Cena za marzenia, czyli życie z kredytem

Pożyczkę bierzemy na lata. Bo chcemy zaspokoić palącą potrzebę albo zakosztować luksusu. Wtedy rzadko myślimy, że za wszystko trzeba zapłacić. A przecież finansowe zobowiązania mogą całkowicie zmienić nasze życie.

Pragnienia są po to, by je zaspokajać - tak przekonywano nas od lat. Po co czekać, skoro marzenia są na wyciągnięcie ręki? Okazaliśmy się optymistami: kredyty i pożyczki gotówkowe zaciągnęło ponad 30 proc. rodaków. Kiedy w latach 2006-2008 kurs franka szwajcarskiego był wyjątkowo niski, zadłużyła się rekordowa ilość Polaków. Niestety, czas boleśnie zweryfikował ten entuzjazm. Wartość zobowiązań osób, które wzięły kredyty we frankach, tylko w ciągu trzech lat wzrosła z 38 do 60 miliardów złotych. Musimy teraz nauczyć się żyć pod finansową presją.

Przyszłość widzieliśmy przez różowe okulary

Reklama

Weronika, 33 lata, nie stać jej na rozwód

Banki biły się o nas. Byliśmy dla nich wymarzonymi klientami: młodzi, bez dzieci, każde z niezłym dochodem - opowiada Weronika, uśmiechając się z goryczą. Siedem lat temu wzięła z mężem kredyt na mieszkanie w Warszawie. Pierwsze, ale od razu musiało być idealne. - Oboje zostaliśmy w stolicy po studiach, każde z nas miało za sobą gnieżdżenie się ze współlokatorami w tanich klitkach. Kiedy znaleźliśmy to słoneczne, przestronne poddasze, uwierzyliśmy, że będzie naszym rajem na ziemi. Remont nie był konieczny, ale chciałam przerobić łazienkę, wstawić kominek. Brak wkładu własnego nie był dla banków przeszkodą. Zaciągnęliśmy kredyt na 120 proc. wartości mieszkania we frankach szwajcarskich. Na 30 lat.

Muszę spłacać raty i basta!

Weronice i jej mężowi, Sebastianowi, który założył z kolegami firmę informatyczną, wydawało się wówczas, że ceny nieruchomości będą rosnąć w nieskończoność. Wysokość comiesięcznych rat, które przedstawił im doradca, nie przeraziła ich. 2700 złotych? Dadzą radę! - Patrzyliśmy na świat przez różowe okulary. Przez myśl nam nie przeszło, że warto rozważyć różne scenariusze - wspomina Weronika. Problemy zaczęły się, gdy ceny mieszkań zaczęły spadać. Potem wzrósł kurs franka, a z nim wysokość rat. I właśnie wtedy zlikwidowano firmę Weroniki. - Zostałam bez pracy. Wszystkie pieniądze pożerały opłaty i kredyt, czasem nie starczało już nawet na jedzenie. Stres nas dobijał. Zamiast rozmawiać, tylko warczeliśmy na siebie. W końcu znalazłam zajęcie, ale na umowę i za dużo mniejsze pieniądze. A gdy już myślałam, że powoli wychodzimy na prostą, mąż zakochał się w koleżance z pracy i zażądał rozwodu. Ale co z tego, skoro nas na to nie stać?

Wymarzone poddasze straciło na wartości aż o 30 proc. Mimo to Sebastian chce je sprzedać, a kredyt podzielić między siebie a żonę. Weronika nie jest jednak w stanie oddawać co miesiąc bankowi tysiąca złotych. - Muszę gdzieś mieszkać i coś jeść - tłumaczy. - Niestety, on nie idzie na żadne ustępstwa, raty mam spłacać po połowie i basta! Tylko że żaden bank nie udzieli mi pożyczki, to nie te czasy. Z idealnej klientki zmieniłam się w wyrzutka bez etatu. Od dwóch miesięcy nie spłacam swojej części, bo naprawdę nie mam z czego!

Rekordzista z Mazowsza

Dane są alarmujące: co czwarty Polak ma problemy z terminową spłatą kredytu. Kwota nieuregulowanych w terminie należności przekroczyła w tym roku 39 miliardów złotych. Kim jest typowy dłużnik? To mężczyzna, mieszka najczęściej w województwie śląskim lub mazowieckim. Ma 30-39 lat i winny jest bankowi, firmie telekomunikacyjnej lub firmom pożyczkowym średnio około 17 tysięcy złotych. Oficjalnie nie posiada również żadnych oszczędności. Nierzadko zdarzają się i tacy, którzy mają po dziesięć kredytów naraz. Niechlubny rekord należy do anonimowego mieszkańca Mazowsza winnego bankom 101 milionów złotych.

Z każdym rokiem jego zadłużenie powiększa się o 5 milionów. Część winy za obecną sytuację ponoszą banki, które w tłustych latach konkurowały o klientów, obniżając na wyścigi kryteria akceptacji wniosków. To z lat 2006-2008 pochodzi najwięcej niespłacalnych kredytów. Dane z późniejszych lat pokazują, że tylko co dwudziesty kredytobiorca spóźnia się z ratami. Co ciekawe, to ci, którzy zalegają z mniejszymi sumami, nieprzekraczającymi 5 tysięcy złotych, są najbardziej zestresowani swoją sytuacją i najchętniej współpracują z bankami w kwestii ich spłaty.

Mam do siebie pretensje o brak wyobraźni

Edyta, 26 lat, spłaca raty za sprzedany samochód

Edyta jeszcze na studiach zaczęła pracować w firmie PR jako specjalistka od kontaktów z mediami. - Kiedy dostałam etat, myślałam, że złapałam Pana Boga za nogi. Od dawna marzyłam o samochodzie, lecz udało mi się odłożyć tylko kilka tysięcy złotych. Ale z umową o pracę bank nie odmówi mi przecież pożyczki! Byłam gotowa podpisać cyrograf własną krwią, żeby wreszcie kupić auto. Oczywiście, miał być nowy, żaden przechodzony grat z drugiej ręki! - opowiada. Oferty kredytów długo porównywała w internecie. Liczyło się tylko jedno: jak najniższa rata. Obliczyła, że jeśli zaciśnie pasa, może sobie pozwolić na spłatę 900 złotych miesięcznie przez pięć lat. Będzie mogła częściej odwiedzać rodziców w Gorzowie. Precz ze śmierdzącymi autobusami i niepunktualnymi pociągami. Niech żyje wolność!

Zebrane oferty pokazała znajomemu prawnikowi. Zwrócił jej uwagę, że musi jeszcze wykupić ubezpieczenie i zapłacić za przyznanie kredytu. Radził, żeby dobrze się zastanowiła. Przy jej zarobkach prawie tysiąc złotych to spora kwota, a przez pięć lat wiele się może wydarzyć. Czy na pewno potrzebny jej nowy samochód, który traci na wartości natychmiast po opuszczeniu salonu? Czy wzięła pod uwagę, że wybrana przez nią marka na rynku wtórnym kosztuje o wiele mniej? Czy wie, ile tak naprawdę kosztuje utrzymanie samochodu? Ubezpieczenie niedoświadczonych kierowców to majątek, do tego dochodzi cena benzyny... - Ale ja go nie słuchałam - opowiada Edyta. - Byłam pewna, że podejmuję świetną decyzję. Wszystko obliczyłam co do grosza. Ale rację miał znajomy: powinnam być bardziej rozważna!

Chcę zacząć wszystko od nowa

Cztery miesiące po kupnie wymarzonego samochodu ktoś wjechał jej na światłach w bagażnik. Ubezpieczenie pokryło koszty naprawy, ale gdyby przyszło do sprzedaży, pojazd kwalifikowałby się jako powypadkowy. Edyta jeździła nim codziennie także w sprawach służbowych, lecz firma nie zwracała jej za paliwo. - Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby o to poprosić, dopóki nie zorientowałam się, że miesięcznie wydaję na benzynę prawie 400 złotych. Wtedy zapytałam szefa, czy zwróci mi te koszty, ale się nie zgodził. Gdy nadszedł czas odnowienia polisy OC i AC, musiałam pożyczyć pieniądze od rodziców. A potem straciłam pracę. Bank poszedł jej na rękę - zaproponował przedłużenie okresu spłaty pożyczki. Edyta przyjęła ofertę, po czym natychmiast sprzedała samochód: miał tylko dwa lata, był wciąż na gwarancji. Była szczęśliwa, że szybko znalazła kupca.

Zapłacił tylko połowę tego co ona - naprawy karoserii nie dało się ukryć. Pieniądze z transakcji przeznaczyła na spłatę części kredytu, ale wciąż jej dług wynosi 10 tysięcy. - Może dla niektórych to śmieszna suma, ale dla mnie - fortuna. Na razie pomagają mi rodzice. Mieszkam z koleżanką, zarabiam jako kelnerka w restauracji. Jej właściciel zapewnia nam wyżywienie, więc przynajmniej oszczędzam na jedzeniu. Ale nie ma dnia, żebym nie miała do siebie żalu za brak wyobraźni... Dwa tygodnie temu Edyta dostała propozycję pracy w Londynie. Koleżanka, recepcjonistka w dobrym hotelu, dała jej znać, że potrzebują ludzi. Edyta nie wahała się ani chwili. - Pojadę, choćby na pół roku. Przemieszkam u znajomych Polaków, spłacę wreszcie zobowiązania. A potem zacznę od nowa.

Ostatnia deska ratunku

Wielu Polaków, którzy nie mają szans na kredyt, nie chce odkładać na później planowanych zakupów. Ostatnią deską ratunku są dla nich pożyczki gotówkowe, które choć cieszą się złą sławą, wcale nie tracą na popularności. Niemal 34 proc. badanych przez TNS Polska uznało, że wolałoby je zaciągnąć, niż zrezygnować z inwestycji. Kredyty gotówkowe są oceniane przez potencjalnych klientów jako zbyt drogie, bo ich oprocentowanie może wynieść nawet 20 proc. Ale kuszą brakiem skomplikowanych formalności i wyśrubowanych kryteriów. Aby zaciągnąć taką pożyczkę, nie trzeba posiadać etatu i wykazać, że nie zalegamy ze spłatami w innych bankach. Co nimi finansujemy? Coraz częściej ludzie potrzebują dodatkowych pieniędzy nie tylko na wycieczkę do Egiptu albo zakup nowego auta. Powiększa się liczba tych, którzy zadłużają się, by spłacić bieżące zobowiązania: czynsz za mieszkanie, rachunki za energię, alimenty. Wbrew pozorom Polacy jako naród wcale nie mają niefrasobliwego stosunku do kredytów. W porównaniu z Amerykanami czy Włochami jesteśmy dużo bardziej ostrożni.

Mamy kłopot z zaciąganiem długoterminowych zobowiązań, niepewność i lęk spędzają nam sen z powiek. Najbardziej beztroscy w kwestii kredytów są trzydziestolatkowie i czterdziestolatkowie. Według socjologów wynika to z faktu, że zaczynali pracę zawodową w czasach względnego dobrobytu i swoją przyszłość widzą optymistycznie. Najbardziej nieufni są pięćdziesięciolatkowie, a także ludzie poniżej 30. roku życia. Ci pierwsi, z racji życiowego doświadczenia wiedzą, jak zmienne mogą być koleje losu, a poza tym zaspokoili już większość swych potrzeb. Ci drudzy borykają się z bezrobociem i bardziej niż materialne dobra cenią sobie wolność. To dla nich prawdziwy luksus

Odziedziczone długi odebrały mi sen i spokój

Marta, 45 lat, w spadku po matce został jej kredyt

Od śmierci mamy minął ponad rok, a Marta do dziś nie rozumie, jak mogła być tak naiwna, gdy przyszło do regulowania kwestii majątkowych. Z pozoru wszystko wyglądało niegroźnie. Ot, kilka nieskomplikowanych formalności. Była jedynaczką, jej ojciec umarł lata temu, rodzice mieszkali w lokalu kwaterunkowym. Dziś mówi, że pamięta, jak cztery lata temu dziwiła się, gdy mama zrobiła kosztowny generalny remont mieszkania. Skąd emerytowana pielęgniarka wzięła na to pieniądze? - Powiedziała mi, że ojciec zostawił oszczędności, które po kilku latach na lokacie urosły do znacznej sumy. Oczywiście, że uwierzyłam jej! Cieszyłam się, że może mieć wymarzoną białą kuchnię, nowe podłogi, łazienkę jak w dobrym hotelu. Matka, niestety, nie przyznała się Marcie, że na wszystko wzięła wysokooprocentowane kredyty gotówkowe. Już po roku, gdy nagle zaczęły się jej kłopoty ze zdrowiem, przestała je spłacać.

Teraz córka musi oddać bankom 30 tysięcy złotych. - Spadek przyjęłam bez zadawania pytań: do głowy mi nie przyszło, że czyha tu na mnie jakieś niebezpieczeństwo. Mieszkanie nie należało do mnie, tylko do gminy, więc musiałam je oddać. To, że zostało doprowadzone do idealnego stanu, nie miało znaczenia. W rzeczach mamy nie znalazłam zresztą żadnych faktur ani rachunków. Ktoś inny będzie cieszył się luksusami, za które dziś płacę ja. Marta też jest pielęgniarką, zarabia na rękę 2500 złotych. Dostaje wprawdzie wysokie alimenty od byłego męża, ale przeznacza je na pomoc studiującemu synowi i utrzymanie 14-letniej córki. Zaczęła dorabiać jako opiekunka starszych osób i brać dodatkowe dyżury w szpitalu. Każdy nieplanowany wydatek: nowe buty dla córki, wycieczka szkolna powodują, że Marta wpada w panikę. - Nigdy nie żyłam ponad stan. Umiem skromnie gospodarować, a nawet odłożyć co nieco na czarną godzinę.

Nie wyrobiłam sobie nawet karty kredytowej, żeby mnie nie kusiło. Świadomość, że jestem winna pieniądze, odbiera mi sen i spokój ducha. Wiem, że spłacę te należności, ale kto mi odda zszarpane nerwy? Nie mogę pracować 14 godzin na dobę, bo ucierpią na tym moi pacjenci i rodzina. Czy mam żal do mamy? Owszem, ogromny, bo powinna mi powiedzieć prawdę, a nie pożyczać pieniądze w tajemnicy i myśleć, że "jakoś to będzie". Stanę na głowie, ale swoim dzieciom nie zostawię po sobie długów. To dla nas wszystkich gorzka i bolesna lekcja.

Testament z niespodzianką

Pół roku temu głośna była dramatyczna historia 9-letniego Kacpra. W spadku po dziadku chłopiec pochodzący z biednej rodziny otrzymał dług 18 tysięcy złotych. Wprawdzie jego bezrobotna mama, tuż po śmierci ojca, zrzekła się spadku, ale notariusz nie uprzedził jej, że musi to zrobić także w imieniu nieletniego synka. W rezultacie zobowiązania dziadka przeszły na Kacpra. Bank oddał sprawę firmie windykacyjnej, a ta wynajęła komornika. W sprawę ostatecznie zaangażował się rzecznik praw dziecka... Coraz częściej zdarza się, że nieświadomi spadkobiercy zamiast majątku otrzymują do spłaty spore kwoty. Na szczęście przepisy dopuszczają możliwość odrzucenia spadku obarczonego zaległościami. Ale uwaga! Mamy na to czas wyłącznie przez sześć miesięcy od śmierci bliskiej osoby. Nasza rezygnacja ma konsekwencje dla pozostałych spadkobierców.

Na nasze miejsce wchodzą bowiem dzieci, a jeśli i one go odrzucą, na ich miejsce wchodzą wnuki i tak dalej. Gdy już wszyscy z linii prostej zrzekną się spadku, przechodzi on na kuzynów z linii bocznej. Ponieważ w polskim prawie nie istnieje tzw. spadek nieobjęty, gdy wszyscy się go zrzekną, na końcu przypada on gminie. Są jednak wyjątkowe sytuacje, w których rezygnacja ze spadku jest niemożliwa. Jeśli wierzyciele zmarłego uznają, że odrzuciliśmy go wyłącznie w tym celu, by ich pokrzywdzić i potrafią to udowodnić, sąd może uznać odrzucenie za bezskuteczne. A wówczas musimy jednak uregulować długi spadkowe.

Zuzanna O’Brien





Dowiedz się więcej na temat: kredyt

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje