Małgorzata Rozenek: Wreszcie znalazłam szczęście

Perfekcyjna pani domu nie rozczula się nad sobą, tylko cieszy się życiem. Nam zdradza, jak przeżywa macierzyństwo i opowiada o ukochanych synkach.

Przed dwoma laty nieznana wcześniej prawniczka ze stolicy została gwiazdą telewizyjnego reality show. Prowadząc program "Perfekcyjna Pani Domu", radzi kobietom, jak utrzymać czystość w ich mieszkaniach. Sama uczyła się tego od mamy, babć i cioć, a teraz przekazuje wiedzę synom.

Reklama

Beata Celej: Jest pani nauczycielką porządku dla swoich chłopców?

Małgorzata Rozenek: - Tak, ale nie powtarzam co wieczór Stasiowi i Tadziowi: "Sprzątnijcie zabawki", tylko daję im przykład. Moi synowie wiedzą, że kiedy woda nalewa się do wanny, oznacza to, że następuje koniec pory dziennej i zaczyna się wieczór, a z tym wiąże się posprzątanie zabawek. My już o tym nie rozmawiamy, to jest naturalne. Dziecko uczy się, obserwując rodziców. Przykład idzie z góry, zawsze.

Macierzyństwo to dla pani...?

- Niezwykłe doświadczenie, ale od zawsze buntuję się przeciwko cukierkowemu obrazowi macierzyństwa. Zupełnie nie wiem, dlaczego nie wypada mówić, że jest ono trudne. A przecież jest ekstremalnie trudne i ekstremalnie piękne, szczególnie przy pierwszym dziecku. Przy drugim już jest łatwiej, a do trzeciego to już chyba podchodzi się na luzie.

Co jest trudnego w macierzyństwie?

- Odpowiedzialność, to coś, co mnie najbardziej uderzyło. Odkąd jestem matką, wszystko robię z myślą o dzieciach. Całe życie musi być im podporządkowane. Macierzyństwo wymaga też ogromnego wysiłku i zdolności organizacyjnych.

Jacy są pani synowie?

- Najlepsi na świecie.

Ale bardzo różni...

- Tak. Staś ma 8 lat, jest poważny, mądry i zadaje pytania, które bardzo mnie wzruszają, bo wynikają z jego ciekawości świata. Do tego jest bardzo poukładany. Natomiast czteroroletni Tadzio to cała ja: nerwowy i z ogromnym apetytem na życie. I nie daje sobie nic wmówić.

Potrafi tupnąć nóżką?

- Obaj potrafią, tylko Staś robi to delikatniej, a Tadzio konkretnie.

Obserwując Tadzia i widząc w nim siebie, rozumie pani swoich rodziców i wie, dlaczego wychowywali panią tak, a nie inaczej?

- Doskonale to rozumiem. Mama powiedziała mi kiedyś: "Twoje dzieci, oddadzą ci wszystkie te nerwy, które ty dawałaś nam". I tak się dzieje.

Denerwuje się pani na dzieci?

- Teraz raczej się martwię i to szczególnie o Tadeusza, który gorzej je. Siedzenie przy nim, tłumaczenie i szukanie sposób na to, aby zjadł coś wartościowego i dobrego, wymaga dużej kreatywności. Wznosimy się więc na jej wyżyny.

Może wakacje tak na niego wpłynęły?

- Nie, to już trwa od jakiegoś czasu. Tylko ja doskonale rozumiem, że jeśli on nie chce czegoś zjeść, to nikt nie jest w stanie go do tego zmusić.

Zna to pani z własnego doświadczenia?

- Tak, mamy podobne cechy, które się ujawniają w różnych sytuacjach. Jeśli uważam, że coś nie jest wartościowe, nie jestem w stanie zrobić tego dobrze, a nie lubię robić źle ani na siłę.

I to jest perfekcjonizm?

- Owszem, dla mnie perfekcjonizm to staranie, aby powierzone zadanie wykonać najlepiej, jak potrafimy. Staram się więc być perfekcyjna w sprawach zawodowych i prywatnych, a wszystko po to, aby nie mieć do siebie pretensji, że mogłam zrobić coś lepiej.

Potrafi pani zawalczyć o swoje?

- Nie myślę w takich kategoriach. Po prostu żyję, nie rozczulam się nad sobą i zdaję się na to, co jest.

W pani życiu zaczął się nowy rozdział: ma pani nową rodzinę. Jak pracuje pani nad tym, by ta rodzinna układanka funkcjonowała i dawała radość?

- Nie mam pojęcia, to samo przychodzi. Dzieje się i Bogu dzięki, bo jestem bardzo szczęśliwa.

Rozpoczął się też piąty sezon "Perfekcyjnej Pani Domu". Zmieniła się pani od początku programu? Bardzo.

- Pierwszy sezon był trudny ze względu na zawirowania w życiu prywatnym, ale też dlatego, że rola prowadzącej była dla mnie całkowicie nowa. Musiałam się dopiero w tym odnaleźć.

Dziś jest łatwiej?

- Oczywiście, ponieważ nabrałam śmiałości w rozmowie i dzieleniu się swoim doświadczeniem. Czuję się teraz dużo pewniej.

Ma pani świadomość, że jest psychologiem dla uczestniczek?

- Nie mam stosownych kwalifikacji, dlatego wolę myśleć, że jestem ich koleżanką. Ale prawdą jest, że czasami dużo łatwiej opowiedzieć o swoich problemach obcej osobie niż rodzinie. A to dlatego, że ja i ci ludzie nie mamy wobec siebie żadnej roli do odegrania. Nie mamy wzajemnych oczekiwań i nie musimy sobie imponować. Ja nie oceniam moich uczestników. Za to cenię ich odwagę, to, że zgodzili się wystąpić w tym programie i pokazać, jak wygląda ich dom.

Prowadzenie domu jest dość skomplikowane...

- Tak, bo to suma pewnej wiedzy. Jej zdobycie wymaga czasu, trzeba się tego nauczyć. Dzisiaj wydaję o tym książki, ale kiedyś sama czerpałam wiedzę z takich książek i programów telewizyjnych. Uczyłam się też w domach moich babć, cioć, rodziców.

Mama jest dla pani przykładem?

- Oczywiście, że tak. Mama jest najważniejszą kobietą w moim życiu. Wspiera mnie nieprawdopodobnie. Jest także bardzo mądrą osobą. Nasz dom rodzinny prowadziła, zwracając wielką uwagę na szczegóły. On był i jest przeznaczony dla domowników. To znaczy: nie jest to miejsce na pokaz, tylko dla nas.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje