Sposoby na współczesne mezalianse

Sądzimy, że należą do przeszłości. Lecz wciąż istnieją różnice, które sprawiają, że na niektóre związki patrzymy niechętnie. Wciąż musimy bronić się przed brakiem akceptacji i nie pozwalać, by niszczył nasze rodziny...

Dawniej mezaliansem nazywano na przykład związek panny służącej z zamożnym mężczyzną. Sztywny podział na klasy społeczne uniemożliwiał im wspólne życie w formalnym związku. I choć wydaje się, że te czasy minęły, a miłość jest najważniejsza, dalej istnieją podziały sprawiające, że otoczenie nie akceptuje naszego życiowego partnera. Wykształcenie, pochodzenie lub styl życia nadal stanowią barierę nie do pokonania. Choć dziś znajdujemy inne usprawiedliwienia i wyjaśnienia dla naszych uprzedzeń.

Moim grzechem jest to, że nie pochodzę z gór

Reklama

Dagmara , 36 lat, wyszła za mąż za górala:

- Mieszkam na Podhalu ponad 10 lat, ale wciąż czuję, że nie zostałam zaakceptowana. Przeciwnie, nadal jestem obcą, która nie rozumie miejscowych ludzi ani zwyczajów. Przechodziłam już różne etapy radzenia sobie z tym problemem. Najpierw chciałam udowodnić rodzinie męża, że też jestem coś warta. Później usiłowałam się do nich upodobnić i przeżywałam bunt, gdy mi się nie udawało. Teraz czas zrobił swoje, więc trochę zobojętniałam. Ale ciągle nie tracę nadziei, że przekonam ich do siebie.

Myślałam, że gdy się lepiej poznamy, lody stopnieją

- Męża poznałam na wakacjach. Żeby było śmiesznie, nad morzem, w Łebie. Na początku nie wiedziałam, że jest góralem, bo przyjechał z kolegami z Krakowa i nie mówił gwarą. Po dwóch latach związku na odległość oświadczył się. Wtedy pojechałam do jego rodziny na święta. Na początku byłam zachwycona pięknym, dużym domem w malowniczej dolinie, kultywowaniem tradycji. Martwił mnie jednak chłód, z jakim traktowali mnie przyszli teściowie. Nie spodobało im się, że Andrzej zakochał się w dziewczynie z lubelskiego blokowiska, w dodatku z rozwiedzionej rodziny.

- Pocieszałam się, że gdy się lepiej poznamy, lody stopnieją. Na próżno. Nie kłóciliśmy się, ale na każdym kroku dawano mi do zrozumienia, że jestem intruzem. Bo czegoś nie rozumiem, nie gotuję, jak lubią, słabo jeżdżę na nartach. Moje próby wtopienia się w ich środowisko przyjmowano z uśmiechem politowania. Usłyszałam kiedyś, że trzeba być góralką od pokoleń, żeby nosić regionalne stroje i mówić tutejszym językiem. Nikt inny nie ma tego prawa. Teściowie nie chwalą niczego, co zrobię: nie podobają im się imiona naszych córek ani to, jak je wychowuję.

- Krytykują wystrój domu i fakt, że Andrzej sam sobie prasuje. W rezultacie, choć mąż ma czwórkę rodzeństwa i wielu kuzynów w podobnym wieku, nie mam wśród nich serdecznych mi osób i czuję się bardzo samotna. Trzymam się z kobietami, które jak ja przyjechały z daleka. Andrzej zachowuje neutralność. Nie bierze niczyjej strony, choć ta sytuacja sprawia mu przykrość. O przeprowadzce nie chce słyszeć. Prowadzi dobrze prosperującą firmę, zresztą nie umiałby żyć gdzie indziej. Tylko co ze mną? Od początku miałam dobre chęci. Moim grzechem jest chyba jedynie to, że nie pochodzę z Podhala.

Dla rodziny męża liczą się tylko pieniądze

Iwona, 28 lat, ma bogatych teściów:

- Niedługo przenosimy się do nowego domu, ale nie umiem się tym cieszyć. Przez ostatnie lata dawano mi do zrozumienia, że nic, co osiągnęliśmy jako rodzina, nie jest moją zasługą. Dom też zbudowaliśmy dzięki moim teściom, którzy są właścicielami dużej firmy budowlanej. Nieustannie słyszę, że poślubiłam Jarka dla pieniędzy, że przyszłam na gotowe, bo jako nauczycielka pracuję tylko kilkanaście godzin w tygodniu. Nigdy nie zależało mi na majątku i aluzje rodziny męża wychodzą mi bokiem.

Moje dyplomy nie są dla nich ważne

- W moim mieście teściowie należeli do najbogatszych mieszkańców. Kiedy zaczynałam chodzić z Jarkiem, nie robiły na mnie wrażenia jego willa, drogi samochód ani fakt, że jego rodzice zatrudniali gosposię i ogrodnika. Nie miałam kompleksów. W liceum należałam do najzdolniejszych, studia skończyłam z wyróżnieniem. Wtedy teściowie nie robili nam trudności. Ale wszystko zmieniło się, kiedy powiedzieliśmy, że zamierzamy się pobrać.

- Zaczęło się od niewinnych żartów o posagu. Ale poważne kłótnie wybuchły już przy ślubie. Jestem jedynaczką, lecz moich rodziców nie było stać na wystawne przyjęcie. A zgodnie z tradycją to rodzina panny młodej pokrywa koszty wesela. Teściowie chcieli zaprosić ponad 200 osób - w tym swoich największych kontrahentów. Ostatecznie sami za to zapłacili. Ale naturalnie nie zapomnieli mi o tym przypomnieć jeszcze kilkanaście razy.

- To był tylko wstęp. Od tamtej pory wytykają mi każdy grosz, który wydali na przykład na drogie prezenty dla wnuków. Moje osiągnięcia w pracy nie robią na nikim wrażenia. Bez znaczenia jest fakt, że moi uczniowie wygrywają olimpiady, że pomimo młodego wieku dostałam nagrodę ministra edukacji. Jestem tylko nierobem, który niezasłużenie korzysta z luksusu. Czy to się kiedyś zmieni?

A właściwie o czym wy rozmawiacie w domu?

Bogna, 45 lat, dentystka, wyszła za mąż za mechanika:

- Z Wojtkiem jesteśmy razem kilkanaście lat. Przez ten czas ani przez chwilę nie żałowałam, że się z nim związałam. Jest świetnym mężem i opiekuńczym ojcem. Nigdy się na nim nie zawiodłam, jesteśmy bardzo szczęśliwi. Byłoby wręcz idealnie, gdyby nie jedna rzecz. Niechęć mojej rodziny i znajomych do Wojtka. Dlaczego? Bo mój mąż, w przeciwieństwie do nich, nie ma wyższego wykształcenia. Skończył samochodówkę i pracuje jako mechanik.

"Nie myl namiętności z prawdziwą miłością"

- Sama miałam mnóstwo wątpliwości, gdy nasz związek z romansu przeistoczył się w coś poważniejszego. Przyznaję, że na początku nie traktowałam go serio. Ot, fajna przygoda z przystojniakiem, który przyjmował moje auto do naprawy. Rozbroił mnie tym, że nie wahał się zaproponować mi randki po kwadransie znajomości. Zaproszenie przyjęłam z ciekawości, poza tym akurat rozstałam się z długoletnim narzeczonym i potrzebowałam odskoczni.

- Wojtek był zupełnie inny od mężczyzn, z którymi się umawiałam. Pogodny, uważny, traktował mnie jak księżniczkę. Ale nie dawał sobie wejść na głowę. Wbrew przestrogom znajomych nie nudziliśmy się razem. Oczywiście, nie wiedział wielu rzeczy, lecz miał ogromne poczucie humoru, wrażliwość i wszystko łapał w lot. Po szkole musiał prędko się usamodzielnić, żeby zacząć zarabiać. Był najstarszy w wielodzietnej rodzinie, a jego mama wcześnie została wdową. Podobało mi się, że jest taki odpowiedzialny i zaradny. W łóżku też zgraliśmy się fantastycznie.

- Gdy wyjechałam na zagraniczny staż, myślałam, że nasz związek się rozpadnie. Ale byłam już zakochana i tęskniłam za nim jak szalona. Gdy po powrocie poprosił mnie o rękę, nie powiedziałam nie. Moi bliscy i przyjaciele stawali na głowie, by odwieść mnie od tej decyzji. Ja - dentystka z prywatną praktyką, z inteligenckiej rodziny, i prosty robotnik? "Nie myl namiętności z prawdziwą miłością" - ostrzegali.

- Wojtka traktowali uprzejmie, ale chłodno. To się, niestety, nie zmieniło. Z powodów ich uprzedzeń musiałam zrezygnować z wielu kontaktów. Zachowanie znajomych na imprezach było nie do zniesienia, bo Wojtka mało kto zauważał. Koleżanki często pytały: "A właściwie o czym wy rozmawiacie w domu?". Fakt, że dzieli nas różnica wykształcenia wciąż wzbudza emocje i prowokuje do złośliwych komentarzy. Nie mogę zrozumieć, czemu ludzie są tak powierzchowni. Dlaczego nie doceniają zalet mojego męża? Przecież nigdy nie podjęli wysiłku, by go lepiej poznać i dać mu szansę. A on zasłużył na to jak mało kto.

Maria Barcz

Dowiedz się więcej na temat: Miłość

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje