Mateusz Król: Jak został królem

Cała Polska zna już jego nazwisko dzięki „Koronie królów”. Serialowy Kazimierz Wielki o niezdanej maturze, pikantnych kulisach serialu i miłości.

Konsultantka scenariuszowa "Korony królów", Ilona Łepkowska, stwierdziła, że po premierze produkcji młodzi aktorzy nie mogli znieść presji i krytyki. Jak było w twoim przypadku?

Reklama

Mateusz Król: - Prawda wygląda nieco inaczej. Nie, nie jestem załamany. Mam sporo spraw, które zajmują moją głowę i duże poczucie własnej wartości. Ale obejrzałem pierwsze odcinki i gdybym wyszedł z siebie, popatrzył z boku, to bym sam siebie skrytykował.

Za co?

- Za brak wiarygodności. Początkowo trochę nie wiedziałem, co gram, w jakiej konwencji. Oglądam te odcinki, żeby zobaczyć, co zrobiłem dobrze, a co źle. Szkoda, że przez tempo nagrywania nie miałem okazji do weryfikacji przed emisją. Musiałem oglądać serial z milionami widzów. Tego, co zagrałem na początku, nie mogę już poprawić, ale to nauka na przyszłość. Warto siebie oglądać, i to naprawdę nie jest oznaką narcyzmu.

Jak wygląda życie aktora w telenoweli?

- O godzinie 6 rano przyjeżdża transport, więc wstaję o 5.40. Dwadzieścia minut wystarczy, żeby się wykąpać, ubrać i wyjść. Na planie idę do barobusu, gdzie jem śniadanie: jajecznica i kawa, do tego pieczywo i warzywa. Zapalam papierosa, wypijam kolejną kawę. Zakładam kostium z satyny albo lnu oraz nogawice i trzewiki. Charakteryzatorki doklejają mi brodę, wąs mam swój.

Nie musisz nosić koszmarnej peruki.

- Ale mam doczepioną treskę trzy centymetry nad uchem. Kiedy mnie umalują, schodzę na dół, podłączają mi mikroport, przegadujemy scenę i gramy. Czasem mam jedną scenę do zagrania, a czasem około siedmiu w ciągu dnia.

Po czymś takim masz prawo czuć się zmęczonym.

- Najbardziej męczy tyle warstw ubrania. Albo to, że podczas kręcenia scen w hali na Woronicza jest wiele świec, pochodni oraz nafta. Od tego dymu czasem boli głowa i gardło. Natomiast bardzo lubię dni plenerowe. Kręciliśmy teraz zdjęcia w Malborku, który na potrzeby "Korony królów" został Wyszehradem.

No tak, bo widzowie widzą te pseudokamienne ściany i jeden wawelski korytarz.

- Staramy się nie dotykać dekoracji i nie patrzeć na nie jak na styropian, tylko grać.

To radość, kiedy aktor ma sporo pracy i staje się coraz bardziej znany?

- Jeszcze nie jestem mocno rozpoznawalny. Na co dzień chodzę bez brody, tylko z prywatnym wąsem, więc do tej pory ze dwie osoby poprosiły o zdjęcie.

Twoja dziewczyna nie jest zazdrosna? Bywa przecież, że aktorzy ulegają pokusie przeniesienia bliskiej relacji z ekranu do życia.

- Moja dziewczyna jest aktorką, zna ten zawód bardzo dobrze. Obydwoje na planie wykonujemy swoją pracę. Poza tym zawsze można zrobić wszystko tak, żeby twoja druga połówka nie miała powodów do obaw, np. całować się z kimś technicznie. Są takie zadania aktorskie, których jeszcze nie doświadczyłem, i jak się pojawią, to wtedy będę o tym myślał.

Jesteś przygotowany na pikantne sceny?

- W przypadku tej produkcji jestem spokojny i mam ten komfort psychiczny, że nie muszę się tego obawiać, bo serial jest pokazywany dość wcześnie. Ale myślę, że nawet grając bardziej odważne sceny, da się zachować zdrowe relacje w życiu prywatnym. Jestem człowiekiem, który chce poważnie uprawiać ten zawód, i gdy trzeba będzie zagrać takie czy inne trudne sceny, nie zawaham się. Moja dziewczyna to zrozumie, jak wspomniałem, jest aktorką, ale przede wszystkim mamy do siebie zaufanie.

Czemu poszedłeś do szkoły filmowej?

- W liceum tak naprawdę nie wiedziałem, co chcę robić w życiu. Byłem nieśmiały, potrafiłem się jednak wygłupiać i rozśmieszać innych. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Matury nie zdałem, ale był rok 2007 i minister Giertych obdarzył mnie amnestią z jednego przedmiotu. W moim przypadku była to historia rozszerzona, mogłem nie zdać. Potem nie dostałem się do szkoły filmowej - odpadłem w ostatnim etapie, więc poszedłem do studium aktorskiego. Nie byłem gotowy. Byłem wtedy zupełnie innym człowiekiem, takim chłopcem, ponoć utalentowanym. Mój dyrektor Maciej Englert pięknie to określił: jestem człowiekiem, który uczy się jeździć na rowerze w lesie, a dopiero potem pokazuje, co potrafi. Za drugim razem dostałem się do szkoły na pierwszym miejscu. W szkole wszystko przychodziło mi łatwo, sprawnie wszystko zdawałem. Jednak, gdy już na poważnie wszedłem w życie zawodowe, zrozumiałem, że naprawdę trzeba się napracować, żeby były efekty, bo nikt mi nie poda roli na tacy. Więc spędzam jeszcze więcej czasu "w lesie".

Jak myślisz, na ile odcinków "Korony królów" się zapowiada?

- Kazimierz Wielki żył dość długo. Będzie czas na starszą odsłonę Kazimierza. Zakontraktowano sześćdziesiąt osiem odcinków pierwszego sezonu. To jest to, na co się zgodziłem. Nie wiem, czy przedłużę kontrakt na kolejny sezon. Rozmowy jeszcze się nie zaczęły. Teraz kończę to, co zacząłem.

Od czego to zależy? Tylko od pieniędzy? Czy także od jakości serialu?

- Ten serial jest machiną, w którą wkrada się czasem rutyna i bezmyślność. Mówię tu o sobie: nie mam czasem oddechu, żeby się zastanowić, pokombinować, jak tu zrobić coś lepiej i to mi doskwiera najbardziej. Wiele rzeczy robię na wyczucie. To taki produkt telewizyjny, który pędzi i już się nie zatrzyma. Oczywiście chciałbym zagrać dużą rolę filmową, to normalne, ale też nie mogę naiwnie liczyć na to, że gdy zrezygnuję, to posypią się inne propozycje. W mój zawód zawsze wpisana jest niepewność. Ale mam kilka rzeczy w zanadrzu. Przecież nie można się ograniczać do aktorstwa. Moją drugą pasją jest muzyka, w tym kierunku się też rozwijam. Pracuję nad jednym projektem, o którym mam nadzieję niedługo będzie głośno. Ale są też podróże, rodzina. To wszystko buduje mnie nie tylko jako człowieka, ale również jako aktora. Od tego zależy też jakość moich ról. Jestem szczęśliwym człowiekiem, szczęśliwie zakochanym, mam wokół siebie życzliwych ludzi i czuję, że okres po trzydziestce będzie dla mnie przełomowy.

Właśnie, oprócz tego, że masz talent aktorski, śpiewasz i grasz na gitarze.

- I sam piszę teksty. To piosenki o tym, co się wydarzało w moim życiu przez ostatni rok. Bo spotkałem kogoś tak niezwykłego i wspaniałego, kto mnie zainspirował. To piosenki miłosne.

Twoja dziewczyna ma córeczkę. Jak się sprawdzasz w roli jej opiekuna?

- Myślę, że tworzymy świetny team. Lea jest cudowną dziewczynką. Napisałem dla niej piosenkę, a ona jest moją największą fanką. Kiedy słyszy, jak ją gram, chodzi po domu i śpiewa. Zdarza nam się też razem rapować. Dla mnie to wielka radość, że ona mnie lubi i akceptuje. Gdyby tak nie było, miałbym problem.

Bierzesz pod uwagę pracę za granicą?

- Wielu aktorów startuje w castingach online. Raz spróbowałem, bezskutecznie. Ale jest to jest bardzo dobra metoda. Małgosia Adamska, reżyser castingów z ogromnym doświadczeniem, powiedziała mi, że widziała wielu wspaniałych aktorów, którzy błyszczą w teatrze i na ekranie, a na castingu jakby im ten wielki talent odjęło. Ten jeden strzał nie udaje się pod wpływem stresu. Często reżyserzy nie mają też możliwości, żeby aktorowi zaufać. Dlatego uważam, że self-tape jest fajną opcją, żeby pokazać, co się umie. Jest więcej czasu, żeby się przygotować.

Gdy już nagrasz piętnaście wersji, jesteś w stanie wyłonić najlepszą?

- Do piętnastej nie doszedłem. Najwyżej do siódmej...

Katarzyna Jaraczewska


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje