Gotowanie to moja wielka pasja

Moda na gotowanie trwa. Wiemy coś o tym - do naszej redakcji przychodzą setki przepisów od Czytelniczek. Poprosiliśmy, by opowiedziały nam o swojej kulinarnej przygodzie.

Czasem wstaję w nocy, żeby... coś ugotować

Małgorzata Kwiatkowska (28 l.) z Krapkowic w kuchni eksperymentuje i przełamuje stereotypy. Gotowanie jest dla niej sztuką, ale i sposobem na wyciszenie się po dniu intensywnej w pracy.

Reklama

Do gotowania ma podejście artystyczne. Twierdzi, że to sztuka, która ma stymulować wszystkie zmysły. W jej klimatycznej kuchni centralne miejsce zajmuje efektowna kolekcja przedwojennych talerzy i starodawny durszlak po babci. A wśród aromatycznych ziół - Małgosia. W szpilkach i zmysłowej sukience. Czerwone paznokcie, usta podkreślone szminką... Prawdziwa seksbomba!

Kocham tradycję, ale w nowym wydaniu

- Lubię wychodzić poza schemat. Również taki, który każe myśleć, że kobieta przy garnkach jest nieatrakcyjna, zmęczona i nudna. Gdy gotuję, jestem perfekcjonistką. Ważne są dla mnie szczegóły. Ładna musi być nie tylko potrawa, ale i sposób jej podania. No i ja sama - tłumaczy.

- Nie boję się eksperymentów. Na ostatnią Wielkanoc przygotowałam mazurek, ale polukrowany na fioletowo i ozdobiony... świeżymi fiołkami! Lubię nowinki, ale cenię także tradycję. Moja gęś faszerowana w sosie z jarzębiny zajęła pierwsze miejsce w konkursie i została dodana do oficjalnego menu warszawskiej restauracji "Halka"! - Małgorzata nie kryje dumy.

Swoje kuchenne rewolucje opisuje na blogu: "Bon Appétit Małgorzaty". - Dwa lata temu z powodu kontuzji musiałam porzucić ukochane jeździectwo, więc szukałam innego hobby. Postanowiłam spisać swoje przepisy kulinarne i stworzyć własną książkę w formie bloga. Wtedy myślałam, że jestem bardzo oryginalna, nie wiedziałam, że takich blogów są setki... - śmieje się Małgosia.

- Zamieszczam tam zazwyczaj przepisy na sezonowe dania. Na letnie upały: chłodniki - z jajkiem, dla wielbicieli tradycji, i z małżami, dla fanów ekstrawagancji. Są też potrawy, które darzę specjalnym sentymentem, np. zapiekane ziemniaki ze szpinakiem i boczkiem, które przygotowałam na swoją pierwszą randkę.

- Lubię dzielić się wiedzą i pomysłami. Jestem np. pewna, że większość gospodyń robi doskonałą zupę szczawiową, ale może nie wiedzą, że będzie jeszcze lepsza po dodaniu do niej... pokrzywy! Moim ostatnim odkryciem są jadalne rośliny. Pesto z czosnku niedźwiedziego, risotto z jarmużem... Poznałam je na "warsztatach chwastolubnych".

- Jeśli coś ciekawego zobaczę, od razu muszę wypróbować! Po przyjeździe z Grecji raczyłam wszystkich gołąbkami w liściach winogron, po warsztatach z sushi serwowałam znajomym przysmaki kuchni azjatyckiej. Niedługo jadę w podróż życia, do mekki arcydzieł kulinarnych - Włoch. Nie mogę się już doczekać! - mówi z entuzjazmem.

Na co dzień Małgorzata pracuje w urzędzie. Spędza długie godziny przed komputerem. Ale jest też menedżerem lokalnej kawiarni. - Kiedy mam czas na gotowanie? Wieczorami. Wkraczam do kuchni, gdy wokół panuje cisza i spokój, i przygotowuję to, na co mam właśnie ochotę. Potrafię wstać o trzeciej w nocy i ugotować coś pysznego!

Moja specjalność to kuchnia „jak u mamy”

Aneta Matusik (31 l.) z Popielarni talent kulinarny odziedziczyła w genach. Choć gotowaniem zajęła się dopiero po ślubie, dziś wygrywa w konkursach, a jej specjalność to tradycyjne polskie dania.

Metodą prób i błędów tworzyła kolejne dania. - Były mniej lub bardziej jadalne - wspomina. - Na szczęście mąż, wygłodniały po kilkunastu godzinach pracy, i tak wszystko zmiatał z talerza. W chwilach wątpliwości radziłam się mamy, ale ona wszystkiego dodawała "na oko". "Czego brakuje?" - pytałam. "No, przecież od razu widać, że oleju!", "Ile dodać?", "Jak to ile?! Na oko!" - słyszałam w odpowiedzi. I lałam bez opamiętania - wspomina Aneta.

- Z czasem szło mi coraz lepiej. Kiedy pojawiły się dzieci, skupiłam się na tym, żeby moja kuchnia była jak najzdrowsza. Im więcej wiedziałam o gotowaniu, tym większą sprawiało mi przyjemność - wyznaje.

Dziś Aneta rodzinne tradycje kulinarne utrzymuje na najwyższym poziomie. Startuje w rozmaitych kulinarnych konkursach, zdobywa nagrody. - Dzięki temu mam już dwa roboty kuchenne, przybory do grilla, kilka pięknie wydanych książek. Ostatnio za wykonanie wielkanocnego mazurka dostałam halogenowy opiekacz! Fakt, że mazurek wyglądał jak z reklamy, nie mogłam się napatrzeć... Mama też była ze mnie dumna: "Ależ go wspaniale udekorowałaś". Tylko mąż miał zawiedzioną minę: "Wszystko pięknie, ale z czego tu się cieszyć, przecież i tak zjedzą go obcy...".

- Co jest moją kulinarną specjalnością? Tradycyjna polska kuchnia. Mając małe dzieci i nie za dużo czasu, wybieram sprawdzone, szybkie w przygotowaniu potrawy. Ostatnio na stole króluje rosół, klopsiki i młoda kapusta. Jemy też dużo owoców i warzyw - wymienia Aneta. - Wszystko tu mamy ekologiczne, swoje. Mieszkamy w małej wsi pod Żyrardowem. Obok domu ogród, sad... Dla mnie, ceniącej sobie spokój, bliskie więzi rodzinne i kontakt z naturą to najlepsze pod słońcem miejsce do życia!

- W święta czy weekendy nasz dom wypełnia się ludźmi. Przychodzą obie siostry z mężami i dziećmi. Razem gotujemy, a potem siadamy do stołu i rozmawiamy. Kilka dni temu nasi mężowie wyjechali wspólnie na ryby. Nagle telefon: "Dziewczyny, wracamy, bo tutaj leje. Zrobimy szybkiego grilla. Naszykujcie coś dobrego". Sklepy zamknięte, co robić? Połączyłyśmy wszystko, co miałyśmy w lodówkach, doprawiłyśmy i wyszła królewska uczta.

W kuchni każdy ma swoje zadanie

Siostrzana współpraca przy gotowaniu okazuje się bezcenna zwłaszcza w okresie przedświątecznym. - Wtedy nasze domy zamieniają się niemal w małe fabryki spożywcze. Wszyscy lubimy jeść, więc na święta przygotowujemy dużo przysmaków. Co roku obowiązuje podział prac. Ja specjalizuję się w pierogach, mama w bigosie i barszczu, jedna siostra w rybach, a druga w sałatkach. W takich chwilach nie wyobrażam sobie, jak mogłabym żyć gdzieś w mieście, z dala od rodziny! - tłumaczy Aneta. - Na co dzień dzielę dom z rodzicami. Wiele osób bardzo się dziwi, jak jedna kuchnia może pomieścić dwie gospodynie, ale u nas to bardzo dobrze działa.

- Mamy trochę odmienne smaki, więc staramy się nie wchodzić sobie w drogę. Wystarczy dobra organizacja i chęć porozumienia się, a wszystko idzie jak po maśle. Tak jak na przykład dzisiaj. Rano uzgodniłyśmy, że mama zrobi flaczki dla całej rodziny, a ja zrewanżuję się schabowymi roladkami i faworkami na deser. W ich przygotowaniu asystował mi 7-letni syn Piotruś. Zawsze jest chętny do pomocy w kuchni. Choć jest jeszcze mały, dzielnie wałkował ciasto, wycinał paseczki, a później posypywał je cukrem pudrem. Myślę, że odziedziczył kucharskie geny naszej rodziny i ma spore szanse, by kontynuować tradycję...

- Czy mam jakieś inne pasje oprócz gotowania? Jak najbardziej! Namiętnie czytam książki. Ostatnio wróciłam do klasyki kryminałów. Skomplikowane łamigłówki, nieodgadnione sprawy - detektywistyczne zagadki zawsze działały na moją wyobraźnię. No i prawda jest taka, że od dzieciństwa marzyłam o pracy w policji. Miałam tam nawet praktyki po studiach pedagogicznych. Dziś na razie skupiłam się na wychowywaniu dzieci, ale niedługo czeka mnie powrót do pracy. Kto wie, może wreszcie spełni się moje marzenie i trafię do komisariatu - śmieje się Aneta. - Ale moje serce i tak pozostanie w kuchni. Tu czuję się najlepiej!

Pokochałam gotowanie, kiedy... byłam na diecie!

Justyna Golarz (29 l.) z Dąbrowy jeszcze niedawno walczyła z otyłością. By móc urodzić dziecko, zmieniła nawyki żywieniowe i schudła... 50 kg! Dziś jest specjalistką od zdrowej kuchni i idealnej sylwetki.

- Moja przygoda z gotowaniem zaczęła się... od odchudzania - śmieje się Justyna. - Jeszcze kilka lat temu ważyłam bardzo dużo. Ile? Nie powiem, nie zdradziłam tego nawet mężowi! Była to poważna nadwaga, która niszczyła mi zdrowie. Nie potrafiłam się zmobilizować do odchudzania. Ale kiedy lekarz uświadomił mi, że otyłość uniemożliwia mi zajście w ciążę, zamykając drzwi jego gabinetu powiedziałam sobie, że właśnie rozpoczęła się moja dieta.

Schudłam 50 kg, mogłam zajść ciążę

Ta dieta była drakońska: maksimum tysiąc kalorii dziennie. - Każdego dnia kalkulowałam i odmierzałam, ile mogę zjeść. W porównaniu z tym, ile jadłam przedtem, była to porcja niemal głodowa! - wspomina Justyna. - Przez pierwsze trzy miesiące nie myślałam o niczym innym, tylko o tym, jak oszukać pusty żołądek. Na początku nawet nie siadałam do stołu z rodziną. Po prostu nie mogłam patrzeć, jak beztrosko nakładają sobie wielkie porcje ziemniaków okraszonych masłem i smażonego mięska, jak biorą dokładki, podczas gdy mój obiad mieścił się na połowie małego talerzyka!

- Chciałam nie tylko schudnąć, ale nauczyć się zdrowo jeść. Zaczęłam wertować książki, artykuły, śledzić programy na temat zdrowego żywienia. Porzuciłam stare przyzwyczajenia. Nie jadałam wysokokalorycznych potraw, całkowicie zrezygnowałam z cukru, na śniadanie otręby i płatki owsiane. Mięso przygotowywałam bez tłuszczu. Do tego mnóstwo warzyw i owoców - opowiada Justyna.

Myśl o dziecku i widok wskazówki na wadze, która z każdym miesiącem wędrowała w dół, dodawał jej sił. - Chudłam z dnia na dzień, w okolicy krążyły nawet plotki, że poddałam się operacji zmniejszenia żołądka. Inni z kolei twierdzili, że jestem ciężko chora. Nie przejmowałam się, miałam swój cel i tylko to było ważne. Po 9 miesiącach straciłam 50 kg! Byłam naprawdę z siebie dumna! I tak zaczęła się moja fascynacja zdrowym jedzeniem, która szczęśliwie trwa do dzisiaj.

Po roku diety organizm Justyny zaczął funkcjonować poprawnie. Zniknęły problemy ze zdrowiem i w końcu przyszła upragniona ciąża. - Czułam ogromną radość, choć bałam się, że niechciane kilogramy wrócą z nawiązką. Bardzo się pilnowałam, żeby do tego nie dopuścić. Wbrew staremu porzekadłu, że w ciąży trzeba koniecznie jeść "za dwoje", ja jadłam "dla dwojga". Dzięki temu rozwój córeczki pod moim sercem przebiegał harmonijnie i prawidłowo. A ja przez cały okres ciąży przytyłam tylko kilka kilogramów!

Kocham zdrowe jedzenie i... ciasta

Dobre nawyki żywieniowe przejęli także najbliżsi Justyny. Mąż razem z nią ogląda programy o zdrowym jedzeniu, wczytuje się w etykiety na produktach i prowadzi aktywne życie. Jadłospis rocznej córeczki również składa się ze zdrowych posiłków. - Ola je w zasadzie to, co my, choć oczywiście dostosowuję potrawy do jej wieku i potrzeb. Przygotowując jej jedzenie, unikam nadmiaru soli, ostrych przypraw. Staram się karmić ją produktami, których pochodzenie znam i akceptuję. Jeśli rosół - to z wiejskiej kury, warzywa - z naszego ogródka, słodycze - jak najmniej.

- Na co dzień jadamy tradycyjnie. Ja co prawda przepadam za oryginalnymi połączeniami, na przykład lubię mięsa nadziewane słodkimi owocami, ale rodzina nie podziela tych upodobań. Więc gotuję dla nich klasyczne dania: ziemniaki, kotlecik, ryba, sałatka, na kolację kanapki. Staram się jednak unikać modyfikowanej żywności. Zależy mi,aby w przygotowanych przeze mnie daniach, było jak najmniej chemii.

Dziś Justyna już się nie odchudza, trzyma rękę na pulsie. - Pomagają mi zasady z czasów diety. Na przykład codziennie o tej samej porze wchodzę na wagę. Jeśli tylko wskazówka przesuwa się w niebezpiecznym kierunku, ograniczam jedzenie. Inną zasadę stosuję przy okazji świąt. By móc sobie w tym czasie pofolgować, przechodzę na dietę nie po świętach, jak robi to większość z nas, ale przed nimi. Wyrzuty sumienia wynikające z łakomstwa są o niebo mniejsze! Dodatkowo wszelkie potrawy ciężkostrawne i słodycze staram się jeść tylko do południa. W ciągu dnia łatwiej się je spala - tłumaczy.

- Mogłabym ważyć jeszcze mniej, gdyby nie pewna słabość. Jestem wprost uzależniona od ciast! Kocham je robić i... jeść. Na niedzielę piekę dwa lub trzy, bo nigdy nie mogę się zdecydować, na które mam właśnie ochotę. W ostatnie święta zrobiłam dziewięć! Mąż mówi, że następnym razem pewnie pobiję rekord i zrobię dziesięć lub więcej. To całkiem realne, zwłaszcza że znam ponad 200 przepisów! - śmieje się Justyna. - Chętnie dzielę się swoimi przepisami i mam wielką satysfakcję, gdy są doceniane. Ostatnio dostałam nagrodę za mój sernik z masą budyniową. Jest naprawdę bardzo, bardzo smaczny!

Uwielbiam wyzwania, w pracy i... w mojej kuchni

Renata Struska (39 l.), konsultantka Avon, lubi oglądać programy kulinarne, poznawać nowe smaki i testować je w kuchni. Koniecznie razem z rodziną!

- W tygodniu większość czasu spędzam w nieustannym biegu. Prowadzę aktywne życie - dużo pracuję, ale też spotykam się z przyjaciółmi, często jeżdżę na rowerze. Lubię, kiedy wokół mnie się dużo dzieje. Za to wieczory spędzam prawie zawsze z mężem i córką, w naszej domowej kuchni - opowiada Renata, z zawodu handlowiec i konsultantka firmy Avon, mama 17-letniej Oliwii. - To nasze ulubione miejsce w domu, a wspólne gotowanie i jedzenie to codzienny rytuał. Przy stole opowiadamy sobie, jak nam minął dzień, dzielimy się najważniejszymi sprawami, podejmujemy decyzje.

Lubię poznawać nowe smaki

- Nie jesteśmy przywiązani do jakiegoś konkretnego stylu gotowania, lubimy i kuchnię domową, i egzotyczną. Warunek jest jeden: musi być mięso! - kontynuuje Renata. - Wszyscy za nim przepadamy, więc na stole królują gulasze, szaszłyki, pieczenie... Ale staramy się też, żeby było zdrowo, więc do obiadu nigdy nie może zabraknąć surówki ze świeżych warzyw.

- Pomysły czerpię z programów kulinarnych, których jestem prawdziwą fanką. Czy mam swojego guru? Niejednego! Gordon Ramsay, Jamie Olivier, Magda Gessler, Ewa Wachowicz... Są dla mnie prawdziwą inspiracją. Za to w dzieciństwie moim kulinarnym mistrzem był tata. To on nauczył mnie przyrządzać kotlety na niedzielny obiad! Wiele lat spędził na Węgrzech, przywoził stamtąd przepisy na nieznane nam wcześniej pikantne, pachnące papryką dania. Do dziś mam ogromny sentyment do placków z aromatycznym gulaszem, więc co jakiś czas przedpołudnie mija mi na tarciu niezliczonych kilogramów ziemniaków. Na szczęście mąż też je lubi i mi pomaga.

- Pomysły na nowe dania i smaki przywożę też z naszych podróży. Ostatnio przywiozłam całą torbę aromatycznych przypraw z Egiptu - rozmaitych pieprzów, kurkumy, a wśród nich drogocenny szafran. Przepadam za jego wyrazistym smakiem, więc dodaję go do czego tylko się da - do mięs, sałatek, a nawet do zup - opowiada Renata. - Cała nasza rodzina przepada też za słodkościami, mam więc kilka szybkich sprawdzonych przepisów na pyszne ciasteczka i muffiny. Zawsze piekę ich więcej, żeby móc poczęstować moje przyjaciółki i klientki. Siadamy sobie przy kawie i pysznym ciastku, i rozmawiamy o różnych kobiecych sprawach, o kosmetykach, dbaniu o siebie, o modzie...

- Spędzanie czasu z rodziną odpręża mnie i pozwala "naładować baterie". Razem gotujemy, jemy, ale też razem spalamy kalorie i dbamy o zdrowie. Latem jeździmy na rowerach, często też odwiedzamy pobliski park linowy. Zimą próbujemy sił na lodowisku albo podróżujemy do ciepłych krajów. Jesteśmy miłośnikami nurkowania, dlatego często jeździmy na wycieczki do Egiptu i Turcji.

Dla mnie to więcej niż praca

- Tak naprawdę nie moglibyśmy realizować naszych pasji, gdyby nie moja kariera w Avon. Od 17 lat mam tam możliwość uzyskania dodatkowych pieniędzy na spełnianie marzeń. A oprócz tego jestem osobą, która lubi wyzwania. Cieszy mnie kontakt z ludźmi i bycie w centrum wydarzeń - tłumaczy Renata.

- W trakcie rozmaitych imprez organizowanych przez Avon spotykam znane, inspirujące osoby, mocno zaangażowane w sprawy kobiet. Od kilku lat biorę udział w marszu Różowej Wstążki, imprezie propagującej walkę z rakiem piersi. Uważam, że to ważny problem.

- Niedawno osiągnęłam kolejny sukces! Za dobre wyniki w Avon otrzymałam premię i już wkrótce w moim grafiku będę musiała znaleźć czas na... remont kuchni. Mam już wszystko zaplanowane. Chcę, żeby była bardziej nowoczesna i funkcjonalna. To tu bije serce naszego domu!

Dorota Salus

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje