Żyłam w piekle

Aż trudno uwierzyć, ale... pięć lat byłam w piekle. Bita, upokarzana, dręczona fizycznie i psychicznie. Chcę o tym zapomnieć. Ale ten jeden raz postanowiłam opisać mój dramat. Wiem, że nie jestem sama, że są w Polsce inne kobiety traktowane przez swoich mężów jak niewolnice. I często tacy dranie pozostają bezkarni.

Mój mąż też stawiał się ponad prawem.

Reklama

- Zabiję cię! - krzyczał. - I nikt mi nic nie zrobi.

Jest prawnikiem, ale aplikacji nie zrobił i poszedł do pracy w policji. Myślę, że z lenistwa i obawy, że jako prawnik się nie sprawdzi. Przede wszystkim jednak pchnęło go do tego poczucie siły, jaką daje mundur, pałka i pistolet w kaburze. Dziś jest komendantem największego posterunku w naszym mieście.

Poślubiłam go z wielkiej miłości. Nie miałam dość rozumu, by uciec jeszcze przed sakramentalnym "tak". Wiedziałam przecież, jak jego ojciec traktuje żonę. Awantury i policja w domu były u nich na porządku dziennym. Ale kochałam Zbyszka wielką, naiwną miłością, która z rozumem niewiele ma wspólnego.

Moja gehenna zaczęła się już dzień po ślubie. Miałam koszmarną migrenę i z trudem mogłam się ruszać, ale on chciał się kochać, więc... po prostu mnie zgwałcił. Łkałam w poduszkę do białego rana, a mąż chrapał w najlepsze.

To był pierwszy dzwonek. Powinnam wtedy wyjść, zatrzaskując za sobą drzwi. I nawet pomyślałam, żeby to zrobić. Ale przecież to taki wstyd...

Z czasem jednak sytuacja się pogorszyła... Po raz pierwszy uderzył mnie, gdy powiedziałam mu o ciąży. Płakałam, a on zrzędził!

- Ładnie! Bachora nam brakowało!

To był drugi dzwonek. Nie powinnam mieć złudzeń. Skoro Zbyszek raz podniósł na mnie rękę, pewnie zrobi to znowu...

Kiedy lekarz stwierdził, że spodziewam się bliźniąt, powiedziałam o tym wyłącznie moim rodzicom. Czy muszę tłumaczyć, co czuje przyszła matka, która boi się taką wiadomością podzielić z przyszłym ojcem? Której odebrano radość oczekiwania na narodziny dzieci? Nie tak to sobie wyobrażałam, wychodząc za mąż. Cierpiałam i z lękiem myślałam o przyszłości, bo Zbyszek bił mnie coraz częściej, bez konkretnego powodu, po prostu, żebym ,"zrozumiała, kto tu rządzi''.

To była trudna ciąża. Sporo czasu spędziłam na zwolnieniu, co tylko irytowało mojego męża. Czasem więc nocowałam u rodziców, by mieć spokój i donosić dzieci bezpiecznie. I udało się. Chłopcy urodzili się w terminie. Śliczni i zdrowi.

Mąż przyszedł do szpitala chyba tylko po to, żeby mnie strącić na dno rozpaczy.

- Jesteś płodna jak królica - śmiał się. - Powiedz, ile jeszcze ich urodzisz?

Na dzieci ledwie spojrzał. Ale ze szpitala nas odebrał i nawet wanienkę kupił. Spokojnie było prawie miesiąc. Nie szukał zwady. Zaczął nawet ze mną rozmawiać.

- Może damy im imiona naszych ojców, co ty na to? - zapytał.

- Janek i Franek? Ładnie! - ucieszyłam się.

Zbyszek sam poszedł zarejestrować dzieci w urzędzie. Zaczął też wcześniej wracać z pracy. Gdy któregoś popołudnia usłyszałam, jak próbował coś dzieciom śpiewać, poczułam w sobie takie ciepło i radość, że popłakałam się ze szczęścia. Nieśmiało wracała nadzieja, że wszystko jakoś się ułoży. Dzieci go zmienią i będzie dobrze. Zamierzałam mu wybaczyć.

Niestety, spokój nie trwał długo...

Chłopcy źle przechodzili szczepienia. Gorączkowali, byli marudni, a w nocy płakali i krzyczeli jeden przez drugiego. Robiłam, co mogłam, żeby ich uspokoić. Trochę pomagało noszenie na rękach. Z jednym byłoby trudno, tak całą noc. A z dwojgiem? Wprawdzie mam dwie ręce, ale jak długo mogłam wytrzymać z dwójką niemowląt w objęciach?

Mąż nie kwapił się z pomocą.

- Zrób coś z nimi! - zerwał się w środku nocy z krzykiem. - Rano idę na służbę! Dzieci nie potrafisz uspokoić!?

Byłam sama, a moja ,"służba'' nie kończyła się nigdy. Sprzątałam, prałam, robiłam zakupy, prosząc sąsiadkę-emerytkę, by posiedziała z dziećmi. I gotowałam nocami, gdy Zbyszek spał w najlepsze.

- Chyba nie muszę umierać z głodu tylko dlatego, że ty masz dzieci? - ironizował, gdy raz nie zdążyłam z obiadem.

Że ja mam dzieci?! Nie poczuwał się zupełnie ani do ojcostwa, ani tym bardziej do wynikających z niego obowiązków.

Gdy dziś, opisując te pięć lat, zbieram w pamięci fakty, trudno mi uwierzyć, że rzeczywiście wszystko to przeżyłam. Moją "golgotą" obdzielić by można kilka, jeśli nie kilkanaście osób.

Byłam w tym piekle do bólu samotna. Znikąd oparcia i pomocy. W wielkiej desperacji próbowałam zwierzyć się moim rodzicom i powiedzieć im o dojrzewającej decyzji odejścia od kata.

- Twoje miejsce jest przy mężu - stwierdziła oschle matka.

Ojciec milczał. Zrozumiałam, że u nich nie mogę szukać pomocy.

Słyszałam o Niebieskiej Linii. Nawet zamierzałam tam zadzwonić. "Ale jak obcy ludzie mogą mi pomóc?", myślałam. Nie wyprowadzą go przecież z mieszkania. Nade wszystko jednak wstydziłam się o tym mówić...

Chłopcy mieli wtedy cztery lata. Od porodu siedziałam w domu, bo nie dało się opieki nad nimi pogodzić z zawodowymi obowiązkami. Byłam zmęczona tak bardzo, że w każdej chwili mogłam zasnąć, choćby na kamieniu. I raz zasnęłam w kuchni na taborecie.

- Gdzie koszula na jutro!? - wyrwał mnie z drzemki ryk mojego męża.

Zapomniałam. Bałam się wyjść z kuchni. Ale on wpadł i siłą zaciągnął mnie do pokoju, a potem rzucił na podłogę i zaczął kopać.

- Nie krzycz, bo nie przestanę! - zagroził.

Nasza szarpanina obudziła dzieci. Weszły do pokoju, gdy Zbyszek otwartą dłonią uderzył mnie w twarz. Jęczałam z bólu. Chłopcy byli przerażeni. Objęłam ich i razem płakaliśmy. Ja z bólu i upokorzenia, a dzieci ze strachu. Mimowolnie zostały świadkami dramatycznej sceny. Ich ojciec bił matkę! Długo nie mogłam ich uspokoić. Zasnęli zmęczeni dopiero, kiedy mąż wyszedł do pracy.

Wstydziłam się sąsiadów. Musieli słyszeć wrzaski Zbyszka i moje jęki bólu.

Rano byłam cała w sińcach. Sąsiadka, którą umówiłam poprzedniego dnia do chłopców, patrzyła na mnie przerażona.

- Niech pani na to nie pozwala! Mąż będzie coraz śmielej sobie poczynał. Kiedyś panią zakatuje. Może ośrodek pomocy rodzinie mógłby pomóc?

Jednak nie do ośrodka, a do zastępcy męża zadzwoniłam. Poprosiłam go o rozmowę w domu, w godzinach pracy Zbyszka. I żeby nic mu o naszym spotkaniu nie mówił.

Przyjechał.

- To mąż - powiedziałam, gdy na widok moich siniaków aż otworzył usta.

O wszystkim mu powiedziałam. Raptem zginął wstyd, został tylko niepokój o dzieci. Nigdy więcej nie mogą zobaczyć takich scen. Nie mogą zobaczyć moich łez. Matka sponiewierana, płacząca, zrozpaczona. To trauma, której trudno się pozbyć.

- Wiem, że Zbyszek jest nerwowy, porywczy - powiedział zastępca męża. - Porozmawiam z nim. Po przyjacielsku.

Mąż wrócił wieczorem. W milczeniu zjadł późny obiad. Potem wyszedł do przedpokoju i wrócił... z pistoletem. Rzuciłam się do drzwi, ale chwycił mnie za ramię i przystawił mi pistolet do skroni.

- Dzień, w którym jeszcze raz polecisz na skargę - wysyczał - będzie ostatnim dniem twojego życia.

Puścił mnie, wsunął pistolet do kieszeni spodni i wyszedł z mieszkania.

Nawet nie miałam sił, by płakać. "To jakiś obłęd! On jest chory. Nic się nie zmieni, nic! Muszę uciekać, ratować siebie i dzieci", zrozumiałam.

Rano półprzytomna spakowałam walizkę Zbyszka, bo mąż zerwał mnie z łóżka bladym świtem i oznajmił, że wyjeżdża na kilka dni w delegację.

Kiedy wyszedł, nakarmiłam i ubrałam chłopców, a potem zadzwoniłam po taksówkę. Kazałam się zawieźć do ośrodka pomocy rodzinie. Kierowniczka, starsza pani, obejrzała moje siniaki i podkrążone z niewyspania oczy chłopców. Wysłuchała mnie w skupieniu. Gdy skończyłam, spytała, czy jestem gotowa odejść od męża. Potwierdziłam, a ona chwyciła za telefon.

- Mam u siebie matkę z bliźniętami. Czy możecie ich przyjąć?

Załatwiła mi miejsce w domu samotnej matki, w mieście odległym od naszego o ponad trzysta kilometrów.

Wróciłam do domu, a potem w pośpiechu spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy. Nadałam trzy wielkie pudła na adres domu samotnej matki i pobiegłam do przychodni zrobić obdukcję, bo tak radziła mi pani z ośrodka.

Kiedy wszystko było gotowe, spakowałam torbę podróżną, a chłopcom powiedziałam, że wyjeżdżamy do naszego nowego domu. Bałam się, że zapytają o tatusia. Na szczęście nie zapytali.

Wiedziałam, że Zbyszek szybko nie wróci, że mam czas spokojnie przygotować się do wyjazdu, ale nie chciałam zwlekać. Pod wieczór ruszyłam na stację kolejową, zostawiając za plecami mój dawny dom, życie i cały ten koszmar.

Przez prawie rok mieszkałam w domu-azylu. Chwała ludziom, którzy takie miejsca stworzyli. Później udało mi się podjąć pracę i wynająć małe mieszkanko dla naszej trójki.

Bałam się, że Zbyszek będzie szukał dzieci i że z czystej złośliwości spróbuje mi je odebrać. Ale nie...

- Baba z wozu, koniom lżej - powiedział w sądzie, podczas rozprawy rozwodowej, o chłopców nawet nie zapytał.

Minęły już trzy lata od rozwodu. Zbyszka nie widziałam od czasu rozprawy. I dobrze. Niepokoi mnie tylko jedno: dzieci wciąż pamiętają.

- Śnił mi się tatuś... - powiedział zapłakany Franek, gdy obudził się w środku nocy. - Dlaczego on ciebie bił, mamusiu? Dlaczego?

Janek też czasem wspomina o ojcu. Czasem płacze, choć nie chce zdradzić powodu. Przeraża mnie to, że Zbyszek, choć nieobecny, nadal szkodzi moim synom, dlatego zdecydowałam się na terapię rodzinną. Już dwa razy byłam z chłopcami u psychologa. Myślę, że i mnie te rozmowy pomogą, bo wciąż nie umiem spokojnie zasnąć.

Mam dwoje dzieci. Jestem kobietą ,"na zakręcie''. Wciąż zastanawiam się, co mnie czeka. O mężczyznach nie myślę, choć nie boję się ich już tak jak dawniej. Z każdym kolejnym miesiącem odradza się we mnie wiara w ludzi i nadzieja na normalne, spokojne życie.

Nie jestem jeszcze gotowa na relacje damsko-męskie. Zainteresowanych mężczyzn odprawiam z kwitkiem, tłumacząc, że teraz całym moim światem są dzieci. I praca, która pozwala mi utrzymać rodzinę.

Może gdy chłopcy podrosną, przyjdzie właściwy czas i właściwy człowiek...

Anna S., 36 lat

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje