Wyjść z domu i zniknąć

Wpadłaś w długi? Straciłaś pracę? Wdałaś się w romans, z którego teraz nie potrafisz się wyplątać? Zniknij. Takie rozwiązanie każdego roku wybierają tysiące Polek, o których mówi się, że „zniknęły bez śladu”.

Agata założyła krótki, brązowy płaszcz, granatowe trampki i  wyszła z mieszkania na Ursynowie. Monika opuściła szpital  w Choroszczy i oddaliła się w nieznanym kierunku. Justyna pojechała porannym autobusem do szkoły w Kutnie. Żadna z nich nie wróciła już do domu. Kilka tysięcy podobnych przypadków co roku jest zgłaszanych na policję jako zaginięcia.

Reklama

W naszym kraju statystyki zaginięć rosną z roku na rok. W 2014 osiągnęły rekordową liczbę 20 tys. Połowę tej grupy stanowią kobiety, w dużej części młode, mające nie więcej niż 50 lat.

Mimo że ta liczba robi wrażenie, tylko za niewielkim jej odsetkiem kryją się  dramatyczne historie. Zabójstwa, porwania, kradzieże stanowią przyczynę zaledwie 2-5 proc. przypadków. O wiele więcej jest problemów zdrowotnych, zaników pamięci czy przejawów niefrasobliwości. Policja na swojej stronie internetowej chwali się coraz większą skutecznością w poszukiwaniach i podkreśla, że większości przypadków zaginiony  odnalazł się w ciągu pierwszych  14 dni od zaginięcia.

Jednak pozostałe kilka procent spraw zwykle na lata pozostaje tajemnicą. Czasem w jej nierozwiązaniu interes mają sami zaginieni.

Raz -dwa-trzy, znikasz ty!

"Moje życie się skończyło. Chcę zacząć wszystko od nowa z dala od osób, które robią mi tyle krzywdy. Chłopak wykończył mnie psychicznie (...)... Proszę was, powiedzcie, macie jakiś pomysł jak zniknąć?" - pisze na jednym z forów użytkowniczka, podpisująca się pseudonimem "totylkoja".

Pod jej wpisem rady "wyjedź, najlepiej za granicę", "zatrzymaj się u rodziny, której on nie zna", "wynajmij jakiś pokój, znajdź dorywczą pracę" i wyznania w rodzaju: "ja też chętnie bym tak zrobiła".

Autorem tego wpisu mógłby być każdy. Bo, wbrew stereotypom, z domu uciekają nie tylko nastolatki. Często "życie na gigancie" wybierają też dojrzałe,  wykształcone i, przynajmniej z pozoru,  stabilne społecznie i finansowo kobiety.

Ucieczka "nastoletnia" od "dorosłej" zwykle różni się motywem. Młodzi uciekają do czegoś: do lepszego życia, do swojej pierwszej miłości, do wolności, której rodzice im odmawiają i do wymarzonej dorosłości.  Dorośli zaginieni odwrotnie. Oni uciekają od czegoś: od długów, od złego partnera, od podjętych zobowiązań.

- Młodzi ludzie często uciekają z domu pod wpływem emocji, starsi zwykle przez problemy życiowe, choroby, a także w wyniku problemów finansowych - tłumaczy Sylwia Kaczan z Fundacji Itaka. - Ludzie wchodzą w dorosłe życie i zaczynają mieć zobowiązania finansowe. Środki, którymi dysponują, okazują się niewystarczające na zaspokojenie ich potrzeb.  W konsekwencji popadają w długi, których nie są w stanie spłacić. Jedyne rozwiązanie, jakie przychodzi im do głowy, to ucieczka od problemów i dotychczasowego życia.

Do braku zaradności często dochodzą problemy zdrowotne wywołane stresem: nerwica, czasem depresja. Taka kombinacja zwiększa poczucie beznadziei i sprawia, że człowiek zaczyna myśleć, że zniknięcie bez śladu jest jedynym dobrym rozwiązaniem.

Mamo, tato, nie szukajcie

Wpisy podobne do tego, którego autorką jest "totylkoja", w polskim  internecie należą do rzadkości. Być może dlatego, że wbrew pozorom starannie przygotowana ucieczka wcale nie jest normą. W przypadku wielu zaginięć, to impuls zdecydował o ucieczce.

- W wielu przypadkach zła atmosfera wokół późniejszego zaginionego narasta przez lata. Aż  któregoś dnia wybucha  kłótnia, ktoś powie o jedno słowo za dużo, wyrządzi przykrość i czara się przelewa. Późniejszy zaginiony podejmuje decyzję o ucieczce - mówi Kaczan. - Przed zniknięciem bliscy zwykle nie zauważają, że właśnie została przekroczona jakaś granica. Jednak potem, już po zaginięciu, większość z nich potrafi wskazać ten przełomowy moment, w którym została podjęta decyzja o oddaleniu się.

To od tego momentu zaczynają się zwykle przygotowania do ucieczki: zbieranie oszczędności, pakowanie, organizowanie miejsca na tymczasowy pobyt. I to wtedy pozostawia się ślady, na podstawie których rodzina prowadzi później poszukiwania.

Bez zwrotnego adresu

Ślady zostają w przeglądarkach, w notatkach, na kontach bankowych, monitoringu. Z tych strzępków policja i rodzina próbuje odtworzyć dalsze losy zaginionych. Policja, gdy poszukiwania  nie posuwają się do przodu, zwykle poddaje się po kilku miesiącach. Rodzina, najczęściej, nigdy.

Przez pierwsze godziny i dni obdzwaniają znajomych, objeżdżają szpitale i ulubione miejsca zaginionego. Potem rozwieszają plakaty, rozpoczynają rozsyłanie zdjęć zaginionego na portalach społecznościowych. Komu wystarcza pieniędzy, wynajmuje detektywa. Kto oprócz pieniędzy ma też wiarę, korzysta z pomocy księdza lub jasnowidza. Często bezskutecznie. I czasami wbrew woli zaginionych.

Ci ostatni na wieść, że ktoś gorączkowo ich poszukuje, wpadają w złość. Żądają od policji zaprzestania poszukiwań. Sylwia Kaczan mówi o zaginionych, którzy dzwonili do fundacji z pretensjami, że w prasie opublikowano ich zdjęcia. Albo przeciwnie, byli zadowoleni z poszukiwań. Tyle, że nie czuli się jeszcze gotowi na odnalezienie.  W takich przypadkach osoba zaginioną pozostaje już tylko dla rodziny, która nie mogąc kontynuować poszukiwań, nadal nie wie, gdzie znajduje się ich najbliższy.

- Bywa tak, że zaginieni dzwonią do Fundacji i za naszym pośrednictwem chcą przekazać rodzinie kilka słów. Mówią, że w tej chwili nie czują się gotowe, żeby wrócić do domu. Że wstydzą się odezwać do rodziny, bo na przykład pożyczyli pieniądze, wyjechali za granicę i coś im się nie udało - dodaje Kaczan. -  Takie osoby często mówią, że kiedy ich sytuacja poprawi się na tyle, że będą mogli powiedzieć swoim bliskim o czymś innym, niż tylko o porażce, wrócą do domu. A na razie proszą o przekazanie krewnym wiadomości albo listu bez zwrotnego adresu.

Powszechne szaleństwo

Takie listy, podobnie jak plotki, strzępki informacji czy nawet sny, sprawiają, że rodzina, mimo braku efektów,  latami kontynuuje poszukiwania.

W tym miesiącu minęło 5 lat od zaginięcia Iwony Wieczorek. Mimo, że poszukiwania z udziałem policji, słynnego jasnowidza i jeszcze słynniejszego detektywa nie odniosły skutku, jej matka w jednym z ostatnich wywiadów wyznała, że ciągle nie traci nadziei, że jej córka żyje.  Szaleństwo? Może, ale w rodzinach zaginionych dość powszechne.

Kiedy Marlena zniknęła po raz pierwszy, miała 13 lat. Poszła do szkoły, potem, jak twierdziła,  jeszcze na chwilkę do sklepu po prezent urodzinowy dla koleżanki, a potem przestała odbierać telefon. Przez trzy dni. Wróciła po to, by za kilka tygodni ponownie zniknąć. I tak znowu, I jeszcze kilka razy.

Półtora roku temu Marlena zniknęła na dobre. Jej mama, Anna, podejrzewa że pewnie wyjechała gdzieś ze starszym od niej, pełnoletnim chłopakiem. Że pewnie był alkohol, może narkotyki,  szemrane towarzystwo i źli ludzie, którzy wykorzystali jej dziecko. Że gdyby policja działała sprawniej, gdyby spróbowali namierzyć dziecko śledząc sygnał z jego telefon komórkowego, gdyby jeździli w miejsca, które ona wskazywała, może Marlena teraz byłaby już w domu. I może, gdyby szczęście dopisywało bardziej, to udałoby się znaleźć dziecko tam, gdzie wskazał słynny jasnowidz.

 - Kiedy ginie dziecko, w głowie rodzica pojawiają się uczucia, które tworzą zabójczą mieszankę. Takie doświadczenie wykańcza fizycznie i psychicznie. Przechodzisz przez wszystkie etapy, tak jak w żałobie: przez złość, żal, obwinianie siebie.  - mówi Anna.

Gorzej niż żałoba

Tylko że, jak mówi Kaczan, zaginięcie bliskiej osoby jest jeszcze gorsze niż żałoba.

- Kiedy umiera ktoś bliski, wszystko toczy się po kolei, etap po etapie. Najpierw jest ciało, potem pogrzeb, a na końcu grób, który można odwiedzać. Mamy czas, żeby bliskiego pożegnać na zawsze. W przypadku rodzin zaginionych nic nie jest na zawsze. Znam ludzi, którzy już opłakali swoich krewnych, a gdy pojawiła się jakaś nowa informacja o nim,  nadzieja rodziła się na nowo i tak w kółko.

Większość  rodzin zaginionych po początkowym etapie rozpaczy i poszukiwań wraca do codziennego życia. Codziennego, co nie znaczy normalnego, bo te osoby latami trwają w zawieszeniu między nadzieją a żałobą. Nadzieja odradza się z każdą nową informacją, albo, bardziej sentymentalnie, w okolicy Bożego Narodzenia czy urodzin zaginionego. Żałoba jest na co dzień. I nie kończy jej nawet sądowe uznanie zaginionego za zmarłego.

 - Często praktyczne względy zaważają na tym, że po wielu latach poszukiwań rodziny występują do sądów z wnioskiem o uznanie osoby zaginionej za zmarłą. I rzeczywiście, sądy zwykle do tego się przychylają - mówi Kaczan. - Jednak, gdy rozmawiamy z takimi rodzinami, to mówią, że ten promyk nadziei zawsze w nich jest.

Anna mówi, że nadziei na odnalezienie córki nie straciła ani na chwilę.

  - Miałam kiedyś sen - opowiada. -  W życiu tak nie płakałam. Śniła mi się córka, która cierpiała, ale jednocześnie nie pozwalała sobie pomóc. Wiedziałam, że ona bardzo potrzebowała ratunku i że ona bardzo potrzebuje go nadal. Tylko, że ja nie jestem w stanie jej pomóc. Zrobiłabym dla niej wszystko, gdybym tylko wiedziała, gdzie jest... Marlenko, odezwij się, daj znak, że żyjesz. Mamy do uzupełnienia album, który od ciebie dostałam...


Aleksandra Suława

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje