Ostatni romans Iwaszkiewicza

- W historii tych dwóch panów wielką rolę odegrało bardzo literackie i filmowe zjawisko czyli przypadek. Dwóch ludzi z zupełnie różnych światów: wybitny pisarz, 60-latek i dwudziestoparoletni robotnik, po prostu spotkali się i zakochali w sobie - o niezwykłym związku Jarosława Iwaszkiewicza z Jerzym Błeszyńskim, a także o stosunku pisarza do homoseksualizmu oraz o tym, jakie tajemnice można jeszcze odkryć w jego powieściach, opowiada Anna Król, autorka książki "Wszystko jak chcesz".

Aleksandra Suława: Jakim człowiekiem był Iwaszkiewicz, gdy spadła na niego ta miłość?

Reklama

Anna Król: - Dojrzałym i statecznym. Miał żonę - tę samą od 30 lat, dzieci, wnuki. Miał też szacunek krytyków i ugruntowaną pozycję - był prezesem Związku Literatów Polskich i posłem na sejm. Cieszył się autorytetem, jakim nie może się pochwalić chyba nikt we współczesnej Polsce. Już za życia był wybitną postacią i nikt tego nie kwestionował.

Skąd więc u statecznego pisarza taka sztubacka miłość?

- A skąd przekonanie, że sztubacka miłość przytrafia się tylko ludziom niestatecznym?

Bo gdy się ma 20 lat, to z szaloną miłością jest do twarzy, a dziadkom ona jakoś tak... nie przystoi.

- Ja myślę, że właśnie to - nie tylko w historii Iwaszkiewicza i Błeszyńskiego, ale w miłości w ogóle - jest najbardziej fascynujące. To, że nigdy nie wiemy kiedy i z kim nam się ona przytrafi.

- W historii tych dwóch panów wielką rolę odegrało bardzo literackie i filmowe zjawisko czyli przypadek. Dwóch ludzi z zupełnie różnych światów, wybitny pisarz, 60-latek i dwudziestoparoletni robotnik, po prostu spotkali się i zakochali w sobie. Może to nie pasuje do stereotypowego wizerunku dojrzałego człowieka, ale w miłości schematy i wzorce nie mają żadnego sensu. Można zakochać się w każdym i każdej chwili, nawet jeśli świat zewnętrzny całkowicie tego nie rozumie.

Ja na przykład nie mogę zrozumieć, co on widział w Błeszyńskim...

- To był podobno bardzo przystojny człowiek... A tak poważnie, to odpowiedzi na te wątpliwości po części udziela sam Iwaszkiewicz, pisząc, że Jerzy jest dla niego nagrodą na stare lata. Że ta miłość spadła na niego w tym etapie życia, w którym nie liczył już na namiętność.

- Moim zdaniem ten romans był też dla Iwaszkiewicza paliwem. Sam pisarz uważał, że w czasie romansu na bazie intensywnych, często traumatycznych przeżyć, stworzył swoje najlepsze utwory. Bohaterów tych dzieł często obdarzał cechami Jurka - widać to choćby w "Kochankach z Marony", "Tataraku" czy "Sławie i chwale", którą Iwaszkiewicz uważał za dzieło swojego życia, a większość trzytomowej książki napisał właśnie w okresie znajomości z Jerzym.

Był jednym z tych ludzi, którzy nie mogą żyć bez miłości?

- Na pewno mając 60 lat nie rozglądał się za nową miłością. Jednak z drugiej strony przez całe życie był człowiekiem otwartym na bliskość, potrzebował emocji, jakie przeżywa się w miłosnych uniesieniach. Ponoć zawsze zakochiwał się w swoich partnerach, zamiast interesować się nimi wyłącznie erotycznie, a miał ich wielu i bywały to również poważniejsze, nieprzelotne związki.

- Iwaszkiewicz przez całe literackie życie, od debiutanckich utworów do swoich ostatnich dzieł, poruszał głównie dwa najważniejsze tematy - pisał o miłości i o śmierci. Te wątki niemal stale przenikają się w jego twórczości, a on przygląda się temu przenikaniu z ogromną przenikliwością i wrażliwością. Nie da się zawrzeć w książce takich emocji, nie nosząc ich w sobie.

To taki emocjonalny cytat z dzienników: "Jakież szczęście, że mogłem mu to dać i że on mógł mi dać tyle (...). Dancing w Tivoli i ucieczka wśród gasnących lampionów - jakież to piękne. I nikt tego nie rozumie, tej radości i tego szczęścia". Jaki był stosunek Iwaszkiewicza do homoseksualizmu?

- Myślę, że akceptował własną homoerotyczną tożsamość. Pierwsze opisy fascynacji mężczyznami pojawiają się już w jego nastoletnich zapiskach i nie ma tam mowy o rozdarciu, zaskoczeniu własną orientacją czy wstydzie.

A innych?

- Dobrym punktem odniesienia, jeśli chodzi o teoretyczne spojrzenie Iwaszkiewicza na homoseksualizm, są jego dzienniki. Pamiętam, że wielokrotnie z goryczą zauważał, że geje z jego otoczenia swoim zachowaniem sprawiają, że ludzie postrzegają homoseksualizm jak coś wyłącznie cielesnego, a nierzadko obrzydliwego, przed czym on bardzo się wzbraniał. Częściej pisał o połączeniu dusz, o jakiejś wyjątkowej bliskości, jaka może łączyć tylko dwóch mężczyzn.

- Myślę zresztą, że w jego przypadku orientacja nie miała wpływu na sposób, w jaki przeżywał uczucie. W dziennikach jest mnóstwo miejsc, w których pisze, że dla niego wchodzenie w intymny związek z mężczyzną, ma dużo więcej innych wymiarów niż tylko wymiar cielesny, czy erotyczny.

A miała wpływ na to, jak odbierało go środowisko?

- Różnie. Osoby, które go nie lubiły, a w środowisku literackim miał wielu wrogów, owszem, dogryzały. Choćby u Kisielewskiego nie raz pojawia się określenie "Iwaszkiewicz - pederasta".

To środowisko, a zwykli ludzie? Plotkowali?

- Musimy rozdzielić dwie rzeczy. Wrażliwy czytelnik po lekturze "Tataraku" czy "Kochanków z Marony", mógł poczuć, że te opowiadania są w jakiś szczególny sposób erotyczne i niedopowiedziane. Jednak przeciętny Polak, znający pisarza z gazet czy telewizji, raczej nie zdawał sobie sprawy z jego orientacji. Albo zwyczajnie się nią nie interesował. To, co dzisiaj jest oczywistością - śledzenie życia prywatnego osób publicznych, ciągłe przesuwanie granic intymności przez prasę bulwarową czy internet - w latach 50. nie istniało, lub było nie do pojęcia. Zresztą Iwaszkiewicz może nie ukrywał Błeszyńskiego, ale też z romansem się nie obnosił.

Przecież chodzili razem do kawiarni, jeździli na wakacje...

- Tak, ale on nie siedział z Błeszyńskim w objęciach przy stoliku i nie przychodzili tam trzymając się za ręce. Zresztą żony w sytuacji publicznej też pewnie by nie przytulał. W sferach, w których obracał się pisarz, wśród ludzi o pewnym poziomie kultury, nie bardzo było przyjęte publiczne okazywanie uczuć.

I wypłynęła postać żony. Ona wiedziała o Błeszyńskim...

- Akceptowała ten związek, tak jak wszystkie inne romanse Iwaszkiewicza. Miała zresztą do Jerzego mocno matczyny stosunek, co wyrażało się choćby w tym, że czasem pisała do niego w listach (bo i ona z nim korespondowała) "synu". Myślę, że Annie Iwaszkiewiczowej, osobie, w jakiś czysty sposób dobrej i uwrażliwionej na cierpienie, było bardzo żal tego chorego chłopaka. To była skomplikowana relacja, w której nie mamy do czynienia z układem zdradzana żona, mąż i kochanek czy kochanka, ale z czymś dużo bardziej zawiłym.

A co wiedza o tych zawiłościach zmienia w postrzeganiu twórczości Iwaszkiewicza?

- Dla mnie w pewnym momencie zmieniła wszystko, bo pozwoliła zamiast pisarza znanego z kanonu literackiego dostrzec człowieka - w całej jego nieoczywistości i niezwykłej wrażliwości. To taka wiedza, która pozwala podskórnie czuć więcej. Z drugiej strony, nie jest to odkrycie, które zrewolucjonizuje nasz sposób myślenia o Iwaszkiewiczu pisarzu, otwierając jakieś sekretne furtki od jego twórczości. Może to być pewien dodatkowy klucz, który pozwala w utworach takich jak "Kochankowie z Marony" czy "Tatarak" dostrzec również konkretną, prawdziwą historię, która kryje się za literacką opowieścią. To taki prezent dla czytelników, którzy lubią odkrywać książki wiedząc, w jakim momencie życia pisarza powstawały, jakie przeżycia do ich napisania doprowadziły.

Ujawniła pani spory kawałek tego życia. Nie miała pani oporów?

- Iwaszkiewicz w swoich listach zostawił sygnały, na podstawie których można uznać, że życzyłby sobie upublicznienia tej korespondencji, tak jak pragnąłby opublikować kiedyś dzienniki. Widać to choćby po sposobie w jaki archiwizował korespondencję, segregując ją, uzupełniając, opatrując dopiskami.

- Poza tym myślę, że mimo iż Iwaszkiewicz nigdy nie ukrywał relacji z Błeszyńskim, to jednak tylko w marzeniach mógł z nim żyć w taki sposób, jakiego pragnął. Nigdy nie zamieszkał z Jerzym, nie zbudował domu, o którym rozmawiali, niejednokrotnie pisał, że dopiero w podróży, w tym stanie zawieszenia, poza życiem rodzinnym i publicznym, czuł się naprawdę sobą, wtedy też na więcej mogli sobie wobec siebie pozwolić. Myślę, że ujawnienie tych listów to trochę takie pośmiertne uczucie ulgi,  i wreszcie - zrealizowane pragnienie wydobycia tego związku na światło dzienne. Dzięki temu coś niezwykle ważnego, co przez lata nazywane było plotką, stało się faktem.

Ten związek znalazł dramatyczny finał. Błeszyński umarł na gruźlicę, nie dożywając 30 lat.

- A Iwaszkiewicz wciąż pisał do niego listy i jeszcze w latach 70. wspominał go w dziennikach. Już nigdy nikogo nie pokochał tak jak tego młodego chłopaka. Myślę, że jego miłość była tak intensywna również dlatego, że Iwaszkiewicz wiedział, że będzie ostatnia, że nie znajdzie w sobie siły, by przeżyć raz jeszcze równie burzliwy związek.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje