Halina Kunicka: Żałuję tylko jednego

Najpierw straciła ojca, potem jej mama omal nie trafiła do łagru. A jednak twierdzi, że miała wiele szczęścia w życiu. Żałuje jedynie, że nie doczekała się więcej dzieci. Przed premierą biografii artystki namówiliśmy ją na wspomnienia.

Ojca nie pamięta. Gdy widzieli się po raz ostatni, była maleńka. "Jako oficer Korpusu Ochrony Pogranicza, poszedł na wojnę i z niej nie wrócił", wspomina artystka w książce "Świat nie jest taki zły".

Reklama

Urodziła się we Lwowie, ale mieszkała z rodzicami w miejscowości Hoszcza. Zaraz po wybuchu wojny jej mama zdecydowała, że schronią się u ciotki we Lwowie. "Uciekałyśmy przez gęste lasy. Gdy w końcu do niej dotarłyśmy, ktoś doniósł do NKWD, że mama jest żoną oficera. Któregoś wieczoru po nią przyszli. Wrzucili ją do ciężarówki i chcieli wywieźć na Sybir. W drodze radziecki żołnierz zlitował się nad nią. Wypchnął z samochodu i krzyknął "Uciekaj!". Kilka dni później były już w drodze do Warszawy.

Tam zatrzymały się u przyjaciółki rodziny. Wkrótce okazało się, że mama Haliny jest chora na gruźlicę. Ponieważ nie miała komu powierzyć córeczki, oddała ją na czas leczenia do przytułku. "Bała się, że i ja się zarażę. Tak było bezpieczniej", tłumaczy dziś artystka. Pobytu w przytułku prawie nie pamięta. "Wiem tylko, że spędziłam tam kilka tygodni i że przez większość czasu płakałam. W końcu przyjechała po mnie ciocia i zabrała do swojego domu". Wkrótce dołączyła do niej ukochana mama. "Przez wiele lat tułałyśmy się po ludziach. Mieszkałyśmy w cudzych domach. A to w Grójcu, a to w miejscowości Radość, w której poszłam do szkoły. Po wojnie, kiedy mama ponownie wyszła za mąż, wreszcie zapuściłyśmy korzenie. Zamieszkałyśmy w Warszawie. Mój ojczym był wspaniałym człowiekiem. Mówiłam do niego "tato". Gdy w wieku 16 lat zdałam maturę i nie bardzo wiedziałam, co z sobą zrobić, podsunął mi pomysł, bym poszła w jego ślady i została adwokatem".

Zamiast prawnikiem Halina została jednak wielką gwiazdą. Kiedy była na trzecim roku studiów, mama zapisała ją na konkurs dla piosenkarzy amatorów. "U nas w domu zawsze dużo się śpiewało. Nigdy nie sądziłam, że wychodzi mi to jakoś pięknie. Zdziwiłam się więc, że w konkursie przechodziłam od etapu do etapu", mówi  artystka. Po konkursie Polskie Radio zorganizowało dla wyróżnionych studio piosenkarskie, w którym uczyli się dykcji i śpiewu. "To tam wypatrzyli mnie Jan Świąć i Zbyszek Kancler z kabaretu Pinezka, którzy występowali w modnej wówczas warszawskiej kawiarni Nowy Świat. Zaproponowali, żebym z nimi występowała. Tak się zaczęło", wspomina piosenkarka. Jej występy z Pinezką cieszyły się wielką popularnością. Podczas jednego z nich na widowni pojawił się znany dziennikarz radiowy, Lucjan Kydryński.

"Nie przypuszczałam, że ten człowiek będzie przez długie lata osobą mi najbliższą. I że będą to najwspanialsze, najpiękniejsze lata mojego życia", mówi Halina. Gdy się poznali, obydwoje byli w związkach. Kunicka miała męża. "Stanisław był dobry, opiekuńczy i inteligentny. A jednak poświęciłam małżeństwo, by być z Lucjanem. Zostawiliśmy dotychczasowe domy, każde z nas wyszło z jednym kubkiem. Ja miałam prawie 30 lat, Lucjan był dziewięć lat starszy", mówi.

Wkrótce Halina rozpoczęła karierę solową. Podróżowała po świecie z recitalami. Jej występy zawsze zapowiadał mąż. "Często pojawiałam się w programie "Muzyka lekka, łatwa i przyjemna", który prowadził Lucjan. Wtedy niewiele osób wiedziało, że jesteśmy razem. Któregoś wieczoru powiedział: "A dzisiaj Halina Kunicka nie wystąpi przed państwem, bo właśnie urodziła mi syna". Te słowa wywołały niebywałą aferę w całej Polsce", śmieje się artystka. Podobną burzę wywołała jej sesja zdjęciowa z 2-miesięcznym synem. "Jedyne, czego w życiu żałuję, to fakt, że nie miałam więcej dzieci. No ale na to już nic nie poradzę. Poza tym miałam i mam wspaniałe życie. Myślę, że jestem szczęściarą", mówi nam Halina Kunicka.

Justyna Kasprzak


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje