Szymon Hołownia: Życie może kosztować dwa złote

Widział, jak umierają dzieci. Wie, że do ich uratowania wystarczyłoby parę złotych. Dlatego jeździ do Afryki i działa, by powstrzymać pochód śmierci.

Udział w telewizyjnych show zyskał mu wielką sympatię ludzi. On wykorzystuje to w zbożnym celu - by zdobywać środki na pomoc afrykańskim dzieciom z sierocińca prowadzonego przez polskie siostry w Kasisi w Zambii.

Reklama

Magda Zdort: Praca w telewizji pomaga w akcjach charytatywnych?

Szymon Hołownia: - Bardzo. Poza tym bardzo lubię te wygłupy z Marcinem Prokopem. Dzięki telewizji i książkom docieram do ludzi, mogę także finansowo udźwignąć pewne rzeczy, na przykład latam za swoje pieniądze do Afryki, kupuję część rzeczy potrzebnych siostrom misjonarkom.

Bał pan Afryki?

- Siostry tak mnie nastraszyły wizją malarii, kąsających węży, że wziąłem wszystkie możliwe szczepienia, telefony satelitarne, ubezpieczenia, słowem szykowałem się jak na śmierć, z czego dzisiaj się śmieję. Problemem jest brak stałego dostępu do wody. Chodzę się myć do domu jezuitów, bo w jeziorze obok są groźne bakterie i krokodyl.

Proszę opowiedzieć co właściwie pan tam robi?

- Od ponad 80 lat w Kasisi polskie misjonarki prowadzą sierociniec. Spotkałem tam ludzi tak nieprawdopodobnie kochających siebie nawzajem i tak bardzo dobrze - w sensie duchowym - żyjących, że natychmiast chciałem zacząć coś dla nich robić. Jeszcze niedawno siostry stały przed dramatycznymi wyborami: czy kupić dzieciom jedzenie, czy leki. Biednie tam było, że aż piszczało. Ilość zgonów dzieci była obłędna - dziecko przyjmowano do sierocińca i za chwilę umierało. Chcemy ten pochód śmierci zatrzymać. Chcemy pomóc nie jakiejś tam Afryce, tylko Johnowi, Klotyldzie i innym ludziom. Takim samym jak my, ale żyjącym w gorszych warunkach.

W Polsce też jest bieda...

- Wiem. Tylko w Polsce bieda oznacza większe kłopoty, a w Afryce oznacza po prostu śmierć. Jeżeli ktoś chce przeznaczyć na pomoc bliźniemu 10 zł, to podzielmy to. Wezmę od niego 2 zł, by pozostałe 8 zł mógł przeznaczyć na walkę z ubóstwem w Polsce.

Co można zrobić za 2 złote?

- Za 2 złote mogę uratować życie, bo tyle kosztuje wizyta u lekarza w szpitalu w Kongo. 30 zł to koszt worka z krwią, który trzeba kupić, by zrobić transfuzję dziecku z malarią mózgową. Takich dzieci przynoszą nam kilka tysięcy rocznie. Jeśli szybko nie dostaną leków, to umrą. W Kabudze zało żyliśmy prąd na sali operacyjnej. Wyremontowaliśmy sierociniec w Kasisi, kupiliśmy ambulans, fundujemy porody, pieluchy, mamy adopcję serca [darczyńca deklaruje stałe wpłaty na potrzeby konkretnego dziecka - przyp. red.] 

Był Ppn świadkiem śmierci?

- Tak, także najdramatyczniejszych, kiedy odchodzą dzieci. Najgorsza jest bezsilność, kiedy ktoś przy tobie umiera, a nie ty możesz mu pomóc. Ostatnio w ciągu trzech dni zmarły przy mnie trzy osoby, tak dzień po dniu. W hospicjach, szpitalach trzeba nauczyć się, że czasem trzeba powiedzieć sobie: dla tego człowieka zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy w tych warunkach, że teraz on musi odejść. Tak czasem trzeba. Pacjenci są tam wdzięczni, że ostatnie godziny życia mogli spędzić godnie, w łóżku, z opieką pielęgniarską... 

Wszystkim pan nie pomoże...

- Wiem, ale też nie jestem od zbawienia świata, tylko od pomocy temu, którego spotkam. Moja wiara domaga się ode mnie, by być dobrym.

Robi to pan dla Pana Boga?

- Pracuję dla tych ludzi, ale Pan Bóg jest w każdym z nich. Ja pracuję dla dzieci Pana Boga, jestem taką opiekunką do jego dzieci. Napisałem 12 książek o Panu Bogu, a nigdy nie nauczyłem się o nim tak dużo, jak przez trzy lata w Afryce. Tam widać, że Ewangelia to niesienie dobrej wiadomości ludziom w potrzebie.

Przeniesie się pan do Zambii?

- Kocham Afrykę, jeżdżę tam kilka razy w roku. Mnóstwo rzeczy mnie zachwyca, ale to nie jest mój świat, nie moja kultura. Afryka jest moim domem, ale tym drugim. To nigdy nie będzie moja Ojczyzna. Oddycham językiem polskim, naszym krajobrazem, tu jest mój dom.

Ma pan jakieś plany w Polsce?

- Publicystyką się już zmęczyłem. Wiem, jakie argumenty padną, kto co powie - szkoda na to czasu. Teraz, by móc pomagać, chcę zbierać nakrętki. Zdałem sobie sprawę, że je wyrzucam, a np. hospicjum Małego Księcia w Lublinie z tych nakrętek żyje. Chcę też zorganizować zbieranie jednogroszówek. Z drugiej strony kiedy mam wykłady, spotkania autorskie, to myślę sobie, że to jest ten moment, w którym powinienem zrobić show kaznodziejskie. Tak, jak to się robi na Zachodzie. Będę jeździł po Polsce i gadał do ludzi. A widzę, że oni chcą tego słuchać, bo wiara jest dla nich ważna. Chcę to zrobić jeszcze w tym roku. Będę chodził po scenie i opowiadał o Bogu: jak wiara wygląda w miejscach, w których byłem, skąd czerpać siłę. Niech się śmieją, wytykają palcami, a ja taki cykl spotkań chcę zrobić.


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje