Większe kobiety są niewidzialne

- Nie przystajemy do obowiązującego ideału. Jesteśmy niewidzialne, nie znajdujemy się w zakresie zainteresowań projektantów - mówi o kobietach size plus modelka Magdalena Gierczak.

Katarzyna Pruszkowska: - Jesteś modelką. Zawsze chciałaś nią być?

Reklama

- Nie, nie. Na początku to była tylko zabawa, jedna sesja. Pewien fotograf zaproponował mi wykonanie aktów. Wtedy, mimo że byłam o 5 kilogramów lżejsza, niż teraz, nie zgodziłam się. Powiedziałam, że zdjęcia rozbierane absolutnie nie wchodzą w grę. Fotograf stwierdził, że zrobimy portrety. I cóż...Tak mi się spodobało pozowanie, fotografie, które wtedy powstały, że pomyślałam: fajnie byłoby to robić. Fotograf, bardzo szarmancki mężczyzna, taki "przedwojenny", powiedział mi, że jestem bardzo fotogeniczna. Stwierdzałam, że kto jak kto, ale on się zna [śmiech]. Można więc powiedzieć, że zaczęło się od chęci sprawdzenia siebie przed obiektywem.

Masz sporo zleceń? Jakie modelki są najczęściej zatrudniane?

- Teraz najwięcej zleceń mają dziewczyny w rozmiarach 38, 40, 42, wysokie, z większym biustem, płaskim brzuchem, szerszymi biodrami. Poszukiwane są kobiety o figurze gruszki, klepsydry, nie jabłka. W Polsce od rozmiaru 44 jest coraz mniej zleceń, ale za granicą większe panie mają naprawdę sporo pracy: chodzą na wybiegach, pracują dla magazynów. Wiem, że kiedyś u nas będzie podobnie, ale tymczasem wszystko jest w powijakach. Teraz tylko niektóre media decydują się na zatrudnienie modelek size plus, ale za parę lat będą to robić wszyscy.

Gosia Baczyńska powiedziała niedawno, że nie ma zamiaru tworzyć ubrań dla większych kobiet. Jak myślisz, dlaczego większość czołowych projektantów nie chce angażować się we współpracę z agencjami modelek size plus?

- Bo ubranie takich modelek jest wyzwaniem. Na bardzo szczupłych modelkach z małym biustem każdy ciuch ułoży się rewelacyjnie. Ale na ciele kobiety, która ma biust, lekko wystający brzuszek - materiał się podnosi, marszczy, fałduje. Bez wątpienia trzeba odpowiednio skroić ciuch, bardziej się nad nim napracować. Może wynika to z uprzedzeń, przekonania projektantów, że większe kobiety są niepełnowartościowe.

Skąd takie przekonanie?

- Sama nie wiem, po prostu nie przystajemy do obowiązującego ideału. Jesteśmy niewidzialne, nie znajdujemy się w zakresie zainteresowań projektantów. Nie do końca to rozumiem, bo przecież to przemysł. Każda firma chce sprzedawać swoje produkty, zarabiać. A kobiet z nadwagą jest sporo, one też chcą się dobrze i ładnie ubrać. Rynek powinien się do nas dopasować. Naprawdę sądzę, że więcej jest kobiet w rozmiarze 40, niż 34.

A gdzie Ty się ubierasz?

- W sieciówkach, gdzie czasem można trafić na naprawdę ładne ubrania. Chociaż w Polsce działy plus size nie są tak dobrze zaopatrzone, jak za granicą. Np. w polskim H&M ciuchy na większe kobiety przypominają worki, a w niemieckim - są o wiele ładniejsze, bardziej różnorodne. Uwielbiam też lumpeksy. Można w nich trafić na prawdziwe perełki, oryginalne ciuchy, których nikt nie będzie miał. Najbardziej lubię marki brytyjskie, które najlepiej układają się na mojej sylwetce, najlepiej jej służą.

Kiedy decydowałaś się na pracę modelki nie pomyślałaś "jestem krąglejsza, niż inne modelki, nie nadaję się"? Nie miałaś kompleksów?

- Kompleksy ma każda kobieta. To nie tak, że nie miałam żadnych, że teraz nie mam. Ale nie mają już na mnie takiego wpływu, jak dawniej. Pozowanie, paradoksalnie, tylko mi pomogło. Pozwoliłam sobie zobaczyć siebie w innym świetle. Tak, jestem okrąglejsza, nie, nie mam figury modelki chodzącej po pokazach znanych projektantów. I co z tego? Czuję się atrakcyjna, nie czuję się gorsza. Po co mam się tym wszystkim zadręczać: że mam fałdki, że mam cellulit, że tu czy tam mi wystaje? Wystaje. I co z tego? Pozowanie pomogło mi spojrzeć na siebie oczami innych ludzi, spotkałam się z bardzo pozytywnym odbiorem, usłyszałam wiele ciepłych słów. To nie było tak, że w ciągu jednej sesji całkiem zmieniłam o sobie zdanie. Musiałam pracować z emocjami, nie chodziłam co prawda na terapię, ale musiałam zrozumieć, że nie muszę być doskonała, bo nikt nie jest doskonały.

- Niedawno moja przyjaciółka zobaczyła moje rozstępy; mam ich trochę nad pupą i zawsze się ich wstydziłam. A ona powiedziała: jakie ładne, wyglądają, jak u tygryska. To dobry przykład: ja uważałam, że coś jest brzydkie, a ona zobaczyła w tym piękno.

Na początku rozmowy powiedziałaś, że kiedyś nie zdecydowałabyś się na akty, a wiem, że masz już taka sesję za sobą...

- Tak, kiedyś nie było o tym mowy. Dostałam kilka takich propozycji, ale zawsze konsekwentnie odmawiałam, nawet się nie zastanawiając. Ale potem, kiedy dostałam kolejną, pomyślałam sobie: a właściwie dlaczego nie? Przecież nie mam takich zdjęć w portfolio. Sesja była bardzo miła, odbyła się w kameralnej atmosferze - tylko ja i fotograf.

Nie wstydziłaś się?

- Nie, wcale. Ja czuję się u fotografa tak, jak u lekarza, tak to odbieram. Fotograf widział już wiele kobiet, wie, jak wygląda kobiece ciało, zna jego niedoskonałości. Poza tym, jeśli ktoś proponuje mi sesję, jest zdecydowany na pracę ze mną.

Jaka była Twoja pierwsza myśl, kiedy zobaczyłaś efekty sesji?

- Pomyślałam "rany, ale to ładne!". To była bardzo subtelna, delikatna sesja. W dobrym guście. Poza tym miałam już pewne doświadczenie w modellingu, więc moje ciało było rozluźnione, ładnie się układało.

Zawsze miałaś taką świadomość własnego ciała?

- Nie, wcale. Dopiero fotomodelling pomógł mi się wielu rzeczy nauczyć, wiele zrozumieć. Oczywiście cały czas się uczę, ale już wiem, jak ustawić się tak, by podkreślić swoje atuty, a ukryć wady. To też zasługa dobrych fotografów z którymi miałam szczęście współpracować.

Co sądzisz o przekonaniu części niezadowolonych z siebie kobiet, które mówią "skoro jestem brzydka nie ma sensu o siebie dbać, inwestować w kosmetyki, fryzjera. To niczego nie zmieni"?

- To nie jest dla mnie nic nowego, sama też kiedyś tak myślałam: że jestem gruba, że to nie ma sensu, że po co marnować kosmetyki na takiego grubasa, skoro to niczego nie zmieni, nie pomoże. Ale to nieprawda. Kiedy kobiet dba o siebie, czuje się lepiej. A kiedy czuje się lepiej - to naprawdę widać. To nie tajemnica, że ludzie inaczej zareagują na zaniedbaną kobietę, z tłustymi włosami, bez makijażu, w szarej sukience przypominającej wór pokutny i oczami wlepionymi w podłogę, a inaczej na zadbaną. Warto zastosować metodę małych kroków: zacząć się malować tak, by podkreślić urodę, pójść do dobrego fryzjera, wyrzucić te bure worki i wybierać kobiece, dopasowane ubrania. Tak było ze mną i to przełożyło się też na moja figurę. Kiedy zaczęłam bardziej o siebie dbać, zaczęłam też zwracać większą uwagę na to, co jem, częściej się ruszać. I schudłam, sama nie wiem kiedy, naprawdę bez wysiłku.

Często spotykasz się z osobami, które krytykują Twój wygląd?

- Nie, teraz spotykam się z pozytywnymi reakcjami, nawet zupełnie obcych osób. Ale kiedyś zdarzały się niemiłe sytuacje, głupie uwagi, które sprawiały, że nie miałam ochoty wychodzić z domu. Ale nie teraz, teraz sobie nie wyobrażam, żeby opinia innych mogła mieć na mnie aż tak wielki wpływ.

Zgodzisz się ze zdaniem, że kobiety najczęściej spotykają się z krytyką ze strony innych kobiet?

- Tak, sporo w tym prawdy. Mężczyźni zwracają większą uwagę na szczegóły: ładne włosy, jędrny biust czy pupę. Jasne, kiedy są nastolatkami mówią, że podobają im się kobiety lansowane w mediach, ale potem nie wstydzą się przyznać, że lubią kobiety "większe", które mają piersi, biodra, brzuszek. Z kobietami jest znacznie gorzej. Ale ja uważam, że nie bez powodu. Krytykują, bo same podlegają nieustannej ocenie i krytyce, same wobec siebie są przesadnie krytyczne. Często te panie, które z pogardą wypowiadają się o ciałach i fałdkach innych kobiet same mają problem: ze swoimi ciałami i ze swoimi fałdkami.

 

Dowiedz się więcej na temat: Monika Pietrasińska | zdjęcie | foto | moda

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje