Emily Giffin: Pisarka, która zdradza sekrety

Zawsze intrygowała mnie potęga sekretów. Kiedy ukrywanie czegoś, przed tymi których kochamy jest usprawiedliwione? I czy posiadanie dobrze strzeżonych sekretów nieodwracalnie wpływa na to, jacy jesteśmy? - zastanawia się, w swojej najnowszej książce zatytułowanej "Pewnego dnia", Emily Giffin.

W pierwszym rozdziale "Pewnego dnia" poznajemy  producentkę telewizyjną Marianne Caldwell, która wiedzie szczęśliwe życie w Nowym Jorku,  aż do chwili, gdy w jej drzwiach pojawia się jej córka, którą osiemnaście lat wcześniej potajemnie oddała do adopcji. Co zainspirowało panią do napisania tej historii? Czy ma pani jakieś doświadczenia związane z adopcją?

Reklama

Emily Giffin: - W gruncie rzeczy książka ta opowiada o sekretach i to tym, co się dzieje z nami i z naszymi najbliższymi, kiedy udaje się nam utrzymać je w tajemnicy. Zawsze intrygowała mnie potęga sekretów. Kiedy ukrywanie czegoś, przed tymi których kochamy jest usprawiedliwione? I czy posiadanie dobrze strzeżonych sekretów nieodwracalnie wpływa na to, jacy jesteśmy? Oddanie dziecka do adopcji, co bohaterka "Pewnego dnia" ukrywa przed wszystkimi, wydało mi się świetnym pretekstem, by rozważyć pewne głębsze zagadnienia.

Rozdziały pisane są na przemian z perspektywy dwóch głównych bohaterek -- 36-letniej Marianne i jej 18-letniej córki Kirby. Czy zmienianie co rozdział pisarskiej perspektywy sprawiało pani jakieś problemy? Czy ma pani jakieś sposoby na to, by wczuć się w charakter postaci?

- Sięgnęłam do moich pamiętników z czasów liceum, żeby łatwiej było mi wejść w umysł nastolatki i przypomnieć sobie, w jaki sposób odczuwają młode dziewczyny, ale poza tym nie stosowałam żadnych sztuczek. Nie miałam większych trudności, by wczuć się w którąkolwiek z postaci. Nie przypominałam Kirby jako nastolatka, ale wydaje mi się, że w pewien sposób bardzo dobrze ją rozumiem. Choć ma dopiero osiemnaście lat, jest bardzo dojrzała. Momentami dojrzalsza, niż pozostali bohaterowie powieści.

Czy uważa się pani za autorkę "chick-litów"? Czy drażni panią taka etykietka?

- Nie uważam, by "Pewnego dnia", czy też poprzedzającą ją powieść, "Siedem lat później", można zakwalifikować jako "chick-lit". Jednocześnie, nie mogę powiedzieć, by ta nazwa kiedykolwiek mi przeszkadzała. Przeszkadza mi tylko, gdy używa się jej pogardliwie, sugerując, że książki z tego gatunku to odmóżdżająca papka do czytania na plaży. Staram się nie myśleć zbyt dużo o przyklejanych mi łatkach, bo nie chcę by mnie ograniczały. Po prostu piszę o ludziach, którzy starają się poradzić sobie z problemami bliskimi większości z nas, jednocześnie odkrywając aspekty uczuć, przez które zmienia się  nasze spojrzenie na życie.

Jak macierzyństwo (Giffin ma pięcioletnią córkę i ośmioletnich bliźniaków) wpływa na pisanie książki o stracie i odzyskaniu własnego dziecka pod względem emocjonalnym?

- Bycie matką emocjonalnie wpływa na wszystko, co teraz piszę. To integralna część mnie - tak jak bycie córką, siostrą i żoną - choć nie byłam mężatką, gdy pisałam moją pierwszą powieść - wpłynęło na pozostałe moje powieści. Podczas pisania "Pewnego dnia" nie rozmyślałam zbyt wiele o własnych dzieciach, bo sytuacja mojej rodziny diametralnie różni się od tej, która opisywałam. Nie mam osobistych doświadczeń związanych z oddaniem dziecka do adopcji (choć podziwiam kobiety, które są w stanie się na to zdobyć). Podobnie trudno wyobrazić mi sobie, jakie to uczucie adoptować dziecko, a potem przyglądać się, jak szuka swoich biologicznych rodziców. To na pewno bardzo trudne. Postawienie się w sytuacji tych bohaterów było dla mnie wyzwaniem, ale myślę, że mi się udało. Znalezienie w sobie empatii dla tworzonych bohaterów jest tak samo  kluczowe w kwestii pisania, jak i we wszystkich relacjach w prawdziwym życiu.

Jedna z czytelniczek, Andrea Yim, pyta za pośrednictwem Goodreads: "Wiele z Pani bohaterek sprawia wrażenie niesympatycznych. Robią rzeczy, które większość ludzi uznałoby za niemoralne (na przykład pójście do łózka z narzeczonym najlepszej przyjaciółki), a mimo to bardzo umiejętnie potrafi pani sprawić, by czytelnik uznał słuszność ich działań. Czy to celowy zamysł, czy konsekwencja opisywanej sytuacji?

- Postaci, które mają wady wydają mi się o wiele bardziej interesujące  niż te idealne. Lubię wyzwanie, jakim jest sprawienie, by czytelnicy kibicowali im mimo ich kontrowersyjnych wyborów. Wszystko rozgrywa się w odcieniach szarości. Nic nie jest zdecydowanie białe lub czarne bez względu na to, jak bardzo byśmy chcieli, by było odwrotnie i co uważamy za słuszne. Szczerze wierzę w to, że ludzie są z gruntu dobrzy i starają się postępować dobrze. Mimo to wszyscy popełniamy błędy i zdarzy nam się ranić tych ,których kochamy. Nikomu nie jest obce poczucie winy z tego powodu. Mogę więc przyznać, że to moi bohaterowie kierują wątkami powieści. Zwykle najpierw wymyślam temat, potem bohaterów, a na końcu historię.

W jaki sposób pisze pan dialogi? Czy odtwarza pani rozmowy, które miały miejsce w prawdziwym życiu? Czy z trudem wcielasz się w męskich bohaterów?

- Często łapię się na tym, że ze względu na dialogi przysłuchuję się różnym rozmowom (między innymi  podsłuchuję w restauracjach) i zwracam uwagę na to, jak ludzie mówią. W przeciwieństwie do wielu innych aspektów pisania, dialogi zawsze przychodziły mi z łatwością z łatwością. Nie mam też problemu z postaciami płci męskiej, bo przyjaźnię się z wieloma mężczyznami.

Kolejne pytanie z Goodreads, tym razem od Nicole: "Gdyby miała pani wybrać jedną z postaci z dowolnej ze swoich powieści na przyjaciółkę, która by to była?

Claudia z "Dziecioodpornej". Jest lojalna, bystra i życzliwa. I kocha książki tak samo mocno jak ja. A na dodatek mój mąż znalazłby pewnie wspólny język z jej mężem Benem.

Zanim w wieku dwudziestu dziewięciu lat wyjechała pani do Londynu by spróbować swych sił jako pisarka, przez pięć lat pracowała pani w Nowym Jorku jako prawniczka. Co spowodowało zmianę ścieżki kariery? Czy zawsze chciała pani zostać pisarką?

- Odkąd pamiętam -- od piątego, może szóstego roku życia -- chciałam być pisarką. Nie jestem więc do końca pewna co sobie myślałam decydując się na studia prawnicze, bo nigdy nie porzuciłam marzeń o karierze pisarskiej. Patrząc wstecz, wydaje mi się, że tkwiło we mnie poczucie, iż najpierw muszę zdobyć "prawdziwy zawód" i nie mogę po prostu skończyć uczelni, by w spokoju zacząć pisać. Uczyłam się głównie historii i nauk politycznych, więc szkoła prawnicza wydawała się być logicznym następstwem. Jeśli mam być zupełnie szczera, to dodam jeszcze, że poszłam na ten kierunek dla poczucia bezpieczeństwa. Myślę, że dążenie do tego, co się naprawdę kocha jest bardziej ryzykowne i przerażające. U progu trzydziestki zdecydowałam, że nie jestem szczęśliwa i że muszę zacząć realizować moje marzenia.

W "Pewnego dnia" sprawnie porusza się Pani między przemysłem rozrywkowym skupionym na Manhattanie, szkołą średnią położoną na środkowym wschodzie USA i przedmieściami Chicago z lat dziewięćdziesiątych. W jaki sposób starała się pani przybliżyć sobie te trzy miejsca?

- Mieszkałam na Manhattanie kiedy pracowałam jako prawnik, więc mimo że dobrze znam miasto, nie wiedziałam zbyt wiele o świecie telewizji. Musiałam porozmawiać z przyjaciółmi, którzy pracują w tej branży, by poznać jej tajniki. Jeśli zaś chodzi o przedmieścia Chicago, to w latach dziewięćdziesiątych chodziłam do liceum w Naperville, nie było to więc trudne.

Proszę opisać, swój dzień, gdy pani pisze. Ma pani jakieś nietypowe  nawyki z tym związane?

- Zazwyczaj piszę w moim gabinecie, który znajduje się w niewielkim domku zbudowanym w ogrodzie za domem. To bardzo radosne miejsce - jasne i urządzone w odcieniach różu, bieli i pomarańczowego. Od czasu do czasu kiedy potrębuję zmienić otoczenie, pracuję w kawiarni lub księgarni. Nie mam zbyt wielu pisarskich rytuałów, ale zawsze rozpoczynam dzień pracy filiżanką czarnej kawy. Zauważyłam, że najlepiej pisze mi się wcześnie rano, gdy wyprawię dzieci do szkoły, lub późno  w nocy.

Jakie książki lub autorzy mieli na panią największy wpływ?

- Lubię wszystkie rodzaje książek oprócz horrorów - choć czasem robię wyjątek dla Stephena Kinga. Odnoszę wrażenie, że każda  książka, film lub muzyka, która przypadnie mi do gustu,  wpływa na moją twórczość. Do moich ulubionych autorów należą między innymi Ann Patchett, Alice Munro, Elinor Lipman, Sue Miller, Jane Smiley, Jhumpa Lahiri, Jane Hamilton, Elizabeth Strout, Marisa de los Santos i Anne Lamott. Lubię czytać o związkach, których postaci są silne, wyraziste i zapadające w pamięć.

Nad czym obecnie pani pracuje?

- Uczestniczę w procesach związanych z wydaniem książki, które koncentruje się na promocji i marketingu, oraz szykuję do trasy książkowej. To jena z tych  rzeczy, które najbardziej lubię w mojej pracy. Miesiące, kiedy piszę, spędzam w zupełnym odosobnieniu. Potem mogę wyjść z zamknięcia i pracować z osobami promującymi moją książkę, rozmawiać z mediami i co najważniejsze spotykać moich czytelników. Kiedy we wrześniu całe zamieszanie nico przycichnie, zacznę pisać siódmą powieść, a właściwie ósmą, bo pierwszej nigdy nie wydano.

materiały promocyjne
Dowiedz się więcej na temat: Sekret | książka | wywiady

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje