Czas na arktycznego dorsza walentynkowego

Walentynki tuż, tuż, zatem czas na arktycznego dorsza walentynkowego. Dorastająca w zimnych głębinach basenu Morza Barentsa ryba, zwana jest po norwesku "skrei". Jest do zdobycia tylko w zimie - od stycznia do kwietnia. Wiedzą o tym potomkowie Wikingów...

Ryba zwana jest również dorszem wędrownym, bo w wieku 5-6 lat, po osiągnięciu dojrzałości, ogromne ławice skrei wracają zimą z lodowatych wód Morza Barentsa na swoje pierwotne tarliska - tam, gdzie się urodziły.

Reklama

Płyną w stronę Lofotów, by w ocieplonych Golfsztromem wodach fiordów złożyć ikrę. W jednym sezonie składa od 2,5 do 5 mln jajeczek ikry.

Północna Norwegia to jedyne miejsce na świecie, w którym dorsze te występują. Około 40 procent z nich zostaje złowionych w okolicach Lofotów i sąsiadującym z nimi archipelagiem Vesteralen, choć wiele skrei dociera dużo dalej na południe - aż do Haugesund. Ostatnią okazją do połowów jest czas ich powrotu na północ - w kwietniu, po odbyciu tarła.

Ze względu na wielki wysiłek, jaki podejmują w celu odbycia godów i na czas, kiedy tego dokonują, przez niektórych ryba ta zwana jest także "dorszem walentynkowym". Zresztą - idealnie nadaje się na walentynkowy stół, a trafia do najlepszych restauracji na świecie.

Skrei uznawany jest za najlepszy rodzaj dorsza na świecie. Pod wpływem swej długiej, liczącej 600-1000 km wędrówki, w trakcie, której bardzo dobrze się odżywia, jego delikatne i białe mięso staje się umięśnione i jędrne, co wpływa na walory smakowe.

Jest nie tylko smakowitą, ale i zdrową rybą, w dodatku - niskokaloryczną, choć bogatą w białko. Zawiera dużo potasu, selenu, jodu, a przede wszystkim kwasów tłuszczowych - Omega3. Norwegowie, a szczególnie mieszkańcy północnych rejonów kraju - jedzą te rybne przysmaki, na co dzień.

Einar Gabrielsen z Kjeldeboten, położonego nad Ostfiordem, vis a vis lotniska Narvik-Harstat, łowi je regularnie. Co roku o tej samej porze czeka na sygnał od swych "informatorów", a kiedy tylko otrzyma sms z wiadomością "już płyną!" - ma kilka dni, by zebrać ekipę, spakować na swój mały jacht sprzęt i popłynąć w stronę Lodingen - położonego na północ od Lofotów. W ciągu jednego dnia łapie tyle skrei, że wystarcza ich na cały rok.

Wypatroszone, charakterystyczne tusze filetowanych dorszy nazywanych po norwesku "torrfisk" (z niem. sztokfisz) zwisają spod szerokiego dachu jego drewnianego domu. Zanim pod koniec kwietnia zjawią się tu muchy i insekty - suche i twarde tusze ryb będą nie do ruszenia. To stary sposób konserwacji ryb, który przed wiekami pozwolił wikingom przemieszczać się na duże odległości. Innym sposobem jest suszenie dorszy mocno osolonych, noszą one wtedy nazwę klippfisk.

Jak zatem przyrządzić najlepszego na świecie dorsza - "skrei"? Najlepszy sposób jest banalnie prosty: trzeba wziąć ziele angielskie, liście laurowe, jedną cebulę pokrojoną w duże kawałki, nieco soli - i to wszystko - do osolonej wody wkładamy przyprawy i dorsza.

Cała tajemnica kulinarnego sukcesu polega na tym, by nie gotować go w temperaturze wrzenia wody (100 st. C) ale w temperaturze około 75 - 80 st. C. Wtedy zachowuje on pełny bukiet smakowy. Dodatkowo można przygotować delikatną wątróbkę dorsza - w wodzie z cebulką, trzeba tylko ją nieco dłużej dusić. Potrawę podajemy z gotowanymi "w mundurkach" kartoflami - palce lizać!

Skrei norweski należy do największej populacji dorsza na świecie. Choć w samej Norwegii poławia się go rocznie ok. 420 tys. ton, jak dotąd jego zasobom nic nie zagraża. Co roku, dla amatorów połowów tej ryby organizowane są wyprawy wędkarskie - w rejon Lofotów.

Poza granice Norwegii można wywieźć legalnie tylko 15 kg zamrożonych lub suszonych filetów ryb. (PAP Life)

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje