Kiedy waga staje się obsesją

Monika i Ula opowiedzą wam, jak udało im się zaakceptować własne ciało, pogodzić się ze zbędnymi (lub nie) kilogramami w świecie, w którym wszyscy chcą być szczupli za wszelką cenę i uparcie sądzą, że chude = piękne!

Unikałam chłopców, bo uważałam, ze jestem za gruba. Monika, 19 lat

Monika uważała się za otyłą, choć tak naprawdę miała tylko ładnie zaokrąglone kształty. Na szczęście po kilku latach ciągłego liczenia kalorii, dzięki swemu chłopakowi uwierzyła, że jest atrakcyjna!

Reklama

Zaczęłam zwracać uwagę na kilogramy, gdy byłam w ostatniej klasie gimnazjum. Wydawało mi się, że jestem brzydka i mniej pociągająca od innych dziewczyn. Ważyłam wtedy 69 kg (przy 1,74 m wzrostu) i czułam się z tym źle. Szczególnie wstydziłam się wielkich piersi i naprawdę solidnych pośladków. Bardzo chciałam wyglądać jak modelka, podobać się facetom.

Ale to, co widziałam w lustrze, było dalekie od ideału. A na dodatek moja mama, która jest bardzo szczupła, ciągle powtarzała, że jak będę gruba, to nigdy nie znajdę chłopaka.

To mnie dobijało. Nie widziałam przed sobą żadnych szans na szczęśliwe życie i znalezienie faceta. Jedyną przyjemnością, jaka mi pozostała, było jedzenie. Jadłam coraz więcej, katując się myślami, że utyję, a im częściej tak myślałam, tym więcej pochłaniałam jedzenia. W ten sposób osiągnęłam 75 kilogramów.

Jedzenie stało się moją obsesją. A waga rosła w zastraszającym tempie... Przez pewien czas próbowałam kamuflażu: nosiłam bardzo luźne ubrania, wielkie bluzy i bojówki. Raczej mało sexy styl, ale przekonałam sama siebie, że to nie ma dla mnie znaczenia. Byłam w kiepskim stanie psychicznym, nie miałam ochoty nigdzie wychodzić.

Siedziałam w domu i dołowałam się, porównując moje wielkie pośladki ze zgrabnymi pupami szczupłych koleżanek.

Byłam święcie przekonana, że wszyscy widzą i komentują moją tuszę i że nikt nie będzie chciał zadawać się z takim hipopotamem jak ja. Nawet zwykła koleżeńska rozmowa z chłopakiem wydawała mi się niemożliwa, a pocałunki, przytulanie się? Wiedziałam, że ja tego nie zaznam... Byłam na maksa zablokowana.

Unikałam WF-u i wszelkich ćwiczeń, nie chodziłam do klubów ani na dyskoteki. Na plaży (mieszkam nad morzem), nigdy się nie rozbierałam. Jak tylko jakiś facet chciał ze mną porozmawiać, na wszelki wypadek od razu go atakowałam. Zachowywałam się agresywnie, przekonana o tym, że wszyscy w duchu się ze mnie śmieją i uważają za serdel, który nawet nie ma chęci schudnąć.

W zeszłe wakacje poszłam do pracy

Sprzedawałam pamiątki turystom i jakoś żaden z nich nie skomentował mojego wyglądu. To mnie trochę odblokowało, poza tym wreszcie miałam jakieś zajęcie. Sama nie wiem kiedy, zjechałam do 65 kilogramów, ale to mnie nie zadowalało, nadal czułam się gruba. Wystarczyło jednak, bym znów odważyła się spróbować ubierać bardziej kobieco.

Niestety, nie było to łatwe. W sklepach znajdywałam jedynie spodnie w rozmiarach 34-38, z bardzo niską talią...

No i weszła moda na rurki, a żeby dobrze wyglądać w tym kroju, trzeba być chudym jak patyk! Doprowadziłam więc do perfekcji sztuczki na zredukowanie moich krągłości: nie jadłam nic aż do wieczora, by brzuch nie był wzdęty, a w ciągu dnia napinałam mięśnie, by go było mniej widać...

Zaczęłam spotykać się z chłopakami

Nie były to jednak dobre związki: uważałam, że robią mi łaskę i bałam się, że mnie rzucą, jeśli zacznę mieć własne zdanie, więc siedziałam cicho i zgadzałam się na złe traktowanie.

Pierwszy facet odwoływał SMS-em co drugie spotkanie (a ja zawsze przygotowywałam się na nie godzinami). Drugi publicznie komplementował szczupłe dziewczyny, mimo że w sytuacji sam na sam najwyraźniej był zachwycony moimi kształtami!

Wszyscy oni bawili się mną, a ja sądziłam, że przyczyną ich zachowania jest moja waga.

Wszystko się zmieniło, kiedy poznałam mojego obecnego chłopaka, Piotrka

On sprawił, że uwierzyłam w siebie i zobaczyłam, kim naprawdę jestem: miłą dziewczyną o pięknym, seksownym ciele. Całe szczęście, że go spotkałam, bo on odmienił moje życie. Jesteśmy razem od sześciu miesięcy, a Piotrek nie przestaje mi powtarzać, że zachwycam go taka, jaka jestem. Powoli uczę się odsłaniać przed nim moje fałdki bez wstydu.

Zrozumiałam, że nie mam żadnej nadwagi, a to, że moje ciało nie przypomina ciał wychudzonych modelek o chłopięcej budowie, wcale nie znaczy, że nie jest piękne. Piotrek zachęca mnie do noszenia ubrań, które podkreślają moje kształty.

Początkowo miałam pewne opory, ale teraz czuję się z tym wspaniale! Nareszcie bawię się modą: botki, mini, dekolty - próbuję wszystkiego! Efekty są super. Ciągle ktoś pyta mnie, czy jestem na diecie, bo ostatnio wyraźnie schudłam, a ja nie straciłam nawet jednego kilograma: po prostu teraz, ubierając się inaczej, pokazuję się ze swojej najlepszej strony.

Najważniejsze, że przychodzi mi to bez wysiłku: zaakceptowałam moje ciało i dzięki temu ono czyni mnie piękną. Zrozumiałam, że całe lata męczyłam się niepotrzebnie.

Nie ma sensu próbować za wszelką cenę wyglądać jak modelki z wybiegów i okładek kolorowych pism. Bo, po pierwsze, jesteś piękna, jeśli się taka czujesz. A po drugie, w realnym życiu chłopaków pociągają normalnie zbudowane dziewczyny, a nie wieszaki na ubrania!

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje