Przemytnicy marchewki, groszku i soczewicy

O tym jak wprowadzić zdrowe składniki do codziennego menu, o wegetariańskiej diecie dla dziecka i o tym czy smak jest ważniejszy niż kolor z Moniką Mrozowską i jej mężem Maciejem Szaciłło - autorami książki kulinarnej "Przemytnicy marchewki, groszku i soczewicy" - rozmawia Ewa Pawełczyk.

Ewa Pawełczyk, INTERIA.PL: Skąd wziął się pomysł na powstanie książki "Przemytnicy marchewki, groszku i soczewicy"?
Maciej Szaciłło: Często gościliśmy znajomych, którzy byli zachwyceni naszymi pomysłami kulinarnymi. Przez to zaczęliśmy wymyślać różne ciekawe potrawy i zapisywać wszystkie przepisy w zeszycie. Jak zapisaliśmy już cały zeszyt i zaczęliśmy zapisywać następny, to stwierdziliśmy, że może coś z tym warto zrobić.

Reklama

W międzyczasie poznaliśmy bardzo fajną parę, która nas zainspirowała do tego, żeby wydać książkę. Oni też wydali książkę i powiedzieli nam, że to jest bardzo proste, że we wszystkim nam pomogą. To dzięki ich inspiracji postanowiliśmy to zrobić.

Skąd się brały te przepisy - wszystkie są wasze własne czy tylko przez was przetestowane i zgromadzone?
M. Sz.: Jeżeli chodzi o mnie to bardzo lubię się inspirować kulinarnie różnymi smakami. Kiedy jestem gdzieś i widzę, że w danej kulturze, w danym regionie, jest fajne zestawienie smakowe, to zapamiętuję i wykorzystuję w formie nieco bardziej skomplikowanej. To trochę tak jak didżej miksuje muzykę z różnych części świata, tak, wydaje mi się, i my trochę pracujemy. Wtedy to jest bardzo, bardzo rozwijające. Powstają nasze nowe pomysły autorskie, nowe smaki.

Monika Mrozowska: To jest tak, że w tej naszej książce znalazły się też przepisy gdzieś tam pozbierane od znajomych, ale to zawsze ma jakąś naszą wartość dodaną. Nigdy nie jest tak "zerżnięte" od A do Z, tylko w jakiś sposób zmodyfikowane.

A skąd wziął się tytuł książki?
M. M.: Długo zastanawialiśmy się nad tytułem, ale w pewnym momencie dotarło do nas, że tak naprawdę najbardziej zależy nam na tym, żeby przekonać ludzi, rodziców szczególnie, że dzieciom można w fajny sposób przemycać różne rzeczy, za którymi one nie przepadają i że można te rzeczy przemycać nie tylko dzieciom, ale też w swoich domowych, rodzinnych posiłkach.

My z Maćkiem staramy się jeść to samo co nasza córka Karolina - nie ma takiej opcji, że u Karoliny na talerzu ląduje jakaś breja, a my mamy super wykwintny posiłek i ona musi coś jeść, bo to jest zdrowe, a my możemy jeść coś, co jest po prostu smaczne. Chcieliśmy przekonać ludzi, że można przemycić sobie w posiłkach różne zdrowe składniki, a przy okazji można mieć fajne, ładnie wyglądające i naprawdę smaczne danie.

Czyli ten wygląd potrawy jest niemal tak samo ważny jak jej smak.
M. M.: To nie jest sztuka zrobić coś, co będzie tylko zdrowe, bo to chyba każdy potrafi, ale żeby przy okazji nam to smakowało, a nie, przy każdym następnym kęsie rosło w buzi.

M. S.: Dla dzieci ważny jest też wygląd i konsystencja danej potrawy, sporo czasu poświęciliśmy, by te potrawy zrobić tak, by pasowały dzieciom. Tak naprawdę głównym naszym sędzią była nasza córka. Wydaje mi się, że ona jest bardzo wybrednym i rygorystycznym krytykiem i od razu mówi to, co myśli, jak jej coś nie smakuje albo nie odpowiada.

Dla dzieci smak jest gdzieś na dalszym miejscu, na pierwszym planie jest konsystencja i wygląd. Najpierw dziecko patrzy jak wygląda potrawa, czy np. jest zielona albo czy nie ma koloru buraków. Jeżeli jest zielone albo koloru buraków, to w przypadku Karoliny, to duży problem. Od razu mówi, że nie będzie tego jadła. I nawet nie chce próbować. Także nad tymi rzeczami trzeba pracować. Wydaje mi się, że to nie jest tak, że rodzice mogą się trzymać w stu procentach tego, co napisaliśmy w naszej książce, bo każde dziecko jest inne, ale chcieliśmy ich zainspirować do tego, żeby sami zaczęli próbować, kombinować w kuchni, łączyć różne rzeczy i odkrywać smaki które pasują dzieciom.

Jesteście wegetarianami i Karolina też jest wegetarianką od urodzenia. Skąd ta decyzja?
M.M.: U mnie taka decyzja zapadła jakieś osiem-dziewięć lat temu , u Maćka dużo wcześniej, pewnie z szesnaście-siedemnaście lat temu. Stało się to z różnych powodów, ale w związku z tym, że się spotkaliśmy i urodziła się Karolina, to łatwiej było wspólnie podjąć decyzję, że Karolina też w ten sposób będzie się odżywiać. Jeżeli będzie duża i jeżeli będzie miała z kolei ochotę dokonać jakiegoś innego wyboru - proszę bardzo, ale my chcemy pokazać jej, że w ten sposób też można się fajnie odżywiać, najprościej mówiąc, nie krzywdząc dziecka.

Nie spotykacie się z krytyką, zarzutami, że nieodpowiednio dbacie o rozwój dziecka?
M.M. Spotykaliśmy się kiedyś częściej, teraz wydaje mi się, że przed krytyką chroni nas jej wygląd, jej aktywność. Dzieciom na diecie wegetariańskiej często zarzuca się, że będą się gorzej uczyć, są mniej elokwentne, że nie mają energii - wydaje mi się, że tych głosów w stosunku do nas jest już coraz mniej, ponieważ każdy widzi, jak Karolina funkcjonuje i że jest dzieckiem mega energicznym. Teraz całe szczęście coraz mniej osób używa takich argumentów , chociaż oczywiście zdarzają się w dalszym ciągu.

M. S.: Patrzę na babcię Moniki, która wychowała się na poglądzie, że cukier krzepi a słodycze to super rzecz. Ona też zaczyna zmieniać światopogląd. Patrząc na Karolinę już przestaje zarzucać nam, że my nie podajemy jej mięsa, a sama zaczyna się interesować naszymi przepisami.

M. M.: Zawsze jak do nas przyjeżdża, to pyta, czy coś nowego ugotowaliśmy, bo chciałaby spróbować, zawsze jej wszystko bardzo smakuje. Jeżeli moją babcię udało nam się przekonać, to wydaje mi się, z całą resztą będzie jeszcze łatwiej, bo to jest osoba o dość skonkretyzowanych poglądach.

M.S.: Ona teraz patrzy na Karolinę i mówi, jak ona urosła, jak ona zdrowo wygląda, jakie ona ma piękne włosy, jakie ona ma czyste oczy. Tak naprawdę zdrowie dziecka można szybko określić na podstawie wyglądu. Są dzieci które mają siny kolor cery, taki blady, podkrążone oczy i są apatyczne - takim dzieciom po prostu brakuje witamin.

Babcia Moniki uważała, że cukier krzepi, a jaki jest teraz w waszej rodzinie stosunek do łakoci?

M.S.: Zawsze nas denerwowało, że słodycze, które można dostać w cukierni, są robione bardzo często z chemikaliów, że są tam dodawane środki konserwujące, taki tort może stać dwa tygodnie i wygląda dokładnie tak samo, bo ma w sobie sztuczne barwniki i aromaty. A przecież można używać zdrowych składników...

M.M.: Np. cukier nierafinowany, mąka z pełnego przemiału... To nie musi smakować jak pasza dla konia, ale może być efektowne, bardzo eleganckie i bardzo smaczne. I ma mieć jeszcze jedną naczelną cechę - być również zdrowe. Bo ludziom się wydaje, że słodkie rzeczy są niezdrowe.

Zaczęliśmy już pracę nad następną książką. To będzie tym razem książka z samymi słodyczami, ale w zupełnie innym klimacie niż przemytnicy, będzie bardziej zmysłowo, kobieco, to będzie trochę na zasadzie takiego jing jang w kuchni.

Chcemy pokazać, że okej - wiadomo, że słodycze to nie jest coś, co ma nam zastąpić obiad, tylko to jest coś, co należy jeść na deser. Ale też nie podoba nam się mania wszelkich diet i zakazywania wszystkiego, a później suplementowania jakimiś pastylkami.

Rozmawiała Ewa Pawełczyk

Dowiedz się więcej na temat: kolor | cukier | smaczne | słodycze | smak | książki | wygląd | potrawy | rzeczy | przemytnicy

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje