Nie chciała milionera

Pieniądze? Ważniejsza jest niezależność. Kariera? Od niej ważniejsi są synowie. Dla nich najbardziej znana polska projektantka zrobi wszystko.

"Życie to bajka" - tak zatytułowałaś autobiografię. Faktycznie żyjesz jak w bajce?

Reklama

Ewa Minge: - Tytuł książki jest przewrotny, bo każda bajka to marzenie. Ale od marzenia do zdania "i żyli długo i szczęśliwie" trzeba przejść "siedem gór, siedem mórz", a w międzyczasie zabić smoka albo trolla. Ja całe życie realizuję swoje marzenia. Mam dorosłych synów (24-letniego Oskara i 21-letniego Gaspara - przyp. red.), na których mogę liczyć i których bardzo kocham. To jest jeden z moich celów. Drugi to stworzenie międzynarodowej marki i jestem już na dobrej drodze. Właśnie rusza moja sieciowa marka Femestage Eva Minge. Zależało mi, by dziewczyny, które nie mogły sobie pozwolić na zakup głównej linii, też miały coś dla siebie. Ale oczywiście wiem, że nie każda bajka kończy się szczęśliwie.

Synowie, o których mówisz, są wobec ciebie bardzo lojalni. Oskar niedawno groził, że powybija zęby wszystkim, którzy krytykują twój wygląd.

- Oczywiście wsparłam go. Uważam, że dobrze zareagował. Wychodzę z założenia, że to synowie najbardziej cierpią w tej sytuacji. Ja nie muszę być miss świata - zależy mi tylko na tym, aby mieć najlepszą markę na świecie. W książce opisuję przypadek jednego z moich partnerów, który nie wytrzymał medialnej nagonki. Początkowo był bardzo ze mnie dumny, ale ostatecznie okazał się słabym człowiekiem. Po czasie próbował mi to wynagrodzić, ale było już za późno. Po prostu nie przeszedł ważnego dla mnie testu.

Twoi mężczyźni to też bardzo interesujący temat.

- Tak. Słyszałam nawet plotki, że wszystko zawdzięczam pieniądzom gangstera. Od razu wyjaśniam: nigdy żaden mężczyzna nie dał mi złotówki. Oczywiście byli tacy, którzy chcieli mi je dawać. I to nieraz. Ja za uwolnienie się od męża zapłaciłam całym majątkiem. Dziś stać mnie na to, aby żyć samej. I bardzo sobie to cenię. Kiedy trzeba, potrafię też zaciskać pasa - jeśli nie było mnie stać na wakacje, nie jechałam na nie. Jeśli natomiast miałam pieniądze, aby pojechać na Malediwy, kupowałam sobie bilet. Ale to wszystko zawdzięczam tylko sobie.

Opowiedz o tych cięższych czasach.

- Pięć lat miałam depresję. Nie sypiałam. Wiem, co to słynna "trzecia w nocy", kiedy się ma najgorsze myśli i budzą się lęki. Moje drugie życie zaczęło się od długów. Firma, którą założyłam w wieku 19 lat, miała się świetnie. Jednak mąż za szybki rozwód zażądał niemal całego mojego majątku. Bez wahania oddałam mu jezioro, las, nieruchomości i przeprowadziłam się do wynajętego mieszkania. Zostałam tylko z kontem firmowym, z wypłatami dla szwaczek, które starczały najwyżej na dwa miesiące. Ale nie mogłam postąpić inaczej - mąż znęcał się psychicznie nad moimi synami. Po rozwodzie bardzo pomogła mi Nina Terentiew. Przegadałyśmy wiele godzin.

Jesteś rozczarowana związkami?

- Po rozwodzie miałam trzech partnerów. Zawsze to ja odchodziłam, ale zachowałam przyjaźń. Miałam możliwość wyjść za mąż za jednego z najbogatszych ludzi na świecie. Były oświadczyny, był diament jak dwie kostki cukru, za który mogłabym żyć przez wiele lat. Był jacht w Monte Carlo, było wszystko. W dodatku to przystojny facet. Już szykowano dla mnie dwustumetrowy butik na jednej z najbardziej znanych ulic świata. Moja kolekcja czekała, aby tam zawisnąć na wieszakach. Byłam na kolacji u jednej z najbardziej znanych aktorek Hollywood, poznałam Oprah Winfrey, a mój syn bawił się w jednej dyskotece z Paris Hilton. To małżeństwo jednak nie mogło się udać. Bariera językowa i kulturowa była zbyt wielka. Kiedy zrozumiałam, że uczucie, którym zostałam obdarzona, jest nieodwzajemnione, uznałam, że nie mogę się na to wszystko zgodzić. Po prostu nie nadaję się do życia z obcokrajowcem.

Myślisz, że coś w życiu przegapiłaś?

- Nie patrzę na to w ten sposób. Pewnego razu dostałam propozycję dwuletniego kontraktu od jednego z najważniejszych domów mody na świecie. Odmówiłam. Oskar przechodził burzliwie przechodził dojrzewanie - nie chciał się uczyć, próbował alkoholu. Wiedziałam, że moi rodzice nie dadzą rady go ogarnąć, bo tylko ja nie poddawałam się jego inteligentnym manipulacjom. Doszłam do wniosku, że muszę zostać w Polsce.

Jakie masz teraz relacje z synami?

- Mieszkają we Wrocławiu, ale Gaspar jest u mnie niemal w każdy weekend, Oskar także jest ze mną bardzo blisko. Słuchają mnie, chociaż nie są maminsynkami - Oskar wyprowadził się z domu zaraz po maturze. Ale i tak sześć razy dziennie wisi ze mną na telefonie (śmiech).

Jesteś wyrozumiałą matką?

- Chyba tak. Kiedy Oskar miał czternaście lat i zainteresował się rapem, stworzył sobie w domu studio nagraniowe i zaczęli do nas przychodzić dziwni chłopcy w za dużych spodniach, z majtkami na wierzchu. Siedziałam z nimi w pokoju i byłam pierwszą osobą, która oceniała ich piosenki. Trwało to trzy lata, aż stałam się specjalistką od hip-hopu. Z młodszym synem, który pasjonował się grami komputerowymi - było podobnie. Sama grałam w niektóre gry z Gasparem. Dzisiaj wygrywa międzynarodowe zawody w grach komputerowych. Jest beta testerem, czyli testuje gry za pieniądze.

A ty nie robisz testów dziewczynom synów?

- A skąd! Chociaż przyznam, że trochę im współczuję. Synowie mocno związani z matkami szukają podobnych do nich partnerek. Moi synowie też tak robią. Szukają dziewczyn niezależnych, z pasjami.

Potrafisz prowadzić dom?

- Kocham to. Robię weki. Bułki i chleb piekłam 20 lat temu, zanim stało się to modne. Ja jestem baba domowa. Na salonach czuję się jak małpa w zoo!

Gdzie jest teraz twój dom?

- Do niedawna był bardziej we Włoszech. Dziś nie ma to większego znaczenia i staram się jak najczęściej uciekać do Polski. Na szczęście moje życie jest tak poukładane, że mogę mieszkać, gdzie chcę. Mentalnie najbliżej mi do polskiej wsi. Mieszkam teraz niemal w lesie. I tam czuję się najlepiej.

Oskar Maya

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje