Lubię mężczyzn ubranych "niechcący"

Odpowiednia kobieta potrafi z każdego mężczyzny zrobić fantastycznego faceta. Nieodpowiednia - zamkniętego w sobie, niespełnionego frustrata.

Pamięta Pani napis na drzwiach "nigdy nie zamknięte"?

Reklama

Magda Gessler: Niegramatyczny, pamiętam. U Piotra i Adama na Senatorskiej. To był 1989 rok.

Wchodzi Pani?

Po raz pierwszy ze swoim przyjacielem, Sławkiem Ratajskim. Tuż po powrocie z Madrytu. Poznaję Adama Gesslera, największego czarodzieja na świecie. Restauracja, którą prowadził z bratem, to był wtedy jedyny prywatny lokal z prawdziwego zdarzenia w Warszawie. Odznaczała się na tle tej całej szarzyzny wystrojem, obsługą i osobą właściciela. Adam miotał się w smokingu pomiędzy stolikami, cudownie odgrywając rolę szefa knajpy; szarmancki, dyskretny, podobny do Jana Englerta. Zwalił mnie z nóg.

Zaprosił Panią na randkę.

Umówiliśmy się na następny dzień.

I nie przyszedł.

Nie przyszedł. Adam rzadko przychodzi na umówione spotkania. No, ale był jego brat, Piotr. Miał cudowne, kręcone włosy. Godnie zastąpił swojego brata i w konsekwencji został moim mężem.

Zabawne, że oni o mnie albo nie rywalizowali, albo nie dawali tego po sobie poznać. Obaj udawali, że nie za bardzo wiedzą o co chodzi.

Potem Piotr Gessler miał powiedzieć do brata: "To już druga kobieta, w którą mnie wrobiłeś". Pierwszą była Marta.

E tam. Piotr wrobił się sam. A może nie, może to był ich wspólny plan. Może uznali, że jako żona Piotra mogę się w jakiś sposób przydać rodzinie. Proszę nie zapominać, że byłam wtedy - wedle ich wiedzy - bogatą wdową. Dwa lata wcześniej zmarł mój mąż, dziennikarz "Der Spiegla", Volkhart Muller.

Podobno w rodzinie Gesslerów czuła się Pani jak w filmie Viscontiego.

Cały czas się tak czuję. Wtedy wpadłam w wir morderczej pracy, nie zostając udziałowcem. Przez wiele lat tak naprawdę funkcjonowałam poza interesem, nie będąc właścicielką żadnej z restauracji. Byłam od czarnej roboty. Potwornie ciężko pracowałam.

Głównie marketingowo. Umiejętnie wychodząc naprzeciw oczekiwaniom bogatej klienteli z początku lat 90.

Czułam, że klientów należy traktować z czułością, zapewniając to, czego im brak. Starałam się, i staram nadal, stworzyć w każdej restauracji azyl, formę kryjówki psychicznej, namiastkę domu,

którego każdy pragnie - kolorowego, pełnego ciepła, czułości i miłości.

"Staram się leczyć Polaków z kompleksu braku cukiernika".

Staram się rozumieć, że Polacy są przepełnieni wieloma kompleksami, nie tylko tym jednym. W związku z tym należy ich traktować z delikatnością i zrozumieniem. W każdej swojej restauracji

pragnę stworzyć magiczną atmosferę, formę spektaklu, teatr, który ma się rozgrywać na oczach moich gości. Chcę wpłynąć na samopoczucie każdym detalem scenografii - kolorem zasłon, kształtami sztućców, wielkością serwetek.

Dowiedz się więcej na temat: zegarek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje