Nie udało mi się kochać całe życie

Historia życia Beaty Tyszkiewicz (70) brzmi jak bajka. Jest w niej pałac, wspaniali mężczyźni i sukcesy. Ale też bieda, złośliwe dzieci i dwóje na świadectwie.

Urodziła sie na rok przed wojną i była ostatnim dzieckiem, które przyszło na świat w pałacu w Wilanowie. Był on wtedy własnością hrabiostwa Adama i Beaty Branickich. Imię dostała właśnie w podziękowaniu dla hrabiny za okazaną jej rodzinie gościnność.

Reklama

Kiedy wybuchła wojna, mała Beatka trafiła z matką najpierw do Krakowa, potem do Bierutowic. "Naszym majątkiem była tylko kołdra. Z liści rzodkiewek robiło się "szpinak", dziurawe rajstopki albo się cerowało, albo pruło, żeby cerować te dziurawe. Każdy sznureczek był zwijany, każdy papierek składany. Zostało mi to do dziś", opowiada z uśmiechem. W szkole podstawowej w Karpaczu dzieci przezywały ją "hłabianka", bo nie wymawiała "r". Szybko musiała się tego nauczyć.

Po przeprowadzce do Lasek trafiła do warszawskiego gimnazjum. Wtedy zgłosiła się na przesłuchania do roli Klary w filmowej adaptacji "Zemsty" Fredry w reżyserii Antoniego Bohdziewicza. Ale po pierwszych zdjęciach próbnych usłyszała, że się nie nadaje. Dopiero drugie podejście zakończyło się sukcesem. Mając niespełna 17 lat, została aktorką. "Oceny w szkole miałam tragiczne", przyznaje. Na jej świadectwie widniało jedenaście (!) dwój. Matka wysłała ją więc do Gimnazjum Sióstr Niepokalanek w Szymanowie.

Beata dotrwała tam wprawdzie do matury, ale podczas egzaminu dała o sobie znać jej przekorna natura. "Dostałam temat z satyry i komedii osiemnastego wieku, ale na wstępie wypracowania pozwoliłam sobie zauważyć, że w owych czasach społeczeństwo nie czytało, więc temat jest niewłaściwy. Dopiero dalej napisałam o bajkach Krasickiego. Efekt - ocena niedostateczna! Nie mieli poczucia humoru. Byłam załamana, bo juz złożyłam dokumenty na weterynarie, a bez matury mogłam o niej zapomnieć", wspomina. Antoni Bohdziewicz oznajmił, że powinna iść do szkoły teatralnej i koniec. Musiała do tego zdobyć zezwolenie z Ministerstwa Kultury i Sztuki na uzupełnienie matury w dalszym terminie. "Nie dali mi go", wspomina Tyszkiewicz. Za radą mamy dotąd siedziała na ministerialnym korytarzu, aż pozwolono jej zdawać na studia. Przed komisją wyrecytowała "Do biedronki przyszedł żuk" Brzechwy i się dostała.

Dodatkową maturę wyznaczono jej w terminie, w którym eksternistycznie zdawali milicjanci. "Wszyscy dostaliśmy tematy razem z odpowiedziami", przyznaje po latach. Nie postudiowała jednak długo w szkole teatralnej, jedynie rok. "Poszłam na przedstawienie, na którym był tez znany mi krytyk Jan Kott. Zaproponował mi miejsce koło siebie, ale nagle okazało sie, że jest zajęte. Klapnęłam mu więc na kolanach, żeby nie robić zamieszania, bo światło już zgasło. Następnego dnia zaprosił mnie do gabinetu rektor, który też był na przedstawieniu i widział całą scenę. "Nie tędy droga, moja panno", usłyszałam. Tak się skończyła moja szkoła teatralna", opowiada Tyszkiewicz. A swoją karierę podsumowuje jednym zdaniem: "Aktorzy to grają w teatrze, ja sie po prostu wśród nich obracałam".

Więcej informacji znajdziesz w najnowszym numerze magazynu o gwiazdach "Show" - w sprzedaży od 8 grudnia!

Dowiedz się więcej na temat: matura | kochać

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje