmieć: "Panie proboszczu, nie mam pieniędzy, pożycz mi, bo jak nie, to cię strzelę w łeb przed plebanią".

Ale jednak był w rodzinie ktoś, kto pomimo wszystko zachęcił Księdza do Kościoła?

- W moim religijnym wychowaniu najwięcej zawdzięczam swojej ukochanej babci. Babcia Wincentyna, zwana Wisią, to w mojej rodzinie jedyna katoliczka z prawdziwego zdarzenia. I to nie katoliczka spod znaku Radia Maryja, lecz spod znaku "Tygodnika Powszechnego". Jest osobą niesłychanie wysublimowaną intelektualnie, wykształconą jeszcze przed wojną, choć wojna nie pozwoliła jej dokończyć edukacji. Babcia wierzy w sposób niezwykle mądry i krytyczny. Do Kościoła, zwłaszcza do afer w nim, podchodzi zdroworozsądkowo. Nawet to, że bywają księża kradnący z tacy, nie wyprowadza jej z równowagi. Mówi wtedy: "Kiedy idę do kina, to płacę za bilet. Kiedy idę do kościoła, to daję na tacę, bo jest prąd, świeczka".

- Lubię myśleć o tym, jak babcia uczestniczy we Mszy Świętej. Księdzu zza ołtarza pewnie się wydaje, że ot, taka emerytka siedzi w ławce. A jak ona słucha, jak nazywa rzeczy po imieniu! Że ksiądz podczas kazania plecie bzdury, że ten czy tamten kapłan w ogóle nie nadaje się na spowiednika. Ma takie rozeznanie, że w swoim wieku (92 lata) uprawia churching! Ponieważ ma niedaleko do krakowskiego kościoła św. Floriana, często zaglądała tam do księdza Adama Bonieckiego, który do niedawna mieszkał przy tej parafii.

- Ze względu na swoje problemy ze wzrokiem musiałem często bywać w Krakowie, gdzie, jak wspomniałem, przechodziłem kolejne operacje. Dzięki temu z babcią spędzałem sporo czasu. Naprawdę sporo: nieraz od maja aż do późnej jesieni. Tata wtedy pracował na kontrakcie w Senegalu, a mama i rodzeństwo mieszkali w Sopocie. Niekiedy tak rzadko widywałem mamę, że któregoś razu się zorientowałem, że chyba nie jestem pewien, jak ona teraz wygląda. Babcia twierdzi, że wcale mnie po kościołach nie ciągała. Podobno sam byłem nimi zainteresowany, lubiłem tę specyficzną atmosferę krakowskich świątyń.

- Do dziś mam w pamięci pewne sceny, zapisane jak obrazy. Na przykład jak na wielkich ołtarzach wystawiano Najświętszy Sakrament. Albo jak siostry zakrystianki długim kijem gasiły świece. Albo jak u misjonarzy na ulicy św. Filipa przed Komunią wywieszało się na balaskach obrusy, pod które wierni chowali ręce. Pamiętam oglądanie niemal współczesnych witraży Witkacego u franciszkanów, a paręset metrów dalej średniowiecznych fresków u dominikanów. Ale też widok księdza z welonem na ramionach, dźwięczenie dzwonków, zapach i dym kadziła roznoszący się po kościele, dłonie kapłana chwytającego monstrancję, a do tego śpiew Tantum ergo Sacramentum. Chłonąłem to zmysłami, przeżywałem jako coś ponadnaturalnego - prawdziwe misterium.

- Dopiero odkrywałem rzeczywistość liturgii. Babcia cierpliwie tłumaczyła mi kolejne jej elementy. Nawet to, dlaczego śpiewa się "sutanna na wysokości", bo taki tekst słyszałem. Potem podobno byłem w stanie wyrecytować całą Mszę z pamięci. Babcia ma kawałek ziemi na wsi. Strzęp majątku po jej rodzicach, który po byłym właścicielu rozparcelowali komuniści. Zbudowała tam domek. W wiosce obok stoi wspaniały wiejski kościółek, do którego często zaglądaliśmy. Do dziś jest tam bardzo intensywny zapach impregnowanego drewna, a gdy byłem mały, w ławkach siedzieli ludzie, staruszkowie galicyjskiego typu, przypominający mi Karola Wojtyłę. Po lewej stronie mężczyźni w spłowiałych garniturach, po prawej kobiety w chustkach na głowach. Istniał tam odwieczny porządek, którego nie należało naruszać. Tymczasem ja naśladowałem w trakcie Mszy gesty kapłana. Kiedy rozkładałem ręce, kobiety syczały. Babcia była niewzruszona, a ja robiłem swoje.

- Innym razem zagapiłem się, nie wrzuciłem pieniążka na tacę. Wtedy babcia powiedziała mi, żebym poszedł za ołtarz, bo tam znajdę koszyk. Kiedy wspinałem się po stopniach ołtarza, cały kościół zamarł, a ksiądz przyglądał mi się przerażony. Co gorsza, nie znalazłem tacy, więc od ołtarza wróciłem rozżalony. Siostra się za mnie wstydziła, ludzie patrzyli srogo, a babcia ze spokojem powiedziała mi, żebym zostawił księdzu monetę na dywanie, bo tam na pewno ją znajdzie i będzie miał na pół świeczki. Dzisiaj widzę, że to właśnie w takich sytuacjach uczyłem się od babci dystansu i otwartości.

- Ale myślę, że też pewnej afirmacji świata. Ponieważ babcia nie miała swojego gospodarstwa, gdyż ziemi było zbyt mało pod uprawę, chodziliśmy do sąsiadów po masło czy mleko. Idąc po tak zwanych dołkach, śpiewaliśmy "Chwalcie łąki umajone". Do tej pory, gdy śpiewam tę pieśń, czuję wzruszenie. Także w tym było coś mistycznego. Coś w pełni szczerego, przesyconego nie tylko emocjami, ale przede wszystkim intensywnością kwiatów, kolorów, zapachów, skoszonej trawy i dojrzałego lata.

Fragment książki ks. Jana Kaczkowskiego i Piotra Żyłki "Życie na pełnej petardzie, czyli wiara, polędwica i miłość". Wydawnictwo WAM.

 

Wydawnictwo WAM

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje