Moja rodzina patchworkowa

- Zgrana patchworkowa rodzina to codzienna praca każdego z nas. Wybraliśmy zamiast walki drogę zrozumienia i empatii. To nie tylko moja zasługa, wszyscy się staramy. Uważam, że w ogóle w życiu we wszystko, co robimy powinniśmy wkładać miłość i szacunek do drugiego człowieka - mówi o swojej rodzinie Roma Gąsiorowska.

Nauczyłam się przeczekiwać trudne momenty i emocje

Anna Wyszkoni - piosenkarka, ktora zaczynała karierę w zespole "Łzy". Popularność przyniosły jej albumy "Pan i Pani" oraz "Życie jest w porządku". Ostatnio zaskoczyła nas w "Tańcu z gwiazdami". Prywatnie mama Tobiasza i Poli oraz przyjaciołka Oliwki, corki swojego partnera.

Reklama

Beata Biały: Trudno jest byc patchworkową rodziną?

Anna Wyszkoni: "To najtrudniejszy z życiowych układów, kiedy on ma dziecko, ty masz dziecko i jeszcze będzie wspólne dziecko" - powiedziała moja mama, kiedy byłam w ciąży z Polą. Miałam już syna z pierwszego związku, a mój partner Maciek - córkę. Teraz na świat miało przyjść nasze wspólne dziecko. Ale okazuje się, że miłość pokona wszelkie trudności. Mama tym razem nie miała racji.

Kiedy poznałaś Maćka, Twój syn Tobiasz miał rok, a jemu urodziła się córeczka. Miłość?

- To było dużo później, Tobiasz miał już 3, a Oliwka 2 lata, ale i tak do miłości było jeszcze daleko. Zbliżyła nas wspólna praca. Z każdym dniem Maciek stawał mi się coraz bliższy. Nie chciałam jednak dopuścić do siebie, że to miłość. Trzy lata później staliśmy się parą. Długo mieszkaliśmy osobno, bo nie chciałam rewolucji w życiu Tobiasza. Nie mogliśmy też dojść do konsensusu - mieszkanie w centrum Wrocławia czy pod miastem. We wspólnym domu zamieszkaliśmy, kiedy już na świat miało przyjść nasze wspólne dziecko. Kiedy zaszłam w ciążę, powiedziałam o tym Tobiaszowi, który miał wtedy 10 lat. To był przełomowy moment. Bo Tobiasz powiedział, że jak już znajdziemy ten dom, to on będzie miał w nim swój pokój i nie będzie do mnie przychodził w nocy do łóżka.

A co na to powiedziała Oliwka, córka Maćka?

- Pamiętam, jak poszłam z Oliwką i Tobiaszem na spacer. Oliwka już wiedziała od taty, że będziemy mieli dziecko. Ale to wtedy uświadomiła sobie, że to będzie jej siostra. "Jak to?" - pytała zdziwiona. Bo jednak jest to inne uczucie, gdy mama zachodzi w ciążę, a inne, jak dziecka spodziewa się ojciec. Oliwka ma dwa domy, dwa pokoje i jest u nas bardzo często. Zaprzyjaźniłyśmy się. Oczywiście nie chcę zastąpić jej mamy, bo ma wspaniałą mamę. Niedawno Oliwce urodził się braciszek. Jest więc w ciekawej sytuacji: u mamy jest nowy braciszek, u taty siostrzyczka. Tobiasz długo nie mógł sobie poradzić z tym, że nad Polą wszyscy skaczą i on nie jest już jedynym dzieckiem w centrum uwagi. Starałam się, by nie czuł się gorszy, by nie stał z boku, kiedy zajmuję się Polą. Przełom nastąpił, gdy mała zaczęła reagować na nasze twarze. Gdy widziała Tobiasza, uśmiechała się do niego i on poczuł się lepiej. Jak starszy brat, który może opiekować się młodszą siostrą. Oliwka od razu chciała malutką kąpać, przewijać, usypiać. 

Moje, twoje, nasze - trudno wszystkie dzieci traktować tak samo?

- To nie jest kwestia "moje, twoje". Po prostu ja pozwalam dzieciom na więcej niż Maciek. Jest bardziej wymagający wobec Oliwki niż Tobiasza. Czuje, że na to wymaganie wobec córki może sobie pozwolić. A może boi się wymagać od Tobiasza, by nie stracić sympatii. Nie jest to łatwa sytuacja. Czasem Maciek na coś się nie zgadza, wtedy Oliwka próbuje u mnie. Jestem jej przyjaciółką, zawsze ze wszystkim może do mnie przyjść, ja ją wspieram i pomagam. Pomaga mi to, że jestem piosenkarką. Oliwka ogląda mnie na scenie, w telewizji, trochę jej to imponuje. Czasem plotkujemy, chodzimy razem na zakupy, śmiejemy się z wad taty. Mamy też przed nim nasze babskie tajemnice (śmiech). Zwraca się do mnie po imieniu. Podobnie Tobiasz mówi "Maciek". To chyba najbardziej naturalna forma.

Co jest najtrudniejsze w posklejanej rodzinie?

- W naszym życiu bywają też trudne momenty, kiedy napięcie jest wręcz nie do wytrzymania. Czasem pojawia się bez powodu. I pewnie w normalnej rodzinie szybko sprawa zostałaby rozwiązana. W patchworkowej jednak każdy waży słowa. Ostatnio pojechaliśmy do Barcelony. Spacerowaliśmy po mieście, ale Tobiasz najwyraźniej miał dość zwiedzania i trochę marudził. Napięcie rosło. Rozumiałam i znudzonego Tobiasza, i Maćka, który trochę się tym denerwował. Takie sytuacje czasem się zdarzają. Wtedy najczęściej daję wszystkim czas, przeczekuję negatywne emocje, a potem zaczynamy rozmowę. Najtrudniej jest kiedy problem dotyczy Tobiasza. Wtedy wszystko skupia się na mnie. Czuję napięcie.

- Właśnie w sytuacjach, kiedy Tobiasz ma jakiś problem, najbardziej czuję, że jesteśmy patchworkową rodziną. Wywiadówki, oceny... To też raczej na mojej głowie. Ale są też momenty, kiedy Maciek zabiera starsze dzieci do kina, a ja mogę odpocząć. Wiem też, że wspaniałe są ich wieczory, kiedy mnie nie ma w domu. Potrafią wtedy godzinami rozmawiać. Powoli się docieramy i układamy tę trudną sytuację. Miłość może wszystko przezwyciężyć.

Nie wolno uciekać od problemów, trzeba je rozwiązywać

Roma Gąsiorowska-Żurawska, aktorka teatralna i filmowa znana m.in. z "Sali samobojcow", serialu "Londyńczycy" i "Sama słodycz". Żona aktora Michała Żurawskiego, mama Klemensa i Jadwigi, opiekuje się też synem męża, Leonem.

Beata Biały: Kiedy spotkałaś Michała, jego synek Leon miał 1,5 roku. Nie bałaś się, czy dasz radę, czy pokochasz również jego syna?

Roma Gąsiorowska: - Najważniejsze było dla nas, by dziecko w nowej sytuacji czuło się bezpiecznie. Nic się nie stało z dnia na dzień, to był proces. Musieliśmy we czwórkę, czyli mój mąż, jego była kobieta, ich syn i ja, nauczyć się siebie. Znaleźć sposoby, by funkcjonować w nowej sytuacji. To, co mi pomagało, to właśnie to, że starałam się patrzeć oczami tego dziecka, stawiać się na jego miejscu. Zastanawiałam się, czego on w tym wszystkim potrzebuje, a co ja mogę mu dać. To był proces oswajania się ze sobą obu stron. Duża też w tym zasługa Michała. Bo gdy kobieta czuje się kochana, łatwiej jej pokochać dziecko  swojego mężczyzny, które urodziła inna kobieta. A kiedy na świat przyszły nasze wspólne dzieci, to już zupełnie zaspokoiły się moje instynkty, a do rodziny wstąpiło więcej miłości, by zapewnić Leosiowi poczucie bezpieczeństwa.

Leon się połapał w nowej sytuacji?

- Początkowo nie rozumiał, dlaczego teraz ma dwa domy - w jednym mamusię, a w drugim tatusia. Pytał, a my pomagaliśmy mu zrozumieć. Chyba byliśmy przekonujący. Bo był nawet taki moment, że Leon poczuł się z tego powodu dumny i chwalił się tym. Potem pytał inne dzieci, czy też tak mają. Kiedy trochę podrósł, zaczął zadawać inne pytania. Zawsze szczerze z nim rozmawialiśmy. W naszej rodzinie nie ma tematów tabu. Na szczęście może liczyć na pomoc i zrozumienie zarówno ze strony swojej mamy, jak i naszej. A kiedy cokolwiek w życiu go przerasta, znowu spotykamy się w trójkę i Leon staje się spokojny. Bo my dorośli mamy takie same stanowiska, a to daje dziecku poczucie bezpieczeństwa. Nie wyrywamy go sobie z rąk, nie oczerniamy siebie w jego oczach, nie podważamy autorytetu, szanujemy nawzajem. Taki ma świat dorosłych wokół siebie i to go buduje. Czuje się bezpiecznie. Zawsze uważałam, że nie wolno uciekać od problemów, tylko trzeba je rozwiązywać. Na szczęście wszyscy mieliśmy w stosunku do siebie dobre intencje. I udało się. Dziś Leon to już tak samo mój synek, jak moje rodzone dzieci.

Jak się do Ciebie zwraca?

- Mówi do mnie "Roma", choć zdarza się, że powie "mamo". Ale jego prawdziwa mama nie ma o to żalu. Jest bardzo mądrą kobietą. I gdy Leonowi zdarza się powiedzieć do mnie "mamo", obie uśmiechamy się tylko.

Zaprzyjaźniłaś się z mamą synka swego męża?

- Może to nie przyjaźń, ale na pewno szacunek. Jesteśmy dowodem, że można żyć w zgodzie po rozstaniu. Spotykam ludzi, którzy nie tylko dziwią się, ale wręcz podziwiają, że nam się udało, bo jednak nie jest to częste. A nam się rzeczywiście udało, nie udajemy tego. Wszyscy naprawdę się lubimy. Najważniejsze, żeby kobiety dogadały się między sobą. Wspólnie dbamy o dobro dziecka mojego męża. Oczywiście to z Michałem mama Leona częściej rozmawia na jego temat. Ustalają wszystko na bieżąco, Michał aktywnie uczestniczy w życiu synka, stara się być zawsze wtedy, kiedy Leon ma ważne wydarzenie - urodziny, pierwszy dzień w szkole...

- Ja natomiast staram się wypełniać mu tę kobiecą stronę, kiedy jest u nas, nie próbując zastąpić mu matki, a jedynie podobnie o niego zadbać. Czasem gdy coś mnie niepokoi, dzwonię do jego mamy, rozmawiamy i ustalamy strategię działania. Dzwonię też, by dowiedzieć się, co jest w domu normą, po to, by Leon mógł czuć się u nas tak samo jak u mamy, a nie jak na wakacjach. Nigdy też nie podważam  zdania mamy Leona. To ona jest jego matką i wie najlepiej, jak chce wychować dziecko. Ja mogę tylko pomóc. To brzmi trochę jakbym się tłumaczyła, ale tak nie jest, raczej uważam, że warto się dzielić skoro coś przynosi ludziom szczęście.

Leon nie poczuł się zagrożony, gdy na świat przyszło wasze dziecko?

- Przyjście na świat naszego synka Klimka było dla niego sporym przeżyciem. Ale w tym samym czasie jego mama była w ciąży, więc ciężar nowej sytuacji rozłożył się na mamę i na tatę. Może dzięki temu sytuacja była dla niego bardziej naturalna i znośna? W każdym razie świetnie sobie poradził. A kiedy potem na świat miała przyjść nasza córeczka, powiedział, że spełnia się jego największe marzenie, bo zawsze chciał mieć siostrę. Uwielbia być starszym bratem. Jest bardzo opiekuńczy.

Jak sprawiedliwie podzielić miłość między dzieci?

- Przede wszystkim trzeba być uważnym na potrzeby każdego dziecka w każdym momencie. Starać się, żeby wszystkie czuły się równie ważne, zdolne, piękne i nigdy ich nie porównywać.

Ojcowie, którzy na co dzień nie mieszkają ze swymi dziećmi, mają pokusę, by je rozpieszczać i w ten sposób zrekompensować swoją nieobecność...

- My to wzięliśmy na rozsądek. Michał uważa, że dziecko trzeba traktować normalnie. Stara się dać Leonowi przede wszystkim opiekę i uwagę, ale stawia też jasne granice i wymaga od niego również dyscypliny, choć jednocześnie jest w tym także luz. Czyli dokładnie to, co dziecku potrzeba. Leon twierdzi, że ma najwspanialszego tatę na świecie. Zresztą Klimka traktuje jak najwspanialszego brata.

Trójka dzieci w jednym mieszkaniu to tłum...

- Muszą pomieścić się w jednym pokoju, w dodatku niedużym. Dlatego zrobiliśmy na zamówienie piętrowe łóżko, które sięga do sufitu. Nazywamy je naszym pirackim statkiem. Leon śpi na samej górze, uwielbia to miejsce. Ma również swoje biurko, skrzynię z zabawkami, książki, klocki lego - tak jak w domu. A obok skrzynia z zabawkami Klimka. Niektórymi zabawkami bawią się razem, ale ważne, żeby mieli poczucie swojej tożsamości przez swoje osobiste rzeczy i punkty pokoju. Jak Jadzia trochę podrośnie, może być naprawdę ciasno, ale w czasach kiedy my byliśmy mali, bywało gorzej. Więcej ludzi mieszkało w jednym mieszkaniu i jakoś się udawało.

Jak udało się wam stworzyć taką fajną patchworkową rodzinę? To rzadko się zdarza.

- Zgrana patchworkowa rodzina to codzienna praca każdego z nas. Wybraliśmy zamiast walki drogę zrozumienia i empatii. To nie tylko moja zasługa, wszyscy się staramy. Uważam, że w ogóle w życiu we wszystko, co robimy powinniśmy wkładać miłość i szacunek do drugiego człowieka. A nam udało się stanąć na wysokości zadania. Myślę, że wszyscy wykazaliśmy się dojrzałością i zrozumieniem każdej ze stron. Sama wychowałam się bez ojca i zawsze marzyłam, by mieć szczęśliwy dom. Dużo zrozumiałam i przepracowałam, zawsze wiedziałam, że moje dzieci nie będą przeżywać tego wszystkiego, co ja przeżyłam. I udało się. Nawet w tej naszej posklejanej rodzinie.

W naszej wielkiej rodzinie jest trochę ciasno, ale zawsze wesoło

Monika Mrozowska, aktorka, którą dobrze pamiętamy z serialu "Rodzina zastępcza". Prywatnie mama Karoliny, Jagody i malutkiego Jozefa. Często spotyka się też z corką swojego partnera - Katarzyną.

Beata Biały: Trochę skomplikowana ta Wasza rodzina...

Monika Mrozowska: -  Rzeczywiście, nie jesteśmy typową rodziną. Z poprzedniego związku mam dwie córki, mój partner też ma córkę, a razem mamy synka. Mój były mąż za chwilę też będzie miał dziecko, które będzie przyrodnim rodzeństwem naszych dzieci.

Kiedy poznałaś Sebastiana, miałaś męża i dzieci. Nie myślałaś, czy pozwolić sobie na tę miłość?

- Byliśmy z Maćkiem w trakcie kolejnego małżeńskiego kryzysu. "Może lepiej się rozstańmy" - mówiliśmy sobie coraz częściej. Sebastiana spotkałam przy programie, który realizowałam dla TVP, był operatorem. Decyzja o byciu razem nie była wcale taka prosta. Ja miałam córki, Karolina miała 9 lat, a Jagódka dopiero dwa. U Sebastiana sytuacja była prostsza - jego córka Kasia miała 13 lat, a z jej mamą rozstał się już 10 lat wcześniej. To ja musiałam wywrócić swoje życie do góry nogami. W dodatku miałam świadomość, że niektórzy za tę decyzję mnie znienawidzą. Ale wiedziałam, że muszę to zrobić.

- Wielkie wsparcie miałam w mamie. Zapytała: "Czy jeśli nie zmienisz swego życia, będziesz szczęśliwa?" Odpowiedziałam, że nie. I wtedy usłyszałam "Dla mnie najważniejsze jest to, żeby moje dziecko było szczęśliwe". Wiem, że ona nigdy tego nie usłyszała od swoich rodziców. Gorzej nasze rozstanie zniosła rodzina Maćka. Chyba mieli do mnie żal. Wynajęłam mieszkanie blisko naszego, zabrałam dziewczynki i wyprowadziłam się. Do rozwodu, przez półtora roku, mieliśmy podział, że tydzień dzieci są u mnie, a tydzień u taty.

To musiało być dość trudne...

- Karolina powoli zaczęła tę sytuację wykorzystywać. Opuściła się w nauce, w szkole mówiła, że nie zrobiła lekcji, bo zeszyt czy książka zostały u drugiego rodzica. Wtedy postanowiliśmy, że dzieci muszą mieć jeden dom. Maciek zgodził się, by były u mnie, a do niego przychodziły na weekendy. Dziś Karolina ma same piątki i szóstki w szkole. To był też czas, kiedy dziewczynki mogły zaprzyjaźnić się z Sebastianem, a on z nimi. Wszystko działo się naturalnie.

Kiedy związałaś się z Sebastianem, zastanawiałaś się, czy pokocha Twoje dzieci?

- To było dla mnie najważniejsze. To był sprawdzian, czy nasza relacja ma szansę, by przerodzić się w poważny związek. Okazało się, że w ogóle nie było problemu. W dodatku Sebastian potrafi zachować idealne proporcje między okazywaniem uczuć a wymaganiami, jakie zawsze trzeba mieć wobec dziecka. Potrafi wziąć na kolana Jagódkę, mocno ją przytulić i powiedzieć, że ją kocha, ale też poprosić, by sprzątnęła po sobie zabawki. U nas nie ma podziału, że tylko ja zwracam uwagę swoim dzieciom. W końcu jesteśmy rodziną. Nie może być tak, że on nie ma nic do powiedzenia. Nie chcę zresztą stwarzać sztucznych podziałów. Oczywiście zawsze w przypadku ojców, którzy nie mieszkają ze swymi dziećmi, jest dylemat: rozpieszczać czy wychowywać. Ale tutaj reguły Sebastian ma opracowane z mamą Kasi. Ja się nie gniewam, gdy swojej córce okazuje więcej czułości, ale ona ma też obowiązki: musi posprzątać, posłać łóżko... A ja jestem od tego, by moim dzieciom okazywać więcej czułości. Moje dziewczynki mówią do Sebastiana "Seba", Kasia zwraca się do mnie po imieniu. Nie będą mówić "tato" czy "mamo", bo nasze dzieci mają swoich rodziców.

A jak w tej sytuacji znalazł się Twój były mąż?

- Również Maciek wykazał się dużym rozsądkiem i klasą. Nigdy nie powiedział: "Nie życzę sobie, żeby ten pan wychowywał moje dzieci". Przeciwnie, mówił: "Musisz liczyć się z tym, że pewnego dnia spotkam jakąś kobietę". I szybko znalazł. Dziś myślę więc, że obojgu nam to wyszło na dobre, bo jesteśmy szczęśliwi w nowych związkach. Pewnie dlatego wszystko się fajnie poukładało. Oczywiście to nie jest tak, że zaprzyjaźniłam się z jego nową żoną, ale nie uciekamy na swój widok. Spotykamy się choćby przy odbieraniu dzieci. Znacznie bliższa relacja jest między mną i Agnieszką, byłą Sebastiana. Często dzwonimy do siebie i to nie tylko w sprawach Kasi, ale zwyczajnie poplotkować. Niedawno miałyśmy poważniejszą rozmowę. Na świat miał przyjść nasz synek Józek. Dla moich dziewczynek było to naturalne. Ale trzeba było powiedzieć Kasi, że jej tata i ja będziemy mieli dziecko, jej braciszka. Na szczęście szlaki przetarła jej mama. Lubię, gdy Kasia jest u nas. Oczywiście nie wtrącam się w jej wychowanie, ale jeśli mogę w czymś pomóc, zawsze jestem chętna.

Nie bałaś się, jak zareaguje na Ciebie córka Sebastiana? Była już nastolatką.

- Pamiętam, jak spotkałam Sebastiana i dowiedziałam się, że ma 13-letnią córkę. Pomyślałam, że nie będzie łatwo, bo pamiętałam siebie w wieku nastoletnim, krnąbrną, zbuntowaną. Bałam się, czy Kasia mnie zaakceptuje. Bo to nie było małe dziecko, które wystarczy wziąć na kolana. Dla nastolatki to za mało. Na szczęście szybko się polubiłyśmy. A z moimi dziewczynkami są najlepszymi przyjaciółkami. "Jak ja cię kocham" - słyszę czasem głos jednej, a po chwili drugiej: "Ja ciebie bardziej". Mówi, że lubi do nas przychodzić i spędzać z nami czas. Często całą wielką rodziną, czyli co najmniej w szóstkę, siadamy na kanapie i oglądamy filmy. Jest wtedy trochę ciasno, ale zawsze wesoło. Bo wtedy, tacy przytuleni, jesteśmy naprawdę blisko. Teraz z maleńkim Józiem. Dziecka spodziewa się również mój były mąż.

- Moje dziewczynki zyskają więc braciszka lub siostrzyczkę. Jagoda nie mogła tego zrozumieć: "Ale jak to? Ty nie będziesz jego mamą?". Musiałam tłumaczyć, że będzie siostrą przyrodnią, bo będzie je łączył wspólny tata. A wiesz, jaki moment lubię najbardziej? Kiedy wieczorem siedzę z dziewczynkami, Sebastian jeszcze nie wrócił z pracy, a one pytają z tęsknotą: "Kiedy Seba w końcu wróci?" Bo wiem, że czekają na niego.



Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje