​Przyjaciółki (cudzych mężów)

Czyli kochanki, te trzecie, dziwki, cwaniary, łajdaczki, cichodajki, utrzymanki, flamy, kokoty, metresy, zdziry, wywłoki, lafiryndy, suki*

* Bardziej dosadnych określeń nie cytuję, bo ich sama nie używam i nie lubię powtarzać - pisze psycholog Ewa Woydyłło w książce "Ludzie, ludzie...", w której stawia na różnorodność typów ludzkich i opowiada o rozmaitych postaciach zaczerpniętych z artykułów, psychologicznych i współczesnych badań - ale najwięcej z obserwacji życia codziennego. Ta książka działa jak zwierciadło, przed którym albo się uśmiechamy, albo wstydzimy. Możemy się też rozzłościć,  zadumać, coś rozważyć i coś postanowić. Autorka wierzy, że w ten sposób może pomóc swoim pacjentom, a także tym, którzy pozostają tylko czytelnikami.

Reklama

Przeczytaj fragment książki:

W gabinetach psychoterapeutycznych można spotkać setki, co mówię, tysiące zdradzanych żon. Na pytanie: "Jak pani w myślach nazywa tamtą kobietę?", pierwsza odpowiedź brzmi prawie zawsze: "Nie mam słów". Po chwili jednak słowo lub słowa się znajdują. Najczęstsze wymieniłam powyżej. Mnie przyszłaby na myśl hurysa, kurtyzana albo dulcynea, no, ale delikwentka musiałaby mieć jakąś klasę. Trudno jednak dopatrzeć się jej w amatorkach schadzek z cudzymi mężami po hotelach albo bramach, krzakach czy kawalerkach kolegów.

W pokątnej łóżkowej branży przeważnie ubiera się pospolitą chuć i polowanie na cudzego męża w kostium "duchowego porozumienia". Cuchnie ono, niestety, tandetą niczym nabytki z ciucholandu.

No, ale człowiek potrafi zakłamać wszystko. Złodziejki cudzych mężów to niemal wyłącznie singielki poszukujące wyżycia, a nierzadko także sponsora. Niekoniecznie są to nastoletnie biedujące Ditty, których nie stać na pończochy. Znacznie więcej jest ich wśród jako tako ustawionych, choć przegranych "starych panien", jak niegdyś nazywano trzydziestolatki plus. Podejrzewam, że w najgłębszych zakamarkach samoświadomości one same siebie nadal tak nazywają.

Sposób na atrakcyjność

Wywabianie facetów z ustabilizowanych małżeństw jest ich sposobem na uwierzenie w swoją kobiecą atrakcyjność. Wprawdzie żonatego nie ma się na wyłączność, ale jakże łechce próżność fakt, że wygrywa się rywalizację z drugą kobietą - w tym przypadku z prawowitą żoną. Poza tym można karmić się nadzieją, że z czasem zajmie się jej miejsce na dobre. Czy naprawdę na dobre, to inna kwestia. Wszak wiarołomni mężowie są po prostu wiarołomnymi mężami, teraz i zawsze, i na wieki wieków amen. Jest to po prostu osobliwy, choć wcale nierzadki, podgatunek męski, podobnie jak osobliwym podgatunkiem żeńskim są łowczynie cudzych mężów. Te dwa podgatunki występują w ścisłym powiązaniu, żaden nie istniałby bez drugiego.

Ale wróćmy do tematu, czyli do charakterystyki "tych kobiet". Cudzy mąż interesuje je często w dwojaki sposób. Czują pociąg do dojrzalszych lub po prostu starszych mężczyzn, tłumaczony przez psychoanalityków niezaspokojoną tęsknotą do ojca. Bo albo własnego nie było, albo był niewystarczająco dobry i teraz podrośnięta panna pragnie go zastąpić czułym opiekunem i hojnym sponsorem. Wiele z nich ma nieodpartą potrzebę wcielenia się w rozkoszną laleczkę, słodką dzidzię, będącą idealnym materiałem, z którego on może urobić kogoś znaczącego i wartościowego, kim nigdy się nie czuły.

Starzejący się mężczyźni stają się w takich związkach Pigmalionami formującymi kochanki wedle swoich niedosytów, a trochę też kompleksów. Dotyczy to zwłaszcza tych, którzy przez żony nie czują się wystarczająco podziwiani, natomiast "te panie" z miejsca świetnie ich rozumieją i z nawiązką obdarowują zachwytami.

Odwołując się raz jeszcze do psychoanalizy, można zauważyć, że uwodzicielki cudzych mężów, oprócz leczenia swoich kompleksów i zaspokajania kaprysów, mogą podświadomie dążyć do wyrównania zaległych rachunków ze... swoimi matkami. Z jednej strony, poszukują substytutu ojca, z drugiej zaś, stają się mścicielkami wobec niewystarczająco dobrych matek. Odbijając męża innej kobiecie, będącej przeważnie także matką jego dzieci, zadają jej ból nie tylko jako żonie, ale także jako matce. W ten sposób zdają się syczeć wszystkim matkom prosto do ucha: "Teraz ci pokażę, jaka jesteś przy mnie słaba i bezsilna. Widzisz? Pokonałam cię. Nareszcie. Masz za swoje".

Te mroczne namiętności kobiety te rzadko sobie uświadamiają, a wiele prawdopodobnie w ogóle nie myśli o kimkolwiek innym poza sobą. Głównie ćwiczą się w uwodzicielskich chwytach mających na celu maksymalne zawłaszczenie cudzego mężczyzny. W każdym razie świetnie wyczuwają, jaki guziczek nacisnąć, by wytypowany do podboju mężczyzna połknął przynętę.

Banalny chwyt na podbój serc

Pewien podstarzały pisarz dał się złapać na możliwie najbanalniejszy haczyk. Zaczęło się tak: "Paula Krohn była czytelniczką. Zachwyconą czytelniczką. Podeszła do niego w Domu Artystów, pochwaliła jego książki, a potem szepnęła: «Czy pan wie, że w wyjątkowy sposób działa pan na kobiety?». Na miłość boską, no i co on miał zrobić? Właściwie już wychodził, ale został jeszcze jakiś czas. [...] Dzień później przysłała mu maila, w którym napisała, że pozostaje pod wrażeniem ich spotkania. [...] Potem zaczęli ze sobą mailować, a po kilku tygodniach pojechali razem do Slite..." (L. Ullmann, We mgle, s. 347).

Ten banalny chwyt pod hasłem "Ach, te pana książki!" to przepis na podbój serc i portfeli nieprzebranej rzeszy pisarzy. Zdaje się, że głównie łapią się na to bardziej mierni, chociaż działa również na wybitnych. Jakiś czas temu głośny był u nas proces zmierzający do wybielenia dobrego imienia pewnego sławnego autora, którego biograf przedstawił jako lwa pozamałżeńskich konkiet. Wtedy, pamiętam, mężczyźni oburzali się na biografa, a kobiety na bohatera biografii. Niektórych w ogóle dziwił sam proces.

Z nie-pisarzami nie jest wcale inaczej. W poniższym przykładzie pewna dziewczyna pobiera instrukcję od starszej przyjaciółki: "Masz jeszcze jakieś rady? Próbowałaś pochlebstw? Pochlebstw? Tak, pochlebstw. To pewniak, nigdy nie zawodzi, mówi Selma. Ale jak? W jaki sposób mam mu schlebić? Nie znam go. O to właśnie chodzi, im mniej kogoś znasz, tym łatwiej jest mu schlebić. Ale jak? [...] Graj komedię, Karin! Graj komedię. Spójrz na niego i daj mu do zrozumienia, że widzisz ten wielki sekret, który nosi w sercu. Jaki wielki sekret? Nie w tym rzecz. Całkiem możliwe, że nie nosi w swoim sercu niczego, prawdopodobnie tak właśnie jest. Rzecz w tym, że on chce wierzyć, że jest inaczej i że ktoś to dostrzega. Wszyscy oni chcą być kimś więcej, niż są, Karin, i jeżeli sprawisz, że będzie miał wrażenie, że dostrzegasz to, że jest kimś więcej, że dostrzegasz to, że w swym sercu nosi wielki sekret, że się wyróżnia, Karin, że jest inny, że Bóg go obdarzył swym pocałunkiem, wtedy ci się uda, wtedy jest twój" (L. Ullmann, Zanim zaśniesz, tłum. Marta Ciszewska, Joanna Sypniewska, Gdańsk 2004, s. 63-64).

Podobnie jak literackie postaci Pauli Krohn czy Karin Blom te z realu polują na "tatuśków" i sponsorów, również oczekując od nich romantycznych weekendów i gorących wyznań, drogich prezentów i podróży, najlepiej zagranicznych, a co ambitniejsze także pomocy w znalezieniu pracy lub sfinansowaniu dokształcania.

Psychiatra Richard Tuch z Kalifornii w książce The Single Woman-Married Man Syndrome, Jason Aronson Inc., New York 2002) scharakteryzował je jako masochistki o niskim poczuciu wartości, wyrachowane, egocentryczne i niezdolne do empatii. W innej amerykańskiej książce, Being The Other Woman, autorka Petra Falk opisuje samą siebie jako "tę trzecią", podkreślając, że wolała żyć w trójkącie, bo nigdy nie wierzyła, że uda jej się stworzyć związek z wolnym mężczyzną. W roli kochanki udowadniała sobie, że jest tą "lepszą", skoro mąż innej kobiety przedkłada ją nad tamtą. Studiując ten temat, sięgnęłam również do książki How to Successfully Date a Married Man Glorii Bonds. Wyczytałam tam, że gdy romans zostanie zdemaskowany, to kochanka, nie mając nic do stracenia, nadal nie porzuca nadziei na ponowne odbicie kochanka. Skoro raz się dał zwabić, to dlaczego nie dał by się znowu? Musi go tylko nieustannie upewniać o swojej admiracji, tęsknocie i gotowości znalezienia się u jego boku na każde zawołanie. Przebiegle liczy na to, że po chwilowym tryumfie żona nadal będzie czuła się upokorzona i nieufna, a wtedy mąż zatęskni do kochanki, od której nie usłyszy słowa wyrzutu. Tak oto ta druga ponownie wygra z żoną, a romans na nowo rozkwitnie. Do następnej wpadki.

Motywy kochanek

W książce Miry Kirshenbaum When Good People Have Affairs podjęto próbę zrozumienia motywów towarzyszących romansom pozamałżeńskim. Autorka analizuje drobiazgowo rozmaite frustracje, które często utrudniają małżonkom spełnienie ich potrzeb i pragnień we wspólnym pożyciu. Tylko co z tego? Jeżeli frustracje są powodem szukania szczęścia u innych kobiet, to czemu robić to po kryjomu? Czy nie uczciwiej byłoby przyjść i powiedzieć: "Interesuje mnie inna kobieta, rozstańmy się". A gdy nie ma się do końca pewności, że to słuszna droga, to czemu nie zastosować "interwencji kryzysowej" i nie spróbować, z fachową pomocą, naprawić tego, co w małżeństwie się popsuło?

Zajmujący się tym tematem psychologowie, lub raczej psycholożki, piszą wiele o ambiwalencji mężczyzn, ich poligamicznych pragnieniach, o tchórzostwie i hipokryzji, a także o trudnościach w wyrażaniu uczuć i dotrzymywaniu zobowiązań moralnych. Nieco mniej piszą o motywach kochanek. Najlepiej opisują je one same. Oto kilka przykładów, od których aż roi się w internecie, między innymi na portalach: netkobiety.pl, zdradzeni.info, kafeteria.pl i kobiecyporadnik.pl.

Oto jedna taka historia: "Ja jestem tą drugą. Mam romans z żonatym facetem. Jesteśmy razem od ponad roku, mamy prosty układ, zero telefonów, zero sms, spotkania raz, dwa razy w tygodniu. Nigdy mi nie mówił źle o swojej żonie, nigdy nie obiecywał, że od niej odejdzie, ani ja nigdy tego nie chciałam i nie chcę. Jest to facet z bujną przeszłością. [...] Mnie nie interesuje jego przeszłość, każdy jakąś ma. [...] Nie kocham go, ale zaangażowałam się w to coś i nie wiem, jak z tym skończyć".

I jeszcze jedna: "Mam 29 lat. 3 lata byłam w związku z żonatym facetem. [...] Zakochałam się w nim po uszy, sama nie wiem kiedy. Pracujemy razem, nadal niestety i to mnie dobija teraz. Zaczęło się od przyjaźni, która z mojej strony nagle przerodziła się w miłość. Po prostu zaczęłam kochać tego człowieka, bardzo kochać. Kocham go nadal. Na początku on też mówił, że kocha, ale potem... Standardowy scenariusz. Zaczęło być coraz gorzej. Wierzyłam mu w 100 proc., miałam zaufanie w każdej sprawie, teraz się pewnie wiele z was zacznie śmiać, ale wierzyłam, że coś dla niego znaczę, że zrobi wszystko, żebym w tym «trudnym związku» cierpiała jak najmniej. Wierzyłam, że się o mnie zatroszczy. Połączyły nas dłuuugie rozmowy o wszystkim i na każdy temat. Nie mogłam uwierzyć i nie chciałam przyjąć do wiadomości, że on już ich nie potrzebuje. Nigdy go nie zawiodłam, zawsze byłam z nim i przy nim. On zawsze powtarzał, że wie o tym i widzi, jak bardzo go kocham i że nie chce mnie ranić. Wiedziałam, że cały czas kocha ją. Ale wypierałam to z mojej głowy, bo ból był nie do zniesienia. Ostatni raz był u mnie miesiąc temu i patrząc mi w oczy, zapewnił, że zrobi wszystko, żebym uwierzyła, że mu na mnie zależy i że nie chce mnie stracić. Wyszedł i nie odezwał się ani słowem, nie napisał, nie zadzwonił. Widujemy się w pracy, on mnie unika, choć musimy współpracować, nie podejmuje tematu o nas. A ja po prostu umieram z bólu, dlatego że tak bardzo się na nim zawiodłam jako na człowieku, przyjacielu. Mam żal nie o to, że mnie nie kocha, nie o to, że mnie zostawił, tylko o to, w jaki sposób to zrobił".

Wierzą, że odejdzie od żony

Mężczyzna przeważnie przedstawia kochance swoje małżeństwo jako nieudane. Że się wypaliło, że seks stał się nudny lub w ogóle zanikł, że żona zajęta jest wszystkim, tylko nie nim. W nowy związek wchodzi więc niejako dla ratowania siebie i wynagrodzenia sobie doznanych krzywd, a nierzadko też, żeby ukarać gnuśną lub po prostu niemłodą żonę. Jego wybranka z entuzjazmem występuje więc w roli ratowniczki. Jedna z nich wyznaje: "Czekam z utęsknieniem na kolejne spotkanie. I co mnie dziwi, nie mam absolutnie żadnych wyrzutów sumienia. Bo gdy jestem z NIM, to jestem szczęśliwa, czuję się dowartościowaną kobietą. Kombinuję, jakby tu z nim się spotkać i chcę jeszcze!!!".

Inna ma jednak skrupuły: "Wiem, że to, co robię jest złe, i boję się, że kiedyś to się wyda, ale dla tych kilku chwil szczęścia myślę, że warto".

Większość amatorek "lewych" związków wierzy, że w końcu facet, z którym mają romans, odejdzie od żony i na nowej drodze życia, tym razem z nią, będzie już trwać po kres swoich dni. Trudno powiedzieć, czy ta wiara to niemądra naiwność czy jakaś forma pychy.

Oto jeszcze jedno wyznanie: "Mam romans z żonatym mężczyzną, ma też dwójkę dzieci. Wiem, że to nie jest moralne, ale proszę, nie bluźnijcie na mnie. Trwa to kilka lat, ja oczywiście «mam» tylko jego. Mówił, że żona jest dla niego matką jego dzieci i bardziej ją szanuje niż darzy uczuciem. Wiele razy powtarzał, że mnie kocha do obłędu i jestem dla niego ważną i wyjątkową osobą. Wierzę mu w to na pewno (choć pewnie znajdzie się ktoś, kto stwierdzi, że jestem głupia). W domu wiele rzeczy robi z musu, z przyzwyczajenia. Rzadko się widzimy, z braku czasu i z powodu jego obowiązków. [...] Spędziliśmy kilka naprawdę przepięknych chwil, magicznych, pełnych ciepła, czułości i namiętności. Nie potrafimy się od siebie odłączyć. Ja niby wiem, że jestem dla niego ważna, ale tego nie czuję czasami".

Po powyższym zwierzeniu chciałoby się zakrzyknąć: Wy, te trzecie, pomyślcie, dlaczego wasi zdobyczni faceci kryją się przed żonami? Jesteście ich ucieczką od codzienności, z której nie są zadowoleni, choć sami biorą udział w jej kreowaniu. Nie umieją swego życia z żoną, w rodzinie urządzić ciekawiej. Wy macie im to zapewnić. A jak wybieracie podstarzałych, to chyba zdajecie sobie sprawę, że liczą na wasze młode ciała. One jeszcze może zdołają wykrzesać ogień z ich smutnych, zużytych trucheł, już niezdolnych dać rozkosz własnym żonom. Wiele z nich faktycznie mogło się zmęczyć i znudzić mozołem zaspokajania szwankującego libido męża. Czy nie czujecie się jak bawidełka uwalniające ich na chwilę od smugi cienia, monotonii i marazmu?

Dowartościowujecie tych przywiędłych adonisów swoją młodością. Przed wami pokazują się tylko z najlepszej strony, ukrywają wszystko, co wiedzą o nich żony. Nie chodzą przy was w rozciągniętych gaciach, nie puszczają bąków, nie dłubią w nosie. Myślicie, że tylko z wami jest im dobrze i tylko was pragną? Mylicie się. Jeśli tak by było, to zostaliby z wami na zawsze. Ile czasu na to czekacie? Miesiącami, latami? I co, nie przeszkadza wam, że oni ciągle wracają do żon, kupują im kwiaty, mówią: "Ależ jesteśmy razem szczęśliwi!". Trwa to tak długo, dopóki się nie wyda. Czasem sami się wygadają, czasem doniosą żonie życzliwi znajomi, czasem wy nie wytrzymacie i zrobicie fałszywy krok, pisząc list zaczynający się od słów: "Niech Pani mi odda swego męża, bo on już Pani nie kocha".

Walka do... upodlenia

Kochanka będzie walczyć o swoją zdobycz do upadłego, a czasem niestety do upodlenia. Walczy szczególnie drapieżnie, gdy wyczuje lub dowie się, że on się jeszcze waha. Wtedy wzmaga starania, posyła mu im tylko znane zaklęcia, robi sobie dla niego porno-selfie, przypomina miejsca schadzek, wrzuca do e-maili nagrania "ich" melodii z YouTube. Słowem, stara się, jak może i jak nie może, żeby znów przyciągnąć go do siebie. W tym zresztą przejawia się wspomniany brak klasy. Bo te nieliczne, które ją mają, widząc, że mężczyzna się zreflektował i chce wrócić do domu, robią krok do tyłu i zamykają ten rozdział w życiu, nawet jeżeli żal im atrakcyjnej (i intratnej) przygody.

Romansami z żonatymi zajmują się badacze od dawna. Już cytowałam autorów amerykańskich. Znalazłam również komentarze i teksty rodzime. W internetowym Miejscu Mocy tak pisze psycholożka Iwona Jędrusik: "Związek z żonatym mężczyzną może dostarczać bardzo silnych emocji. Kochankowie nie mają szansy znudzić się sobą, bo spotykają się rzadko. Aura czegoś zakazanego i konieczność utrzymywania tajemnicy — zwłaszcza na początku — może być bardzo ekscytująca i dająca sporo adrenaliny. Potajemne schadzki, atmosfera napięcia, niebezpieczeństwa — to wszystko podnosi temperaturę w tej relacji. «Zwykły», codzienny związek z drugą osobą nie daje aż takich emocji. To wszystko to jednak życie w iluzji, która miała być bezpieczna, a często kończy się bólem i rozstaniem. Trudno jest, będąc z kimś, nie angażować się, a z kolei angażując się, nie chcieć więcej dawać i brać w związku. A taki związek jest nierówny, ponieważ «ta druga» kobieta nie może niczego oczekiwać od żonatego kochanka i nie ma praw, na przykład, do okazywania uczuć publicznie, do jego czasu, do dzwonienia do niego, kiedy tego chce, do uczestniczenia w jego życiu. Taki związek polega dla kochanki na ciągłym dostosowywaniu się".

Jak na zamówienie natrafiam na następujący wpis: "Witam, potrzebuję rady, jak to ogarnąć... Spotykamy się półtora roku, od samego początku jasno ustalona zasada: mam żonę itd... Spoko, wchodząc w to, wiedziałam, że to nic poważnego, tylko po prostu romans. Było cudownie, dziesiątki tysięcy smsów, spotkania na noc lub na kawę. Między nami wytworzyła się bardzo fajna, ciepła relacja. [...] Teraz wygląda to tak: od kilku tygodni on się zaczął dystansować, coraz rzadziej pisać, nie odpowiadać na moje wiadomości. Wczoraj przyznał mi się wreszcie, że ochładza stosunki ze mną. Na pytanie, ale dlaczego, co się stało, zero odzewu! [...] No i jest zero odzewu, ja czekam, denerwuję się, staram się jakoś sprowokować go do tego, żeby ze mną pogadał, ale nie w jakiś chamski sposób, tylko tak normalnie, ale jest cisza. I tak sobie myślę, czy to normalne, że faceci tak robią? Nie wydarzył się między nami jakiś hardcore, żeby był na mnie zły czy coś, ot tak, po prostu, zero odzewu. Jestem zrozpaczona, nawet nie tym, że najprawdopodobniej to koniec, ale tym, że mnie teraz tak traktuje, zero szacunku. Ogarnia mnie straszna wściekłość, że człowiek, który był mi tak bliski, odstawił mnie jak rzecz, bez słowa wyjaśnienia. W jaki sposób mam to sobie wytłumaczyć, żeby czuć się lepiej?".

Służę radą

Pyta pani, jak to ogarnąć? Służę więc radą. Proszę spojrzeć prawdzie w oczy. Ta historia, w jaką pani się wplątała, tak właśnie się kończy. Niech pani przeczyta, co napisały na ten temat pani koleżanki.

Oto pierwszy wpis: "Romans z facetem mającym żonę to sport ekstremalny, gdzie na początku czuje się zastrzyk adrenaliny i wiele frajdy, ale potem nierzadko musi się lizać rany po bolesnym upadku. To męczarnia nie do opisania".

I drugi: "Wplątałam się w taki układ kilka miesięcy temu. To potwornie bolesna gra na uczuciach i ciągłe poczucie niedosytu. Żonaty mężczyzna zawsze będzie zapewniał, że nie układa mu się w domu... że kłóci się z żoną, że nie dogadują się i że ją zostawi itp. Nikomu nie polecam tego układu. Mnie się to przytrafiło, bo znalazłam się na zakręcie życiowym. Na chwilę obecną wszystko skończone, ale boli bardzo to, że nie ma się wyłączności na tę drugą osobę... i gdy chcesz się do niego przytulić, to go po prostu nie ma, bo jest z żoną i dzieckiem. Totalnie odradzam i przestrzegam!!! Wielu jest wolnych wspaniałych mężczyzn. Lepiej poszukać dłużej i ułożyć sobie fajny związek, a nie takie «nie wiadomo co», bez przyszłości".

Mam nadzieję, że to pani wystarczy. Muszę jednak panią ostrzec. Jak już zostanie pani kiedyś żoną prawowitego męża, to wcale nie będzie znaczyło, że jakaś niewyżyta singielka nie zrobi pani tego, co pani zrobiła żonie tego pana, który ma teraz dla pani "zero szacunku" i "zero odzewu". Nie życzę tego pani, ale wykluczyć tego nie możemy, nieprawdaż? Nie wiem, czy będzie to pociechą, ale nie tylko kobiety-żony i kobiety-kochanki cierpią z powodu męskiej bezduszności, nielojalności i hipokryzji oraz tego ich "zera szacunku i zera odzewu".

Oto, dla odmiany, skarga doświadczonego w tej dziedzinie mężczyzny: "Poznałem uroczą młodą, wolną kobietę. Po niespełna trzech miesiącach odszedłem od żony po 28 latach małżeństwa. Wyłącznie dla Niej. Świata nie widziałem poza Nią. A teraz co? Teraz jestem znowu sam ... ... ... zawiodłem się".

Nasuwa mi się tylko jeden komentarz: "I dobrze ci tak, bracie".


Fragment książki Ewy Woydyłło "Ludzie, ludzie". Wydawnictwo Literackie. Premiera: listopad 2016 r.

Ewa Woydyłło jako psycholog zajmuje się leczeniem uzależnień w Ośrodku Terapii Uzależnień Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. W ramach Fundacji im. Stefana Batorego kieruje Regionalnym Programem Przeciwdziałania Uzależnieniom. Jej dziełem jest rozpowszechnienie w Polsce leczenia według tzw. modelu Minnesota, opartego na filozofii Anonimowych Alkoholików.

Autorka książek m.in.: Zaproszenie do życia; Wyzdrowieć z uzależnienia; Sekrety kobiet; My-rodzice dorosłych dzieci; W zgodzie ze sobą; Podnieś głowę; Rak duszy. O alkoholizmie; Buty szczęścia; Bo jesteś człowiekiem; Dobra pamięć, zła pamięć.

Śródtytuły pochodzą od redakcji.

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

INTERIA/materiały prasowe

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje