Miało ich nie być

Weronika Balawajder, Julka Kępa, Jędrek Kujaszewski - żyją, rosną, śmieją się. Tylko dlatego, że kiedyś ich rodzice nie posłuchali rad lekarzy i nie zdecydowali się na aborcję. Teraz dziękują Bogu.

Jolanta Balawajder, mama trzyletniej Weroniki, z szarej koperty wyciąga książeczkę ciąży i wyniki badań. - Napisali, że w macicy są mięśniaki i nie słychać echa serca płodu - zakreśla palcem drobne literki na wyniku badania USG. Jolanta jest pielęgniarką. - Lekarz powiedział mi, że trzeba wyskrobać mięśniaki i... martwą ciążę. Byłam w ósmym tygodniu ciąży - dodaje.

Reklama

Na maleńką Weronikę, drzemiącą w łonie mamy, zapadł wyrok śmierci. 2 października w szpitalu w Mińsku Mazowieckim próbowano wykonać egzekucję. - Skoro twierdzili, że ciąża jest martwa, zgodziłam się na łyżeczkowanie. "Wyczyściliśmy wszystko", usłyszałam po zabiegu. Ryczałam całą noc - wspomina.

Kilka tygodni po operacji Jola dostała dreszczy, pojawiło się krwawienie, temperatura gwałtownie wzrosła. - Wystraszyłam się. Brałam antybiotyki, a czułam się coraz gorzej. Tym razem pojechałam do szpitala im. Orłowicza w Warszawie. Mimo zabiegu przeprowadzonego w Mińsku, maleńki zarodek Weroniki jakimś cudem przetrwał! Na dodatek ciąża była żywa.

- On nawet nie ma czego się chwycić, tak panią wyskrobali - lekarz, który wykonał badanie, kiwał z niedowierzaniem głową. Dał dziecku zaledwie jeden procent szansy na przeżycie. Zalecił aborcję.

- Ale ja nie chciałam o tym słyszeć. To, że ciąża utrzymała się, uznałam za cud. Lekarz uszanował moją decyzję. Nawet polecił mi modlitwę do Judy Tadeusza, świętego od spraw beznadziejnych... - uśmiecha się Jola.

Babcia Kazimiera nie spuszcza oczu z ukochanej wnuczki. Ciągle powtarza: - Co ja się namodliłam! Krzyżem leżałam przed Chrystusem. Chwała Panu za to dziecko. Takie mądre, dobre, kochane.

- Jeszcze pomyślą, że my jacyś nawiedzeni jesteśmy - beszta mamę córka. - Ale to prawda. Mnóstwo ludzi modliło się za Weronikę - przyznaje Jola.

Ojciec nie wytrzymał

Na spotkaniu wspólnotowym Odnowy w Duchu Świętym pani Kazimiera opowiedziała, co przydarzyło się córce. Prosiła o modlitwę wstawienniczą za szczęśliwe rozwiązanie dla niej i zdrowie dla dziecka. Kiedyś po modlitwie ksiądz otworzył Pismo Święte na fragmencie, w którym św. Weronika przeciera twarz umęczonemu Chrystusowi. - Mama wróciła z kościoła jak na skrzydłach. Powiedziała, że urodzę dziewczynkę, która otrzyma imię Weronika.

Mniej optymizmu miał mąż Joli, Mariusz. Kiedy trzy lata temu dowiedział się, że kolejna ciąża żony jest martwa, zaciął się w sobie. Zaakceptował zabieg. Rozumiał, że nie ma innego wyjścia. Ale w domu usiedzieć nie mógł. Wziął urlop i pojechał w Bieszczady.

- Dwa tygodnie go nie było. W tym czasie dowiedziałam się, że ciąży nie usunięto. Pamiętam, jak mąż wrócił do domu, a ja powiedziałam mu, że będę miała dziecko. - Jak to, z kim?! - zrobił oczy jak spodki. Wyjaśniłam mu, co się stało. Uprzedziłam, że lekarz zalecił aborcję, bo dziecko może nie przeżyć. Milczał. Wieczorem przyznał mi się, że przed wyjazdem w góry poszedł do pallotynów w Warszawie i podjął się adopcji na odległość.

Dowiedz się więcej na temat: Julia | zdrowie | aborcja | lekarze | siostra | lekarz | USG | lekarka | ciąża | dziecko

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje