Stworzyć szczęściu dom

Śpiewanie zawsze dawało jej dużą radość, ale największą siłę w życiu artystki stanowiła rodzina. Założyła ją na mocnym fundamencie i wiary w dobroć drugiego człowieka.

Człowiek jest tylko człowiekiem, dlatego warto prosić w życiu o pomoc siłę wyższą. Trzeba próbować być szczęśliwym i stworzyć szczęściu taki dom, by nie włóczyło się gdzieś po świecie - radzi Danuta Błażejczyk (63), piosenkarka.

Reklama

Chętnie udziela się charytatywnie, organizuje koncerty na oddziałach onkologicznych szpitali, zbiera pieniądze na rzecz zdolnych, lecz biednych dzieci. Bo jej zdaniem człowiek jest tyle wart, ile daje innym. Taką mądrość zawdzięcza mamie, która też miała pasje społecznikowskie.

Dzieciństwo spędziła w Puławach. Mieszkała z rodzicami i młodszą siostrą blisko pięknego parku Czartoryskich. Tam mieściło się przedszkole w którym pracowała jej mama. Rodzice wszystko starali się robić razem. Ojciec prał, gotował, spędzał czas z córkami. Uważał, że jeśli pomoże żonie, wtedy zostanie im więcej czasu na wspólne przyjemności. - Wiele lat po ślubie potrafił spontanicznie przytulić mamę i porwać ją do tańca - wspomina Danuta Błażejczyk.

To po ojcu odziedziczyła talent muzyczny, a po dziadku patriotyzm i antykomunistyczne poglądy. Dziadek walczył wojnie z bolszewikami w 1920 roku. Jego rodzina straciła majątek koło Stanisławowa, nigdy się z tym nie pogodził i często groźnie powtarzał: "Na Moskala!", choć w sumie był łagodnym człowiekiem. Mimo podeszłego wieku, na spacerach z babcią trzymali się za ręce. Był dumny z wnuczek.

- Rodzice nie zabraniali nam marzyć - podkreśla piosenkarka. Cieszyli się, że śpiewa, ale naciskali, by miała konkretny zawód. Zdecydowała się pójść na filologię rosyjską. Mama pozwalała córkom przyprowadzać przyjaciół do domu. Chciała wiedzieć z kim się spotykają.

Danusia śpiewała w młodzieżowym zespole "31 mil", gdzie poznała Andrzeja Błażejczyka. - On pierwszy wiedział, że będziemy razem. Kiedyś, gdy byli u mnie koledzy z zespołu, mama weszła do pokoju i powiedziała: Danusia, już drugi raz ci mówię, żebyś wyniosła śmieci. Kto cię będzie chciał za żonę, jak ty nawet śmieci nie wyniesiesz? A Andrzej na to: Ja, pani Cichowska. I wykrakał - śmieje się Danuta Błażejczyk.

W tym roku obchodzą z mężem 40-lecie małżeństwa. Danuta mówi o mężu mówi w samych superlatywach, bo potrafi ją rozbroić swoim poczuciem humoru. A ona temperament ma niezły, potrafi wybuchnąć jak wulkan. Nauczył ją jednak, że nie warto marnować czasu na dąsy. - Żyliśmy na luzie. Nie powinno się dawać komuś całego siebie, nie wolno zapominać o sobie samym. Może to jeden z dobrych sposób na bycie razem? - zastanawia się pani Danuta.

Przez 15 lat byli małżeństwem bez dziecka. Gdy urodziła się ich jedyna córka Karolina, nie przerwała pracy. Zabierali córkę w trasy, a ona nieźle to znosiła. W rodzinnym gronie zawsze siadali razem do posiłków. Jeśli jedno było w trasie, drugie siadało z dzieckiem do stołu. Nigdy nie włączali wtedy muzyki, żeby nic ich przy rozmowie nie rozpraszało. Gdy córka była starsza, zostawała w domu z dziadkami. Kilka tygodni samodzielnie prowadziła im dom, kiedy się rozchorowali. Była wtedy w gimnazjum.

Dziś pracuje w korporacji, ale często śpiewa z mamą na scenie. Rodzice najbardziej się cieszą z tego, że wychowali wartościowego człowieka. Nigdy niczego córce nie narzucali - Nieważne, ile razy się przewrócimy, ale ile razy się podniesiemy - to nasza rodzinna dewiza - podkreśla Danuta Błażejczyk. Siłę, optymizm czerpie z wiary w Boga. - Nie wiem, kim bym była bez niej, to ona nadaje sens wszystkiemu - mówi z powagą. Uważa, że wiara nie ogranicza, lecz daje wolność. Trzeba ją pokazać innym czynami, nie wolno nikogo zmuszać.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje