Nie muszę się podobać

Jego dziewczyna może być spokojna. Muzyk jest odporny na zachwyty fanek i nie marzy o sławie Justina Biebera. A nad sylwetką wcale nie pracuje z próżności...

Oskar Maya: Chwilę temu przed salą treningową "Tańca z gwiazdami" minęliśmy rozemocjonowane fanki Dawida Kwiatkowskiego. Ty też masz takie wielbicielki...

Reklama

Rafał Brzozowski: - Owszem, grałem koncert w galerii handlowej i po występie ochrona musiała mnie dosłownie wyprowadzać. Tłum wybiegł za mną na ulicę i nie pozwolił przejechać samochodem. Oczywiście to jest bardzo miłe, ale staram się nie wchodzić w zbyt bliską interakcję z fanami. Zresztą nie jestem taki jak Dawid Kwiatkowski.

To znaczy?

- Nie jestem internetowym idolem. Zawsze zakładałem, że moja kariera będzie się opierała na muzyce. To prawda, że adresuję ją do kobiet i jeżeli one na mnie czasami reagują, to znaczy, że przemawiają do nich moje teksty i muzyka. Oczywiście Internet daje potężną siłę - najlepszym przykładem jest Justin Bieber, którego kariera rozwinęła się głównie dzięki sieci. Jednak kiedy obserwuję, co się z nim teraz dzieje, widzę, jakie niebezpieczeństwa niesie ze sobą zbyt szybki sukces. Te tysiące dziewczynek, które płaczą z twojego powodu - można od tego sfiksować... Pojawiają się różne pokusy.

I problemy w życiu osobistym. Gdy twoja kariera przyspieszyła, rozstałeś się z dziewczyną.

- Tak, mija już rok. Małgosia była nie tylko moją partnerką, ale także menedżerką. Zaczęliśmy więc przynosić problemy zawodowe do domu i rozwaliło się nam życie prywatne. Teraz znowu mam dziewczynę - Anię. Zobaczymy, dokąd uda nam się razem dojść.

Ania nie jest zazdrosna o fanki?

- Podchodzi do tego na luzie. Ania jest wicemiss świata studentek, a kiedy kobieta jest dowartościowana, takie sytuacje jak tłum wrzeszczących fanek traktuje z przymrużeniem oka. Zresztą ja też mam do tego dystans.

Może dlatego, że nie osiągnąłeś sukcesu tak szybko jak Bieber czy Kwiatkowski.

 - I za to dziękuję Bogu, bo pewnie także mógłbym "odjechać". W takim świecie szybko przecież pojawiają się wódeczka, różne używki i dziewczyny. Owszem, ja także to poznałem, bo prowadziłem kiedyś bardziej rozrywkowe życie. Ale wiem, że używki nie są dla mnie. Papierosów nie palę, na alkohol reaguję źle. W trasie zamiast wylegiwać się z piwem w busie, wolę rano pobiegać albo pójść do hotelowej siłowni. Pokaż mi drugiego takiego rockmana (śmiech).

Dbasz o wygląd.

- Zawsze podkreślam, że nigdy nie ćwiczyłem na siłowni tylko po to, aby się podobać paniom i świecić przed nimi gołą klatą! Robiłem to, aby wygrać zawody. Byłem zawodowym sportowcem, trenowałem zapasy. Moja muskulatura to efekt żmudnej pracy na siłowni, a nie wynik próżności. Mam za sobą wiele ciężkich walk na macie, kontuzje, złamania, naciągnięcia.

Śpiewający zapaśnik? To nietypowe...

- Pewnie dlatego, że jestem zodiakalnym Bliźniakiem. Mam dwie osobowości. Jedna z nich bardzo kocha muzykę. Od dziecka brałem lekcje fortepianu, byłem zafascynowany instrumentami klawiszowymi. Druga pasja to sport. Ojciec był zapaśnikiem, brat też w to poszedł, mama uczy WF-u. W moim życiu raz przewagę zdobywał sport, a za chwilę muzyka. Kiedy dostałem się na AWF, do akademika zabrałem ze sobą gitarę i grałem dla kolegów. Pod koniec studiów zdobyłem brązowy medal w Akademickich Mistrzostwach Polski, jeździłem na obozy kadry makroregionu. A jednocześnie zarabiałem, śpiewając. I to w różnych miejscach. 

Robiłeś czasem chałtury?

- Chałtura jest wtedy, kiedy nie wkładasz serca w to, co robisz. Ja zawsze starałem się występować na sto procent. Jako piętnastolatek po raz pierwszy zagrałem w klubie garnizonowym z chłopakami z zespołu wojskowego. Kiedy odszedł wokalista, wziąłem się za mikrofon. Oczywiście wtedy tylko wydawało mi się, że potrafię śpiewać (śmiech).

Wesela też zaliczyłeś?

- No pewnie! I wcale się tego nie wstydzę. Nowy Dwór Mazowiecki, skąd pochodzę, jest fajny, jednak to naprawdę małe miasteczko, więc zdarzało mi się tam grać wszystko. Mam świadomość, ale i satysfakcję, że zaczynałem od samego dołu. Grałem zarówno na potańcówkach w remizie, jak i na wielkich balach w pałacach polskich milionerów, gdzie można było spotkać znanych polityków. Dzięki temu mam teraz doświadczenie i umiejętność natychmiastowego złapania kontaktu z publicznością.

Jak z remizy trafia się do telewizji?

- Jestem ambitnym chłopakiem. Kiedy dowiedziałem się, że mam możliwość wystąpienia w "Szansie na sukces", powiedziałem: "Wygram ten program". Co prawda nie wygrałem, ale dostałem wyróżnienie i rozdzwoniły się telefony z propozycjami. Najpierw jednak wysłano mnie do nauczyciela śpiewu. Wiesz, zapaśnicy nie są przyzwyczajeni do oddychania przeponą. Wtedy byłem solidnie "dopakowany". Ważyłem sto kilogramów, moje ciało nie było przygotowane do śpiewania.

Nauczyciel śpiewu nie zdziwił się, kiedy do niego przyszedłeś?

- Nie... Okazało się, że mam talent. I to nawet do śpiewania operowego, o czym nie miałem pojęcia! Kilka razy wykonałem arię i wiem, że mógłbym pójść w tym kierunku. Śpiewanie operowe jednak nie bardzo mnie interesowało.

Co na to wszystko koledzy zapaśnicy?

- Oni są moimi najwierniejszymi fanami! Przynajmniej dwa razy w roku gram dla nich koncerty. To są moi przyjaciele, więc nie wyobrażam sobie, żebym nagle zerwał z tym środowiskiem.

Podobno byłeś też ochroniarzem.

- Tak. Jeszcze podczas studiów w ten sposób dorabiałem sobie wieczorami. Stałem "na bramce". Pracowałem w największych klubach i dyskotekach w Warszawie: w Organzie, Ground Zero, Labo. Razem ze mną stali bokserzy, rugbiści, zapaśnicy - wielu z nich to utytułowani sportowcy. Niektórzy z tych chłopaków nadal tam stoją, często już 15 lat.

Tobie udało się pójść dalej.

- Do przodu zawsze pchała mnie ambicja. Mimo że często słyszałem od tzw. fachowców: "To nie dla ciebie, przecież nie potrafisz śpiewać!". Najczęściej mówili tak różni chałturnicy, którzy nawet nie marzyli o zawodowym śpiewaniu. Na szczęście sport nauczył mnie jednej rzeczy: nawet kiedy przegrasz, to jedziesz na kolejne zawody i próbujesz dalej.

Nie wszystkim udaje się tak jak tobie.

- Miałem szczęście. Dzięki różnym znajomym spotykałem ludzi, którzy chcieli mi pomagać. Tak właśnie trafiłem do De Mono. Ale od samego początku wiele osób próbowało mnie szufladkować. Kiedyś Marek Sierocki powiedział, że nie nadaję się do rockowej kapeli, bo wyglądam jak z boysbandu. Niedawno go spotkałem i przypomniałem mu te słowa.

Ale z De Mono bardzo szybko zdecydowałeś się odejść.

- Wywiązał się ostry spór o nazwę zespołu między Markiem Kościkiewiczem a Andrzejem Krzywym. Nie chciałem w tym uczestniczyć i postanowiłem znowu zacząć od zera. Wziąłem kredyt w banku. Te sto tysięcy zainwestowałem w solową płytę, trochę pieniędzy pożyczył mi też brat. Wiem, że sporo ryzykowałem. Na szczęście wytwórnia, do której zaniosłem płytę, uznała, że jestem interesujący. W tym samym czasie dostałem też propozycję udziału w programie "The Voice of Poland". Przyznaję, że start mi niezbyt wyszedł. Źle wybrałem piosenkę i od razu spotkałem się z falą internetowej krytyki.

Co ci zarzucano?

- Czytałem na przykład, że "era śpiewających Kenów już minęła". Albo że jestem "zarozumiały, zapatrzony w lustro". To nie było miłe. Zacisnąłem zęby i postanowiłem udowodnić, ile jestem wart. I dzisiaj przychodzą maile z przeprosinami od fanów!






Dowiedz się więcej na temat: Rafał Brzozowski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje