Mamo, odkąd biegasz, nie krzyczysz!

Przeszła ciężką kontuzję kręgosłupa, po której nikt nie wierzył, że może jeszcze wrócić do formy. Dziś biega maratony, chodzi po górach i dzieli się swoją pasją z innymi. Małgorzata Majewska, autorka książki "Przepis na bieganie" wie jak zacząć od nowa.

Gabriela Kurcz: Biegasz, bo już musisz?

Reklama

Małgorzata Majewska:Tak, muszę, bo jak nie biegam to jestem nie do wytrzymania i dla siebie, i dla innych. Ostatnio nie biegałam dwa tygodnie i w końcu moja jedenastoletnia córka przyszła i powiedziała: mamo, biegaj! Dla naszego i własnego dobra.Więc biegam... bo muszę.

W święta wielkanocne było biegane?

- Było! Już naprawdę nie wytrzymałam i jak tylko poczułam, że po przebytym właśnie zapaleniu płuc mogę już zacząć biegać, zaraz poszłam w pola! Bieganie jest jak mycie zębów, jak coś silniejszego ode mnie. Dziś np. nie mogę biegać, jestem od rana do wieczora w pracy i już kombinuję, jak to zrobić, żeby jutro rano jednak pobiec, najszybciej jak to możliwe.

Masz swoje stałe pory?

- Przy moim trybie pracy nie ma szans na stałe pory, ale stałe są buty w samochodzie, stałe jest to, że każda okazja, która jest dobra do biegania, jest zawsze wykorzystana, na maksa.

Lepiej biegać rano czy wieczorem?

- Ja wolę biegać rano dlatego, że to jest taki moment, w którym zbieram wszystkie myśli i mam więcej energii. Bardzo lubię też ten moment zaraz po, wracam do domu, kąpię się, przychodzą przyjaciele lub jestem z córką. To jest taki czas, w którym już nic nie jest w stanie mnie wyprowadzić z równowagi, nie ma takiej opcji. Jak biegam wieczorem to po wszystkim po prostu padam, ale rano znowu mam ochotę biegać.

Jak biegać, by miało to sens? 

- Zacznijmy od tego, że powinnyśmy czasem robić przerwy. To nie jest tak, że można sobie biegać, ile się chce. Ten jeden dzień w tygodniu pozostawiony na totalną regenerację jest niezbędny. Dotyczy to szczególnie osób biegających bardzo ambitnie. Kiedy biegasz, by przekroczyć swoją strefę komfortu, kiedy masz zakwasy, kiedy cię boli, wtedy musisz znaleźć czas na regenerację. Ale dla mnie ten jeden jedyny dzień jest już wystarczający trudny, ja po prostu kocham biegać.

Bieganie jest mocno kontuzjogenne...

- Tak, jeśli mamy na przykład źle dobrane buty! Nie warto oszczędzać na butach. Kontuzje pojawiają się również, gdy nie słuchamy organizmu. Ja swoim kontuzjom mogłabym zapobiec, gdybym była uważna. Dziś jestem po dwóch złamaniach kręgosłupa i nie wiem, co to jest ból! Dogadałam się z organizmem i jeśli czuję dyskomfort, to zamiast dźwigać sztangę, idę na basen.

Biegasz na czczo? Pytam, bo i tutaj są dwie szkoły - ta, która mówi, że jeśli aktywność fizyczna to tylko o głodzie i ta, która każe wyjść z domu dopiero po porządnym posiłku.

- Jeżeli idę biegać na dwie godziny, to nie wyobrażam sobie nie zjeść porządnego posiłku, mało tego, mam jeszcze przy sobie przekąski, by na trasie nie doszło do tzw. odcięcia, bym nie padła. Na dłuższe bieganie zawsze zabieram z sobą napoje, które sama przyrządzam, a co 50 minut staram się coś zjeść - często jest to ten banan, z którym już będę kojarzona do końca życia (banan jest na okładce książki, plakatach itd. - przyp. red.). Sama robię też batony energetyczne albo biorę z sobą coś z tak wysokim indeksem glikemicznym, by szybko dostarczyło się do organizmu.

Ten twój banan... ma jakąś swoją historię?

- Banan wziął się stąd, że rozdają je zawsze na wszystkich maratonach i rzeczywiście jest to owoc mocno kojarzony z biegaczami.

Ale banan dla kobiet? Milion razy słyszałam: Banan? O nie! Jeśli możesz coś uciąć, w pierwszej kolejności wyrzuć banany!

- No właśnie, bo ma dużo cukrów, prawda? Generalnie kobiety ćwiczą najczęściej po to, żeby zeszczupleć, tak? Wtedy rzeczywiście nie jest to może najlepszy wybór. Z drugiej strony przy moim czterogodzinnym treningu, a miewam i takie, ten cukier i tak momentalnie zostanie przerobiony w energię! Ryzyko jest więc raczej minimalne.

Wiem już, że biegasz, bo musisz, a gotujesz, bo?

- Ha, gotowanie jak bieganie, jest jak mycie zębów! Gotuję, bo to wyraz mojej troski o siebie i o bliskich. Bardzo długo myślałam, że nie potrafię troszczyć się o innych, więc zaczęłam to robić, gotując. Później odkryłam inne formy bliskości. W gotowaniu najważniejsze jest dla mnie to, że tworzy się jakaś wspólnota, że siedzimy u mnie w kuchni i na oczach moich gości tworzą się różne rzeczy, że rano po domu roznosi się aromat gotowanej z pomarańczą, kardamonem i cynamonem kawy. Dla mnie jedzenie ma wymiar nie tyle żywieniowy,co bardziej... zmysłowo - prywatny. Gotowania uczy mnie Agnieszka Majksner, to moje kulinarne guru. Konsultowała moje przepisy, planujemy już cykl warsztatów, podczas których podzielimy się tą wiedzą z innymi ludźmi. Muszę tylko najpierw znaleźć na to czas...

W książce zauważasz, że dobre zmiany zawsze wymagają bodźca, w waszej rodzinie impulsem do zmiany była choroba córki.
 

- Tak, w pewnym momencie moja córka po prostu przestała rosnąć, odmawiała przyjmowania produktów zewnętrznych, mimo, że był to ten moment, w którym trzeba było odstawić ją już od piersi. Długo szukaliśmy ratunku, aż w końcu udaliśmy się do osoby, która powiedziała krótko - bez mleka, bez laktozy i bez glutenu! To nie było łatwe, bo co najczęściej jemy? Mleko, gluten i laktozę! Po drugie musieliśmy podjąć decyzję, że nie będziemy leczyć córki lekami, odstawiliśmy wszystkie, ba nigdy nie daliśmy jej żadnych środków antyalergicznych, co też spowodowało pewien ostracyzm społeczny. Ludzie mówili - ryzykujecie, ale paradoksalnie to było dla mnie jeszcze większą motywacją. Zaryzykowaliśmy i w dość krótkim czasie młoda zaczęła się nieprawdopodobnie rozwijać, dziś nie ma żadnej różnicy między nią, a jej rówieśnikami mimo, że kiedyś była ona znaczna. Córka jest całkowicie zdrową dziewczynką, która w ogóle nie choruje. - Widzisz, to był ten moment, w którym zobaczyłam, że to wszystko ma sens, w dodatku właśnie jedzenie stało się takim moim znakiem rozpoznawczym. Coraz częściej słyszałam, że ktoś myśli o moich krewetkach, cieście, bułeczkach. I to jest fajne, bo mam wtedy poczucie, że w końcu wracamy do korzeni wspólnotowych, których bardzo brakuje mi w tym szalonym świecie. Współczesny świat jest bardzo oparty na wzroku - patrzymy, żeby coś było ładne, jakieś! Gotowanie daje nam możliwość dotyku - ja np. piorę kasze, piorę ryże - obrabiam je palcami pod wodą, by zmiękczyć łuski, ja wszystko wącham, nie ma takiej rzeczy, której nie powącham. Bardzo lubię też łączyć struktury - w sałatce muszę mieć coś, co jest twarde i co jest miękkie, lubię zabawę formą, a odnoszę wrażenie, że współczesny świat nas od tego odciął.

Bodźcem do zmiany diety była choroba, a skąd to bieganie??

- Wiesz, ja bardzo dużo pracuję z ludźmi, prowadzę dużo szkoleń, wciąż jestem w relacjach. W pewnym momencie poczułam, że to tempo mnie przytłacza i nie ma już takiego momentu, w którym jestem sama ze sobą, moja córka również była wtedy bardzo mała, wciąż czułam się w relacji. Nagle zobaczyłam, że kiedy biorę buty biegowe i psa to jest ten moment, te dwie, trzy godziny, w których nie muszę się nikim zajmować, nie muszę w tej relacji zostawać. Mój zawód wymaga tego, że często mówię ludziom rzeczy krytyczne, to też nie jest łatwe. W bieganiu po prostu jestem tylko ja, moje myśli, czasem sarny i zające, mój pies, tyle. Oczywiście za chwilę znowu wchodzę w rzeczywistość społeczną i w ludzi, ale jestem już świeża. I mam energię, by skupić się na innych. W bieganiu dostaję komfort bycia z sobą i niczego więcej już potem nie potrzebuję.

Lubię biegać, ale to moje bieganie widzę często tak: biegnę pierwszy kilometr - myślę o tym, co jutro na obiad. Piąty kilometr - analizuję, co czeka mnie jutro w pracy. Słyszałam jednak, że jest taki moment, w którym ten strumień myśli po prostu się ucina!

- Tak, jest taki moment! Na maratonie na przykład zdarza się on powiedzmy ok. 30 kilometra. Wtedy, gdy zmęczenie nie pozwala już myśleć o niczym, a ty skupiasz się na tym żeby prawidłowo postawić nogę i dotrwać, przetrwać. Wcześniej twoja głowa produkuje myśli -  a po jasną cholerę ty to robisz? Daj sobie spokój i zrezygnuj, co za kretyn wymyślił te 42 kilometry! Ale to też jest niesamowite, że biegniesz te ileś godzin, jesteś już potwornie zmęczona fizycznie, ale głowa jest już czyściuteńka!

Kobiety biegają inaczej?

- O tak, dziewczyny są terrorystkami! Jak mężczyzna jest terrorystą, to jeszcze możesz negocjować;) Tu sprawa wygląda trochę gorzej... Biegam z dziewczynami, które są niesamowicie twardymi babkami! Wiesz, co jest w tym najfajniejsze? Świadomość, że możemy na siebie liczyć. Zawsze w tym momencie przypomina mi się pewna historia. Szliśmy kiedyś pewną grupą na Mont Blanc, w pewnym momencie okazało się , że jeden kolega nie ma myślenia grupowego i decyduje, że dalej to on już pójdzie sam. Pomyślałam sobie wtedy i zostało to we mnie do dziś: mogę z tobą imprezować, ale w góry, to ja już z tobą nie pójdę.

Biegasz maratony, ale nie obcy ci również Runmageddon. To już chyba inna bajka? Tam pojawia się  jeszcze współzawodnictwo!

- Ja akurat nie mam potrzeby rywalizacji, współzawodnictwa, ale są osoby, które to faktycznie napędza. Mnie dotyka coś innego, na maratonach wzruszają mnie bardzo osoby niepełnosprawne, które biegną z wózkiem, osoby starsze, te po których widać, że jest to dla nich ogromny wysiłek. Obok ciebie biegnie osoba niepełnosprawna i ty jesteś z tą osobą tożsama, wiesz jakie to jest wyzwanie, ile sił i zdrowia kosztuje. Jakiś czas temu byłam w Stanach na nartach, zobaczyłam tam osobę bez nóg, również na nartach. Pomyślałam sobie wtedy - Boże dla tej osoby to jest cały świat, dla mnie to są tylko narty. - To właśnie daje nam sport, powrót do korzeni, przy 30. kilometrze to już naprawdę z nikim nie rywalizujesz, po prostu chcesz przetrwać. Oczywiście sytuacja wygląda inaczej, jeśli walczysz o to pierwsze miejsce, ale ja nie walczę. Nie rywalizuję z facetem, który biegnie maraton w 2,5godziny, bo on jest dla mnie po prostu gigantem poza zasięgiem, ale mam poczucie wspólnoty i walki sama ze sobą.

Maraton i Runmageddon, pobiegłaś oba, czym się różnią?

- Wszystkim. Ciężko jest przebiec maraton, jeśli nie jesteś przygotowana, musisz wiedzieć jak biec, pilnować jedzenia i picia, tu bardzo łatwo popełnić błąd. W Runmageddonie wymagana jest ogólna sprawność fizyczna i siła. Mnie np. zawsze wydawało się, że mam bardzo silne ręce, dużo je ćwiczę, a okazało się, że nigdy nie trenowałam wspinaczki na linie. Ta przeszkoda okazała się być poza moim zasięgiem więc... robiłam karne ćwiczenia.

A inne przeszkody?

- Tam jest bardzo wiele przeszkód nie do przejścia psychicznie, dla mnie taką przeszkodą w Myślenicach było wejście pod ziemię i przejście 6 metrów w kompletnej ciemności w oponach. Mówię ci to teraz i już jest mi niedobrze. Dla wielu osób taką przeszkodą nie do przejścia był przeskok przez ogień lub wejście do basenu z lodem. Z drugiej strony przed Runmageddonem wydawało mi się, że pewnych rzeczy nie jestem w stanie zrobić, a je zrobiłam! I to hasło impossible is nothing - zrozumiałam to właśnie w Runmageddonie, nie w maratonie! Biegnąc maraton poczułam natomiast, że nie wolno słuchać głowy, gdybym posłuchała, zrezygnowałabym po 15 kilometrze.

Bieganie jest modne, pisanie jest modne, poradników dla biegaczy również nie brakuje. Ale gdybyś miała powiedzieć naszym czytelniczkom, czym ten poradnik różni się od innych?

- W większości poradnikach o bieganiu znajdziesz gotowe rady, natomiast w mojej książce...Ona jest pisana z perspektywy dziewczyny z sąsiedztwa, chodziło mi o to, by bieganie i gotowanie stało się pretekstem do opowieści. Starałam się w niej również zawrzeć dużo wątków motywacyjnych. Mam takie wrażenie, że dziś bardzo dużo osób ćwiczy, ale obserwuję też taką polaryzację, na tych którzy tym sportem żyją i tych, co nie ćwiczą w ogóle. Chciałam napisać książkę dla tych, którzy chcą, ale nie bardzo wiedzą, jak się za to zabrać. W dzisiejszym świecie głowa nas niewiarygodnie blokuje, wewnętrzni krytycy powtarzają: nie dasz rady, nie potrafisz. Chciałam podzielić się z czytelnikami tym, czego nauczyło mnie bieganie: to wszystko nie ma znaczenia! Krytyk sobie gada, a ja biegnę!

Też wierzysz, że większość chorób siedzi w naszej głowie, prawda?

- Oczywiście! Więcej, jestem pewna, że te choroby nam służą. Kiedyś nie dawałam sobie prawa do odpoczynku, bo bardzo dużo pracowałam, nie dosypiałam. Jak w końcu organizm dowalił mi chorobę, to spałam 2 tygodnie! Gdybym złapała ten moment wcześniej i zaopiekowała się sobą, nie doszłoby do tego! Choroba to konsekwencja zaniedbania siebie, nic więcej. A wystarczy bacznie obserwować swój organizm.

W książce piszesz również o nie zawsze łatwych negocjacjach z ciałem.

- One nigdy nie są łatwe! Negocjacje to nic innego jak powrót do źródeł, znowu. Musisz sobie zaufać. Na studiach przez 5 lat tańczyłam balet klasyczny, tradycyjną siłową metodą - dziś widzę wyraźnie, że to była przemoc wobec mojego ciała! Oczywiście technicznie nauczyłam się bardzo dużo, jestem wdzięczna nauczycielom, ale odcięło mnie to od własnego ciała. Wtedy oczywistym było, że na treningu ma boleć, a teraz uczą nas, że niekoniecznie. Możemy dbać o siebie jedząc, biegając, żyjąc i to wszystko jest formą dotarcia do siebie! Dla wielu ludzi sport jest formą agresji, ciągle gdzieś słyszymy: dasz radę, możesz więcej! Czasem więcej oznacza po prostu - odpuść. Musisz dać odpocząć organizmowi. Te negocjacje są czasem bardzo trudne, muszę być uważna i rozpoznać tę różnicę: czy kombinuję, bo nie chce mi się iść na trening czy mój organizm daje mi jasny komunikat: hello, czeka nas zaraz zapalenie płuc, więc dziś zostańmy w domu. Tak długo jak jestem osadzona w swoim ciele, mój organizm mi podpowiada - mleko krowie ci szkodzi, nie pij go! Więc go nie piję! Ale jak jestem we Włoszech, nie wytrzymam i zamówię zwykłe cappuccino to przez najbliższe dwa dni się po prostu męczę! Od razu mam reakcję. Nie potrzebuję mieć do tego żadnych badań, wystarczy mi obserwacja. Zresztą jestem totalnym przeciwnikiem poczucia winy, chcesz sobie zjeść chipsy, zjedz na miłość boską.

Jesteś też zagorzałą przeciwniczką suplementów.

- O tak! Ciągle nam wmawiają, że z nami jest coś nie tak, że czegoś nam brakuje, a to włosom, a to skórze. U mnie w domu nie ma sztucznych witamin, bo ich nie jemy, nie je ich moja córka. Ludzie często mają tak słaby kontakt sami z sobą, że nie potrafią już rozpoznać, kiedy jest im dobrze. Wtedy pojawiają się reklamy i obiecują, że zaraz będzie ci dobrze, będziesz szczupła, będziesz mieć piękne włosy. Nie dajmy się zwariować! Ja nauczyłam się objawów niedoborów, ale zamiast tabletek gotuję gar tego, co szybko mi te braki uzupełni.

Zaraziłaś swoim myśleniem dużo osób?

- Bardzo dużo. Ale nie mam poczucia misji, wiesz? Znasz Preeti Agrawal? (Doktor nauk medycznych, specjalista ginekolog)

Niestety nie.

- Miałam okazję wielokrotnie spotkać się z nią na stopie prywatnej. To ona spytała mnie kiedyś: jak widzisz dziecko, które je hamburgera czy podświadomie nie czekasz, że będzie ono chore, co wynagrodzi ci twój trud gotowania? Złapałam się na tym, że tak jest, że czekam.

Czekaj, czekaj, jest tak! Faktycznie mam taką myśl za każdym razem, gdy widzę jak moi znajomi wcinają hot dogi, a ja zajadam się rukolą.

- Sama widzisz, potrzebujemy gratyfikacji w postaci choroby tego dziecka, twoich znajomych, by poczuć się lepiej! W chwili, gdy sobie to uświadomiłam, wszystko mi puściło! Czekasz na gratyfikację, na to, że ktoś ci powie - jesteś świetną matką, bo robisz dziecku bułeczki, a przecież nic się nie stanie jak czasem zje serek!

Wróćmy na koniec do biegania - czego cię nauczyło?

- Tego, że dziś myślę o sobie jako całości. Nauczyłam się tego pakując się na maraton: jak nie wezmę plastra, a obetrze mnie but, to może ktoś mi ten plaster da, a może nie? To jest moje odkrycie, nauczyłam się, że muszę pomyśleć o wszystkim! Mam dziś ogromny dystans do świata, na trening potrafię wejść wkurzona, nakręcona, ale po treningu potrafię już oddzielić zdrowe emocje od bezsensownego nabuzowania, zresztą moja córka mówi często: Mamo odkąd biegasz, nie krzyczysz!                

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje