Randka w kolorze blue

Nie chciałem rozczarować Amelii, dlatego sięgnąłem po... "wspomaganie".

Kiedy usłyszałem, jak Amelia śpiewa Ave Maria, z trudem powstrzymałem łzy wzruszenia. Jej głos był krystalicznie czysty i taki natchniony, że aż ciarki przeszły mi po plecach. W kremowej sukni w niebieskie kwiatuszki wyglądała jak anioł. A przecież nie jest młódką. Myślę, że ma pod sześćdziesiątkę, ale w ogóle nie widać po niej tego wieku. "Może to kwestia jej pogodnego usposobienia, a może genów?", myślałem.

Reklama

Nie miałem wątpliwości, że Amelia to najszykowniejsza babeczka w naszym przykościelnym chórze. Nic dziwnego, że organista ciągle kazał jej śpiewać solówki. Już ja dobrze wiedziałem, co temu niecnocie, Włodkowi, chodzi po głowie! Na szczęście, Amelia nie była wrażliwa na jego umizgi. Zauważyłem natomiast, że ostatnio coraz łaskawszym okiem spogląda na mnie! To mi dodało odwagi. Zacząłem więc śmielej na nią zerkać. A kilka razy to nawet odprowadziłem ją po chórze do domu, ale rozmowa jakoś nam się nie kleiła. W sumie nic dziwnego, moja żona, Panie, świeć nad jej duszą, zmarła dziewięć lat temu i trochę wyszedłem z wprawy w prowadzeniu rozmowy z kobietą. A i Amelia była mniej gadatliwa od mojej Ewy, która wiecznie nadawała. Zacząłem zastanawiać się, jak by tu ją sobą zainteresować i wtedy przypomniałem sobie, jak w młodości zaczepiałem dziewczyny. Może to i staromodne, ale ja przecież też nie jestem najświeższej daty. I któregoś dnia na jej grzeczne powitanie powiedziałem z ciężkim westchnieniem:

- Nie witam się ze złodziejką!

Popatrzyła na mnie osłupiała.

- O czym pan mówi? I jak pan śmie?!...

- A jak mam panią nazwać? - przerwałem jej w pół słowa i, wskazując palcem w jej bujną, falującą teraz świętym oburzeniem pierś, powiedziałem:

- To przecież pani skradła mi serce.

Amelia cała pokraśniała ze zdziwienia, ale i z zadowolenia.

- Tak, tak - pokiwałem smutno głową. - Od dawna już do pani wzdycham, ale pani w ogóle nie zwraca na mnie uwagi.

- Naprawdę?... Och... - mówiła speszona. - Nie wiem, co powiedzieć...

Wtedy postanowiłem zagrać va banque.

- A więc to prawda, co ludzie mówią o pani i tym Włodku, organiście z bożej łaski?! - przypuściłem atak.

- Uchowaj Boże! - zaprzeczyła gwałtownie. - Ja nie lubię brodatych mężczyzn. Naprawdę ludzie o nas plotkują? - zapytała z niepokojem.

- Coś obiło mi się o uszy... - kręciłem.

- Ale to nieprawda! Niech im pan nie wierzy! Ja po prostu lubię śpiewać... No i... Lubię też spotykać pana, panie Zygmuncie... - dodała, spuszczając wzrok.

I od tego czasu zaczęliśmy się spotykać. W końcu to nic zdrożnego, ona wdówka, ja wdowiec, więc czemu niby nie mielibyśmy sobie umilić samotności? Jeździliśmy razem do lasu albo nad rzekę na spacer. Amelia zapraszała mnie też często do siebie na obiad albo na kolację. Ale nie posunęliśmy się dalej, choć całe miasteczko plotkowało o naszym gorącym romansie. A my wcale nie romansowaliśmy! I to, wstyd się przyznać, przeze mnie, bo Amelia, nie powiem, wykazywała zainteresowanie tą sferą życia - oczywiście w delikatny sposób. Ja jednak trzymałem ją na dystans. Udawałem dżentelmena, który potrafi uszanować damę. Ale tak naprawdę to bałem się, że po tak długiej... jak by to nazwać... abstynencji, mogę nie stanąć na wysokości zadania. W końcu od śmierci żony minęło tyle lat! A wiadomo, że organ nieużywany zanika. Mnie wprawdzie nie zanikł, ale nie byłem też go taki pewien. A przecież nie chciałem się skompromitować przed taką kobietą! "I co w tej sytuacji robić? Co robić?", myślałem gorączkowo.

Zacząłem coraz poważniej zastanawiać się nad wspomaganiem, znaczy się nad... viagrą. Ale wstydziłem się iść do lekarza. Postanowiłem więc kupić niebieską pigułkę na bazarze w mieście. Na razie jedną, żeby wypróbować, jak działa. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Zaraz po powrocie do domu połknąłem lek i zacząłem czekać na efekt. Minęła jedna godzina, potem druga, a tu nic. Rzekłbym - klęska! "Nie działa!", stwierdziłem. Tak się tym przejąłem, że nawet wymówiłem się od randki z Amelią. "No bo co będę kobiecie głowę zawracał, jak ze mnie już żaden chłop?!", myślałem załamany. Na szczęście jednak kilka dni później obejrzałem w telewizji reportaż o handlarzach podrobionymi lekami. Z wielką ulgą rozpoznałem na ekranie telewizora stragan, w którym sam niedawno nabyłem "lek".

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje