Dom z drewna, drzwi z ryżowego papieru

O swojej fascynacji japońską estetyką i architekturą opowiada krakowski architekt Krzysztof Ingarden, twórca projektu Centrum Kultury i Sztuki Japońskiej Manghha oraz współtwórca polskiego pawilonu EXPO Japonia 2005.

Japończycy wygrywają wszystko, co jest do wygrania w konkursach architektonicznych na całym świecie. Skąd, Pana zdaniem, bierze się ten "renesans Dalekiego Wschodu"?

Reklama

Zachwyt japońską architekturą nie jest zupełnie nowym zjawiskiem. Europa, a szczególnie Francja, ale i Polska przeżywały fascynacje Japonią już kilkakrotnie. W drugiej połowie XIX w., po rewolucji Meidżi, kiedy Japonia otworzyła się po prawie trzech wiekach na świat, do Europy zaczęła docierać masowo japońska sztuka, głównie drzeworyty. Reakcją na to były różnej skali japonizmy w sztuce. Dalekowschodnią sztuką zachwycali się impresjoniści, w Polsce postimpresjoniści i koloryści z kręgu krakowskiej akademii.

Jeśli chodzi o modę na architekturę japońską u nas, to należy wspomnieć, że i w Japonii istniało i nadal istnieje równoległe zapatrzenie w architekturę zagraniczną. Do dziś można oglądać w Tokio okazałe budowle będące imitacją dziewiętnastowiecznej architektury amerykańskiej, niemieckiej, czy angielskiej, zupełnie zresztą niepasujące do japońskiego kontekstu. Od lat w Japonii obecni byli najznakomitsi architekci zagraniczni, jak Frank L. Wright, Cesar Pelli, P. Stark, Mario Botta, Herzog & Meuron, Peter Esenmann, Aldo Rossi i wielu innych, budujących architektoniczne broszki w wielu japońskich miastach.

Do nas natomiast dociera też tylko fragmentaryczny i powierzchowny obraz japońskiej architektury. Obraz wykreowany przez media, odarty z codzienności i historii. Otóż japońska architektura zawsze była nietrwała, niska, budowana skromnie, głównie z drewna. Nawet teraz takie miasto jak Tokio ma średnią wysokość budynków nie przekraczającą dwóch kondygnacji. Taka architektoniczna "codzienność" nie miała szansy podbić świata. Sądzę, że to, czym Japonia fascynuje Zachód, to coś, co kryje się za architekturą i sztuką. To inna tradycja dostrzegania przestrzeni w jakiej człowiek żyje, inna tradycja pojmowania czasu i istoty człowieka w świecie, co ma bezpośrednie przełożenie na estetykę japońską.

Człowiek jest jedynie drobną cząstką pojawiającą się na moment w rzece czasu, jak powiada poeta Komo no Chomei. Naturalną koleją losu jest to, że życie człowieka, jak i innych stworzeń przemija, i ta nieuchronność dotyczy także architektury. Budynki mają swój czas, swoje życie, potem ich "ciało" umiera. Można je odbudować w tej samej formie, ale z nowego materiału. Materiału nie konserwuje się jak u nas. Architektura japońska to architektura sensualna i można powiedzieć "egzystencjalna". Jest to jednym z podstawowych powodów jej atrakcyjności w świecie kultury zachodniej.

A stąd w takim razie wzięła się u Pana fascynacja zawodowa Dalekim Wschodem?

Ona pochodzi jeszcze z okresu studiów architektonicznych w Krakowie. Po pierwszym roku miałem okazję pojechać do Japonii i przez parę miesięcy zwiedzać ją. Widziałem Sapporo, Hokkaido, Honshiu, Shikoku, Kiashiu. Przejechałem przez ten kraj, zwiedzając architekturę współczesną i historyczną. Byłem nią szczerze zachwycony. Postanowiłem, że kiedyś tam jeszcze wrócę. Pod koniec studiów udało mi się zdobyć stypendium Ministerstwa Edukacji Japonii i wyjechałem na studia doktoranckie do School of Art and Design w Tsukuba University. Na tej uczelni spędziłem dwa lata. Następnie pracowałem już w Tokio. Kontakty z Japonią utrzymuję do dziś, czyli od przeszło 25 lat. Otworzyłem w Polsce własne biuro architektoniczne. Pierwsze trzy projekty powstały przy współpracy właśnie z japońskimi architektami.

Taka kooperacja to wciąż rzadkość w Polsce. Architektura japońska jest nadal bardzo egzotyczna...

To prawda. Niewielu jest w Polsce architektów współpracujących z architektami japońskimi. Jednak uważam, że tych kontaktów indywidualnych w ostatnich latach przybywa.

Słyszałam opinię pewnego warszawskiego architekta, że nawiązywanie do japońskich wzorców budowlanych mija się w Polsce z celem, nie tylko ze względu na duże różnice kulturowe, ale także z powodu innego klimatu. Zgadza się Pan z opinią kolegi?

I tak, i nie. Można się zgodzić z ta opinią, jeśli się mówi o dosłownym przenoszeniu japońskich rozwiązań do naszych warunków. Klimat Japonii jest inny od naszego, inaczej wygląda codzienne życie w Japonii, inne są tradycje spędzania wolnego czasu. Inaczej jada się posiłki, inaczej śpi - na matach tatami (maty ze słomy ryżowej lub sitowia igusa - red.), na które rozkłada się futon (rodzaj materaca). Wiadomo, że wszyscy Japończycy wychowani są w tej tradycji i czują się dobrze śpiąc na tatmi, lub siedząc w pozycji seiza (z podkurczonymi nogami - red.). Natomiast zmuszanie kogoś w Polsce do tego, by żył bez krzeseł i stołu, to nieporozumienie.

Oczywiście są wyjątki - osoby, które są zafascynowane Japonią i świadomie wybierają ten styl mieszkania i życia. Budują sobie w domu japońską łazienkę (o-furo), sprowadzają tatami itd... Są to najczęściej osoby, które doświadczyły życia w Japonii.

Które z elementów japońskiej architektury nadają się do wykorzystania w naszych warunkach?

Myślę, że przede wszystkim jest to pewna oszczędność w operowaniu materiałem oraz używanie materiałów naturalnych takimi, jakimi stworzyła je natura. Poza tym istotne jest dostrzeżenie w tej architekturze niepowtarzalnej estetyki, prostoty, ulotności, nieagresywnej kompozycji i nietrwałości, czy nawet smutku przemijania. Te cechy zawarte są w materiałach. Stare drewno jest więc spękane, wyblakłe lub sczerniałe od słońca. To swoiste piękno, które u nas nie jest jeszcze doceniane czy dostrzegane. Przez szerokie spektrum na pewno nie.

Ale do Pana pracowni co jakiś czas trafiają klienci, którzy są bardzo zainteresowani tą dalekowschodnią powściągliwością...

To prawda. Zgłaszają się entuzjaści Japonii, japońskie firmy, również osoby prywatne, które znają ten kraj z własnych doświadczeń, podróży. Mają ochotę otaczania się japońskimi przedmiotami i przestrzenią w tym stylu. Zwiększone zainteresowanie wynika z tego, że nasze społeczeństwo zaczyna podróżować i interesować nawet tak dalekimi krajami, jak Japonia.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Katarzyna Bartman

Krzysztof Ingarden

Urodził się w 1957 r. we Wrocławiu. W 1982 r. ukończył Wydział Architektury Politechniki Krakowskiej, odbył staż doktorancki w School of Art and Design w Tsukuba University w Japonii. Pracował w tak renomowanych biurach jak Isozaki w Tokio, czy J.S. Poschek & Partners w Nowym Jorku. Od 2003 r. jest profesorem i prodziekanem Wydziału Architektury i Sztuk Pięknych w Krakowskiej Szkole Wyższej. Wraz z Jackiem Ewy prowadzi biuro architektoniczne Ingarden & Ewy, Architekci. Pełni też funkcję Generalnego Konsula Honorowego Japonii w Krakowie.

Tekst pochodzi z gazety

Dowiedz się więcej na temat: tokio | architektura | Japonia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje