Pojedźmy gdzieś, byle daleko!

Z ciekawości świata stworzyły podróżniczą drużynę „Girls on the road”. Za 6 tys. zł na głowę zwiedziły Kambodżę, Wietnam, Laos. I dobrze się tam bawiły przez ponad miesiąc! Zdradzają, jak z niedużym budżetem można poznawać świat.

Jedna skończyła etnologię. Prowadzi internetowy sklep z rowerowymi akcesoriami LoVelo i pracuje w Fundacji Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”. Lata na paralotni i szybowcami.

Reklama

Druga kończy studia na architekturze i już prowadzi własną firmę projektową Funktura. Jest też żeglarką i instruktorką narciarstwa.

Choć są zupełnie różne, uzupełniają się w każdym calu. Iza twardo stąpa po ziemi, Ewa buja w obłokach. Jedna woli żeglować, druga latać na paralotni. Mają po 26 lat i niesamowitą odwagę, by realizować marzenia. Kiedy zaczynają opowiadać o swoich podróżach, trudno im przerwać, jedna drugiej wpada w słowo.

– A pamiętasz te kozy, jak nam się autokar zepsuł? – pyta Ewa. – Kozy? Nie... Ale pamiętam, że do celu nie dojechałyśmy – odpowiada Iza. Obie wybuchają śmiechem. To była pierwsza wycieczka w ich życiu. Miały osiem lat, z całą klasą jechały na pielgrzymkę na Jasną Górę.

Pięćdziesiąt kilometrów przed miastem zepsuł się autokar, stanął tuż obok pasących się kóz. I to one okazały się jedyną atrakcją wyprawy, bo kiedy na miejsce dotarł sprawny autokar, zabrał dzieci z powrotem do Warszawy. Gdy niedawno znalazły zdjęcie, na którym stoją przy zepsutym wozie, uświadomiły sobie, że wtedy zaczęła się ich przyjaźń.

Trzydzieści smaków lodów w Chorwacji

Za szkolnych czasów zwiedziły razem Polskę, Czechy, Francję, Chorwację... Zwłaszcza tę ostatnią chętnie wspominają. – Znalazłyśmy tam naprawdę wspaniałą lodziarnię. Chciałyśmy spróbować wszystkich smaków lodów, jakie proponowali. Wyliczyłyśmy, że musimy jeść po trzy gałki dziennie – opowiada Iza. – Zaczęło się nieźle, ale się rozchorowałam i musiałam leżeć w łóżku.

– I ja codziennie biegałam do niej z tymi lodami – Ewa wpada jej w słowo. – Kiedyś potknęłam się na progu, przewróciłam i strasznie potłukłam, ale… lodów z ręki nie wypuściłam. Zostały uratowane! I to chyba ta Chorwacja na dobre nas do siebie zbliżyła – śmieje się Ewa.

Choć ich szkolne drogi rozeszły się, bo wybrały różne licea, a potem Ewa studiowała etnologię, a Iza architekturę, nadal razem wyjeżdżały na wakacje i ferie. – Głównie na narty – wtrąca Iza. Przygotowaniami do wyjazdu dzieliły się równo, ale okazało się, że Iza lepiej ogarnia sprawy finansowe.

Dlatego dziś to ona zarządza budżetem. Ma specjalny notes, w którym planuje wyprawę, a potem zapisuje wszystkie wydatki: ile potrzebują na sprzęt, bilety, hotele, jedzenie (koszty dzielą po połowie). Dokładnie planuje, która za co odpowiada: kto bierze mapy, lekarstwa, kto pastę do zębów. Chodzi o to, by nie dźwigać tych samych rzeczy w plecakach. Iza przewiduje, ile czasu zabierze im zwiedzanie kolejnego etapu na szlaku.

Z kolei plan podróży układa Ewa. To ona szpera w przewodnikach i internecie, znajduje informacje o zabytkach i lokalnych atrakcjach. Zawczasu sprawdza też, gdzie można będzie kupić pamiątki i najlepiej odpocząć.

Wymarzony kierunek – Indochiny

Wczesną jesienią 2011 roku spotkały się i wówczas Ewa się rozmarzyła: „Pojedźmy gdzieś, byle daleko!” – westchnęła. Izie dwa razy nie trzeba było powtarzać. „Daleko? Niech będzie Azja!”. I decyzja zapadła. A co ważniejsze, dziewczyny od razu przystąpiły do jej realizacji. Wyśledziły w internecie i kupiły bilety do Hanoi. To nic, że wylot był za cztery miesiące – miały czas na przygotowania.

W Wietnamie mogły spędzić pięć tygodni. Wcześniej jednak Iza musiała zdać egzaminy, a Ewa załatwić urlop. Miały sporo oszczędności, ale i tak zacisnęły pasa. Żadnych zachcianek, zbędnych zakupów.

Wizja podróży wynagradzała wszelkie wyrzeczenia! Wszystko było zapięte na ostatni guzik, gdy pewnego dnia Ewa wyczytała w internecie, że właśnie wtedy, gdy przylecą do Hanoi, Laotańczycy będą witać Nowy Rok. Musiała tam być! Plan więc się posypał... Co na to Iza? – Nic, po prostu „przekalkulowałam” nową trasę – śmieje się.

Cytrynówka zamiast... angielskiego

Następnego dnia po przyjeździe ruszyły do Laosu. – Z miejsca zakochałyśmy się w tym kraju! Świętowanie Nowego Roku to było coś wspaniałego! Trzydniowa zabawa i biesiadowanie. No i Laotańczycy! Niezwykle pomocni, przyjaźni, radośni – dziewczyny mówią jedna przez drugą. Przyznają, że nie obyło się bez przygód, ale znalazły sposób na niespodziewane trudności. W podróż wyruszają z zapasem... „małpek”.

– Trochę żubrówki oraz cytrynówki w butelkach po 100 gramów. Na prezenty dla miejscowych, gdyby trzeba było komuś okazać wdzięczność – śmieją się.

– Kiedyś zapakowałyśmy się na ciężarówkę pełną laotańskich rolników. Nie znali angielskiego. Za nic nie mogliśmy się dogadać – opowiada Ewa. – Wyciągnęłam cytrynówkę. Wypiłyśmy po łyczku i puściłyśmy butelkę w obieg. Lody zostały przełamane i potem przez całą drogę wspólnie śpiewaliśmy. Do dziś nie wiem, w jakim języku – śmieje się.

A gdy czasem nie mogą się dogadać ze sobą? Wiadomo, w podróży łatwo o nieporozumienia. „To ile razy się pokłóciłyście?” – zapytał brat Izy, gdy odbierał je na Okęciu. Spojrzały na siebie: „Ej, właściwie to ani razu” – odpowiedziały zgodnie. – My naprawdę się nie kłócimy – zapewnia Ewa. – Zresztą tym razem nie było powodu do sprzeczek, a jeśli już, to błahe. Raz chciałam jechać do innego miejsca niż Iza. Zdałyśmy się wtedy na ślepy los. Powiedziałyśmy sobie, że pojedziemy tam, gdzie akurat będzie transport. I tak jest ze wszystkim.

Rozumieją się bez słów. Mają przecież wspólny cel i to on jest najważniejszy. A gdy czasem puszczają nerwy, trzymają się zasady, by niczego w sobie nie dusić. – Wyjaśniamy wszystko i szybko puszczamy w niepamięć – deklarują. Znajomi żartują, że są jak ogień i woda.

Patrzą w jednym kierunku, częściej rozmawiają o pasjach, a nie o... sobie. Może w tym tkwi tajemnica ich zgodnej przyjaźni? – Od ósmego roku życia robimy razem najróżniejsze szalone rzeczy, wspieramy się i inspirujemy. Łączy nas to, że nie potrafimy usiedzieć na miejscu, szukamy wyzwań, lubimy czuć adrenalinę – mówią.

A ile wspólnie wydały na azjatycką wyprawę? Iza wylicza: – Bilet lotniczy w dwie strony 2 tys. zł na osobę, do tego po 1,2 tys. dolarów wydanych na miejscu. Chciałyśmy zmieścić się w 1 tys. dolarów i pewnie by się nam udało, ale kupiłyśmy mnóstwo pamiątek i prezentów – śmieje się.

A Ewa uzupełnia: – Spodnie, sukienki, biżuterię. Trudno było się powstrzymać.

Żałują tylko jednego – że nie zobaczyły jeszcze więcej. – Birmę musimy odwiedzić koniecznie – mówi do Izy Ewa. – A ja bym jeszcze chciała pojechać na Spitsbergen! – dorzuca Iza. – Spitsbergen? Tam jest strasznie zimno! – wybrzydza Ewa. – Do Ameryki Południowej pojadę z tobą na pewno. No ale ten Spitsbergen...

Na razie muszą to odłożyć, bo Izę czeka obrona pracy magisterskiej. Ale już zaczyna planować i dzielić wydatki na dwa.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje