5 lat po tsunami. Jak dziś żyje się w Japonii?

Ponad pięć lat temu w Japonii w ciągu jednego dnia zatrzęsła się ziemia, tsunami zniszczyło wschodnie wybrzeże wyspy, a w Fukushimie doszło do awarii elektrowni jądrowej. Wypadki te, określa się mianem jednej z największych katastrof naturalnych w historii. Tak wielkich, że z jej skutkami nie może poradzić sobie gospodarka świata. O tym, jak dziś wygląda życie na terenach dotkniętych tą tragedią opowiada Katarzyna Boni, autorka książki „Ganbare. Warsztaty umierania”.

Aleksandra Suława: - Zapytam słowami twojej bohaterki: Pojechałaś do Japonii słuchać o tym, że ludzie nie mogą spać po nocach, bo śnią im się napuchnięte ciała?

Reklama

Katarzyna Boni: - Pojechałam, bo zelektryzowało mnie to, co przeczytałam w gazetach w trzecią rocznicę tsunami. Że setki tysięcy ludzi nadal mieszkają w blaszanych kontenerach. I to się dzieje w Japonii, w kraju w którym, jak mi się wydawało, pół roku wystarczy na odbudowę zniszczeń, a rząd będzie mógł pochwalić się kolejnym gospodarczym cudem.

Rozmiar katastrofy był tak duży, że przerósł trzecią gospodarkę świata?

- To nie jest takie czarno-białe. Po pierwsze, odbudowa zniszczonych terenów nie jest już priorytetem, z tej pozycji zepchnęła ją Olimpiada w Tokio planowana na 2020 rok.

Po drugie, oficjalnie, Japonia została już posprzątana po tsunami. Trwało to trzy lata, zebrano 24 mln ton śmieci, nadal nie wiadomo co zrobić z radioaktywnymi odpadami z Fukushimy, ale oficjalnie problem sprzątania po tsunami został rozwiązany.

I ostatnia sprawa - władze Japonii za priorytet uznały zapobieganie przyszłym katastrofom.

Przecież tsunami i trzęsienia ziemi nawiedzają Japonię od stuleci. Można oszukać naturę?

 - Wymyślono, że nawiezie się ziemię z gór i w ten sposób podniesie brzeg o kilka metrów, ludzi przesiedli na wyżej położone tereny, a dodatkowo cały potencjalnie zagrożony obszar zostanie osłonięty gigantyczną tamą o długości 400 km i wysokości kilkunastu metrów. Wśród władz panuje przekonanie, że jeśli będziemy mieć najdłuższe, najdroższe i najmocniejsze wały, to natura nic nam nie zrobi. Ale ludzie mówią: W 2011 roku też były wały, a woda połamała je, użyła ich jako taranów do burzenia miast.

Buduje się wały, a co z domami? Każdy odbudowuje swój we własnym zakresie?

- Jeżeli chce sobie wybudować dom o konkretnym wyglądzie, standardzie i metrażu, to musi to zrobić sam. Jeśli nie, może wprowadzić się do mieszkania z preferencyjnym czynszem. Nie czekają tam na niego żadne luksusy, bo te "osiedla apartamentowców" to zwykle 2-3 bloki otoczone pasem zieleni, oddalone o kilka kilometrów od najbliższego miasta.

Jednak żeby się wprowadzić, blok trzeba najpierw wybudować. A czy tak się stanie zależy od lokalnego samorządu. To politycy najniższego szczebla decydują o tym, co remontuje się w pierwszej kolejności czy rynek, czy szkołę, czy bloki czy jeszcze coś innego.

Taki system rodzi konflikty, bo trudno jest spokojnie patrzeć na sąsiada z wioski obok, który przeprowadził się do nowego apartamentu, kiedy ty nadal mieszkasz w blaszanym baraku.

Ilu ludzi w nich mieszka?

- Około sześćdziesięciu tysięcy czyli połowa z tych, których zakwaterowano tam zaraz po tsunami.

 Jest ich coraz mniej, ale są coraz bardziej sfrustrowani. Te domu początkowo miały im posłużyć przez dwa lata, taki jest termin ważności tych konstrukcji. Ale w 2013 przedłużono go o kolejne dwa lata. A potem o następne dwa.

Te "przeterminowane" domy to po prostu prostokąty zbite z blachy falistej. Łatwo zgubić drogę do swojego baraku, bo na osiedlu stoi ich średnio około 200-250, a jeden niczym się nie różni od drugiego. Żeby trochę oswoić blaszaki, ludzie zaczęli robić przed wejściami maleńkie ogródki w doniczkach zawieszanych na malutkich płotach. Wewnątrz kontenera też wszystko jest malutkie. Mieści się tam kuchnia, składany stół, łazienka i jeden pokój. Znam mężczyznę, który z żoną i dwójką  dzieci śpi w takim pokoju od pięciu lat.

Ci ludzie funkcjonują normalnie? Pracują, uczą się?

 - Tak, dzieciaki chodzą do szkoły, a dorośli, o ile mają pracę, codziennie do niej jeżdżą. Ludzie na tych osiedlach bardzo dużo czasu spędzają razem. Po części dlatego, że wbrew pozorom w tych skupiskach jest mnóstwo atrakcji organizowanych przez wolontariuszy: masaże, pokazy filmów, spektakle, ale przede wszystkim dlatego, że latem blacha nagrzewa się tak bardzo, że w kontenerach po prostu nie da się wytrzymać. Trzeba wyjść z domu, a jak się już wyjdzie, to zaczyna się rozmawiać. O tsunami, o bliskich, o tym, co zabrała woda...

Tsunami wywołało nie tylko powódź, ale też katastrofę elektrowni jądrowej w Fukushimie. Jej rozmiar porównuje się czasem do katastrofy w Czarnobylu. Chaos też był porównywalny?

 - Spędziłam tam kilka miesięcy, a nadal są pytania, na które nie mogę znaleźć odpowiedzi. No bo, jak to możliwe, że radioaktywna chmura przeszła niezauważona? Że istniał systemy wczesnego ostrzegania, na które wydano horrendalne pieniądze, a wydanie nakazu ewakuacji zajęło władzom miesiąc? Jakim cudem eksperci najpierw mówili mieszkańcom: Nie stresujcie się, w waszym mieście jest bezpiecznie, tylko zamknijcie okna i nie pijcie wody, bo jest radioaktywna. A potem, po miesiącu życia w tym niby bezpiecznym mieście, na gwałt kazali zostawiać wszystko i jechać do centrów ewakuacji?

Co zawiniło? Brak organizacji? Zła wola?

 - Najpierw sądziłam, że przyczyną tych błędów był po prostu niewyobrażalny bałagan. Teraz coraz częściej myślę, że władze kompletnie nie zrozumiały tego, co się wokół nich dzieje. No i procedury, japońskie procedury, które są nienaruszalne i ciągną się w nieskończoność

W przypadku Fukushimy urzędnicy uparli się, żeby wyznaczyć krąg terenów do ewakuacji i twardo się go trzymać. W tym przypadku był to obszar w promieniu 20 km od elektrowni. Tymczasem promieniowanie nie roznosi się koncentrycznie tylko zgodnie z kierunkiem wiatru. W efekcie część ludzi z południa, gdzie promieniowanie nie dotarło, została ewakuowana do napromieniowanych regionów na północy. Po prostu przewieźli ich z miejsca bezpiecznego, do stwarzającego zagrożenie.

Z perspektywy czasu to brzmi okropnie, ale zakazu ewakuacji nie wydawano też dlatego, żeby nie zwiększać paniki w Tokio. Tam już było nerwowo. Z półek w supermarketach zniknęły wszystkie butelki z wodą mineralną, wodą, po którą na co dzień nikt nie sięga, bo Japończycy masowo piją kranówkę. Rodziny tokijczyków wysyłały im paczki z innych części Japonii. Tak naprawdę ludzie czekali tylko na to, że ktoś powie: Ewakuujemy stolicę, 35 mln ludzi musi opuścić miasto.

Przy awarii Fukushimy władze Japonii popełniły mnóstwo błędów, a co gorsza nie potrafili się do nich przyznać. Zamiast powiedzieć otwarcie: Tak, zrobiliśmy to i to, przepraszamy, jest tak i tak, to ukrywali prawdę do momentu, w którym całkowicie stracili zaufanie społeczeństwa. Ludzie dziś nie wiedzą, komu mają wierzyć, ale zakładają, że jak władza, albo właściciel elektrowni - firma TEPCO coś mówi, to dla własnego bezpieczeństwa lepiej tego nie słuchać.

Jak wygląda sprzątanie po katastrofie elektrowni jądrowej?

 - Dość absurdalnie. Ludzie wymieniają ziemię w ogrodach, myją domy ręcznikami papierowymi, zbierają liście w lesie. To niby skutkuje, bo w ten sposób usuwa się pierwiastki promieniotwórcze przyczepione na przykład do powierzchni ścian, ale z drugiej, promieniowania nie można po prostu wyczyścić. Ta woda z dachów dokądś spływa, ręczniki trzeba wyrzucić, ziemię gdzieś wywieźć. Napromieniowane rzeczy pakuje się więc do wielkich worków, a potem przewozi na wysypiska, na których trzeba będzie je przetrzymać przez najbliższe kilka tysięcy lat, bo tyle trwa rozpad promieniotwórczych pierwiastków.

Jest jeszcze jeden problem. Zgodnie z decyzją władz czyści się tylko centra miast, tereny położone w promieniu 20 metrów od dróg i domów oraz 20-metrowy pas na skraju lasu. Między drzewami rozwieszone są dziś białe taśmy, które oddzielają teren skażony od oczyszczonego. Wystarczy jednak, że na przykład zwierzę przejdzie z jednej strefy do drugiej, a na jego nogach już przeniosą się promieniotwórcze pierwiastki...

Dzisiaj Czarnobyl działa jak mroczny park rozrywki, można wykupić sobie wycieczkę do reaktora i pooglądać rozpadające się domy. Fukushimę też do czeka?

 - Wycieczki do Fukushimy już się odbywają, ale mają inny charakter niż wyprawy do Czarnobyla. Organizuje się je po to, żeby pokazać życie ludzi, którzy zostali ewakuowani, a teraz wracają na napromieniowane tereny. Przyjeżdżają tam na 8 godzin i na przykład sadzi eksperymentalnie ryż, żeby sprawdzić czy rośliny i wody gruntowe są napromieniowane. Mieszka tu też pan Matsumura, który zajmuje się zwierzętami z napromieniowanych trenów, które po katastrofie zostały pozostawione same sobie.

Raz przyjechali artyści, i w jednym z opuszczonych domów zorganizowali wystawę. Nikt nie wie, gdzie dokładnie jest, ani co się na niej znajduje. Zostanie otwarta dopiero wtedy, gdy tereny wokół zostaną oczyszczone, a ludzie będą mogli wrócić do swoich domów.

Nie kusiło cię, żeby jej poszukać?

- Próbowałam! Poprosiłam kolegę, który pochodził z tych terenów, żeby załatwił nam przepustkę. Zgodził się, powiedział urzędnikom, że jedzie odwiedzić grób ciotecznej babki i dostaliśmy zgodę na wjazd. Tyle, że na miejscu już nie miałam ochoty wysiadać z samochodu. Tam jest tak... dziwnie. Smutno, to chyba najlepsze słowo. Ulice zarośnięte krzakami, domy które nie zostały odremontowane po trzęsieniu i coraz bardziej chylą się ku ziemi, zakurzone szyby... Czułabym się głupio, gdybym urządziła sobie tam spacerek w poszukiwaniu wystawy.

Artyści, miłośnik zwierząt, eksperymentalni rolnicy. A co z tysiącami ludzi, którzy wciąż pracują w elektrowni?

 - To w większości nie są pracownicy TEPCO, tylko ludzie zatrudnieni przez podwykonawców podwykonawców czy jeszcze dalszych pośredników. To często osoby, które po katastrofie nie mogą więcej pracować w swoim zawodzie. Byli rybacy lub byli rolnicy, którzy nie mogą już wypływać na połów i uprawiać roślin, bo woda i ziemia są skażone. W elektrowni zarabiają 100 dolarów dziennie. Dobra wypłata, nawet jak na japońskie warunki, zwłaszcza że dostaje się ją za pracę, do której nie potrzeba żadnego doświadczenia i żadnego dyplomu. Są tacy, których to kusi.

Kiedy w ramach wyjazdu prasowego byłam w elektrowni, zabroniono nam rozmawiać z pracownikami. Usłyszeliśmy, że jeśli kogokolwiek o cokolwiek zapytamy, to wycieczka zostanie przerwana. Potem niezależnie udało mi się spotkać z jednym z pracowników.

Co od niego usłyszałaś?

 - Że to jedyna praca, jaką jest w stanie wykonywać, żeby utrzymać rodzinę. Kiedyś był rybakiem, dzisiaj może raz w tygodniu wypływać w morze. Jednak do połowu dopuszczona jest 1/3 ryb, reszta jeszcze nie została przebadana. Są dni, w których nie złapie ani jednej "bezpiecznej ryby" więc wszystkie musi wypuścić.

Po katastrofie stanął przed wyborem: elektrownia albo czyszczenie skażonych domów. On nawet nie wiedział, jakie są limity promieniowania dla pracowników. Jakby go to nie interesowało. Po prostu dwa razy dziennie pokazywał w pracy dozymetr, a przełożony mówił mu, jakie jest wskazanie. Zaufanie graniczące z beztroską. Bo przecież za tydzień mogą mu powiedzieć: Przekroczyłeś limit, szukaj nowej pracy. A może on po prostu wie, że nie ma wyboru.

Buduje się tamy, wymienia ziemię, opracowuje nowe sposoby utylizacji odpadów jądrowych. A jak naprawić ludzką psychikę?

 - Ja nie słyszałam o psychologach w centrach ewakuacji, co oczywiście nie znaczy, że nie było ich w ogóle. Jednak Japończycy mają własne sposoby radzenia sobie ze śmiercią bliskich.

Piszesz, że rozmawiają z duchami przez telefon...

 - W Japonii świat żywych i świat umarłych są sobie o wiele bliższe niż w Europie. Jest między nimi rozdział, ale nie ma konfliktu. Dlatego kierowcy w Tohoku zdarza się "wozić duchy"  w taksówkach, w Otsuchi postawiono w ogrodzie budkę z niepodłączonym telefonem,  a są i tacy, w których ciała wchodzą dusze zmarłych. My nazwalibyśmy to schizofrenią, księża wysłaliby ich do egzorcysty, a w Japonii z takimi ludźmi - pośrednikami, z takimi duszami po prostu się rozmawia, naprowadza się je na właściwą drogę. Zresztą dla Japończyków to nie jest żadna nowość. Mnich, z którym rozmawiałam powiedział, że duchy pojawiały się i przed tsunami, ale nigdy w takiej skali.

Swoja rolę w tym "przenikaniu światów" odgrywają też całkiem przyziemne czynniki. Japończycy często myślą o śmierci, bo są jednym z najstarszych i najszybciej starzejących się społeczeństw. Jeśli w jakimś kraju sprzedaje się więcej pieluch dla seniorów niż dla dzieci, jeśli 1/3 społeczeństwa ma więcej niż 60 lat, to nic dziwnego, że popularnością cieszą się na przykład targi funeralne, gdzie można wybrać trumnę i zrobić sobie zdjęcie do trumny Że ludzie biorą udział w warsztatach umierania, na których uświadamiają sobie, co jest dla nich w życiu najważniejsze. Że wciąż rozmawiają o tsunami. Tę śmierć trzeba jakoś oswoić.


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje